Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny

 

ŻYCIE FILOZOFICZNE I FINANSOWE

LECH STĘPNIEWSKI


W 1819 roku w Mediolanie trzydziestojednoletni Artur Schopenhauer otrzymuje pilny list od swojej ukochanej siostry Adeli: w Gdańsku zbankrutował właśnie dom handlowy Muhla, w którym po śmierci ojca rodzina Schopenhauerów ulokowała resztę swego majątku. Schopenhauer wbrew namowom matki i siostry odrzuca zaproponowaną wierzycielom ugodę (zwrot 30% długu gotówką w zamian za zrzeczenie się dalszych roszczeń). Zrywa również z rodziną, a gdy po dwóch latach odzyskuje całą należność, oświadcza, że - jak widać - "można być filozofem, nie będąc jednocześnie durniem".

Nieudany dowód tego twierdzenia mógł go drogo kosztować. Schopenhauer miał u Muhla 22 250 talarów dających rocznie 1530 talarów procentu (czyli ok. 7% przy praktycznie zerowej inflacji; dziś, doliczając 5% inflacji i "belkowe", musiałoby to być jakieś 15%, co chyba nawet Rada Polityki Pieniężnej uznałaby za gorszące wyuzdanie). Starczało to na życie bez zbytku, ale wygodne i - co najważniejsze - prawdziwie niezależne.

Kliknij, by powiększyć [18 KB]
[Artur Schopenhauer, czyli "można być filozofem, nie będąc jednocześnie durniem".]

Jak ważna jest dla filozofa niezależność finansowa, przekonał się Schopenhauer dobitnie w ciągu tych dwóch długich lat wyczekiwania na swoje pieniądze. Próbował wtedy zaczepić się jako docent prywatny (Privatdozent) - a więc opłacany bezpośrednio z czesnego uczniów - na jednym z niemieckich uniwersytetów. Ostatecznie wybrał Berlin i choć zdał kolokwium habilitacyjne (z udziałem Hegla), to wykłady i tak musiał wkrótce zawiesić z braku słuchaczy. W modzie (dyskretnie wspieranej i kontrolowanej przez ministerstwo) był bowiem heglizm, do którego Schopenhauer czuł podobną odrazę, jaką czuje człowiek zmuszony usunąć z talerza obłego, wyślizgującego się z palców robaka.

W przeszło osiemdziesiąt lat później lektura Schopenhauera odcisnęła się mocno na duszy młodziutkiego Ludwika Wittgensteina. On też nie miał wątpliwości, że filozof w żadnym razie nie powinien być durniem. Pod koniec pierwszego semestru w Cambridge przyszedł do swego wykładowcy, Bertranda Russella, i zapytał: "Czy sądzi pan, że jestem absolutnym idiotą?" "Dlaczego chce pan to wiedzieć" - odparł zdumiony Russell. "Ponieważ jeśli nim jestem" - miał rzec Wittgenstein (tak w każdym razie opowiada to sam Russell w drugim rozdziale drugiego tomu swej "Autobiografii") - "zostanę aeronautą, a jeśli nie jestem, będę filozofem". Russell poprosił swego dziwnego studenta o napisanie w czasie wakacji rozprawki poświęconej jakiejś kwestii filozoficznej i ponoć już po przeczytaniu kilku pierwszych zdań wykrzyknął uradowany: "Nie, nie musi pan być lotnikiem!"

Wittgenstein zgadzał się z Schopenhauerem również i w tym, że nie powinno się żyć z uprawiania filozofii. Swoich studentów nieodmiennie zachęcał, by wybrali sobie jakiś "uczciwy zawód" - za gorszy uważał jedynie fach dziennikarza. Sam mógł łatwo stać się rentierem jak Schopenhauer - i to tłustym: fortuna Wittgensteinów należała do największych w Austrii - ale wybrał inną drogę. Swoją część majątku rozdał rodzeństwu i odtąd prowadził życie raczej skromne, ciesząc się niezależnością na sposób epikurejski: dzięki poprzestawaniu na małym (potrafił np. żywić się przez dłuższy czas wyłącznie chlebem z serem). Próbował też imać się "uczciwych zajęć", m.in. był ogrodnikiem w klasztorze, wiejskim nauczycielem, stolarzem, chociaż w końcu na powrót - chyba nie bez wyrzutów sumienia - zajął się filozofowaniem. O tyle osobliwym, że traktującym filozofię jako godny pożałowania rezultat naszego próżniactwa. (W górze słonko świeci, jedni orzą, inni rąbią drwa, warzą strawę, zamiatają obejście, a jeszcze inni leżą sobie pod drzewem i pytlują jak najęci - to są właśnie filozofowie.)

Kliknij, by powiększyć [22 KB]
[Ludwik Wittgenstein radził jednak filozofom, żeby znaleźli sobie jakieś "uczciwe zajęcie", bo od gadania uszy puchną.]

Pod tym obrazkiem Schopenhauer już by się nie podpisał. Zgodziłby się natomiast, że filozof z apetytem, lecz bez pieniędzy - więc zdany na cudzą łaskę - musi w rzeczy samej skończyć na pytlowaniu. Albo zostanie "handlarzem mądrości", kolejnym wydaniem bałamutka-sofisty, dla którego nos, wydłużony od licznych łgarstw, jest najważniejszym organem filozoficznym: bo czym lepiej zwąchać, do jakich to "nowych prawd" akurat świerzbią uszy P.T. Publiczności. Albo też przypadnie mu w udziale los etatowego urzędnika, który nawet gdy wieszczy rewelacje o "byciu ku śmierci" i innych ekstraordynaryjnych figlach istnienia, w istocie wieszczy niczym koń w cuglach, nie zapominając przy tym nigdy o swym własnym "byciu ku emeryturze".

W filozofii niemieckiej od czasów Kanta zwłaszcza ta druga perspektywa stawała się powoli normą i kto wie, czy podział niemieckich filozofów na urzędników państwowych i duchy wolne (bo samofinansujące się) nie byłby znacznie bardziej pouczający niż tradycyjne podziały na "idealistów" i "materialistów", platoników i arystotelików, kantystów, heglistów, marksistów etc. Tak w każdym razie uważał Nietzsche; nb. sam od 34 roku życia filozofujący emeryt (trzy czwarte pensji bazylejskiego profesora starczało mu na szwendanie się po Europie, wydawanie książek dla nikogo i słodkie południowe winogrona).

Niemieckie obyczaje dotarły z pewnym opóźnieniem i do nas, wraz z nimi zaś urzędnicze cnoty rzetelnej i fachowej służby. W kraju niefrasobliwych bałaganiarzy wybijających się akurat na niepodległość miało to nawet swoje zalety, wszelako utrwalało zarazem przekonanie, że - mówiąc metaforycznie - grunty filozofii przeznaczone są w pierwszym rzędzie do upaństwowienia, a dla prywatnej inicjatywy nie pozostaje tu wiele miejsca. Odtąd filozof-urzędnik nie aspirował już może do roli platońskiego władcy, ale do posady ministra oświecenia publicznego - jak najbardziej.

Był to z pewnością nie jedyny, ale i nie najmniej ważny powód tego, że gdy swoje porządki zaczęło zaprowadzać państwo komunistyczne, nowej władzy udało się okiełznać filozofów znacznie łatwiej niż choćby artystów. Nie każdy poeta czuł się od razu "inżynierem dusz", czasem śpiewał po prostu jak ten słowik u Zoszczenki, któremu "żreć (...) się chce i dlatego śpiewa". Natomiast filozofowie bez najmniejszych oporów przyjmowali państwowe posady, po czym zazwyczaj rozumnie konstatowali, że kto nie uciułał własnego kapitaliku, ten musi żyć z pytlowania o "Kapitale" Marxa. Najbardziej buńczuczni szukali azylu w zakładach logiki (tej zwykłej, o pochodzeniu niewolniczo-feudalno-burżuazyjnym, a nie "dialektycznej"), ale ich też obowiązywała dyscyplina i zwykła porcja administracyjnych upokorzeń.

A jednak nawet wtedy zdarzali się i tacy, co pokazywali, że można zajmować się filozofią w zupełnie inny sposób i warto, myślę, zachować ich w pamięci. Niedawno zmarł w Warszawie (w dostojnym wieku 86 lat) Antoni Moniuszko - postać z wielu względów wyjątkowa. Nie zaliczał się bynajmniej do samotników: pojawiał się często na zebraniach Polskiego Towarzystwa Semiotycznego i Polskiego Towarzystwa Filozoficznego, a należał również do Polskiego Towarzystwa Matematycznego oraz Związku Polskich Artystów Plastyków. Przed wojną skończył studia prawnicze, potem walczył we Wrześniu i w szeregach Armii Krajowej, a po wojnie studiował filozofię, malował, rzeźbił i pisał książki, z których dwie ("Oczywistość i synteza" i "Ciało sztuki") udało mu się wydać jeszcze "za komuny".

Przy tym wszystkim nie był naturalnie żadnym privatdozentem - tu PRL zdecydowanie odszedł od wzorów reakcyjnej monarchii pruskiej - lecz tylko zwyczajnym prywaciarzem. Miał niewielką wytwórnię barwników do tekstyliów, z czego, podobnie jak z Schopenhauerowych odsetek, dało się żyć bez przesadnych luksusów, ale w miarę wygodnie i dostatnio.

"Dorobił się na tym" - wspomina w "Studiach Semiotycznych" profesor Jerzy Pelc - "zrazu motocykla z przyczepą, w której podwoził nas do domów po seminariach profesora Kotarbińskiego, później warszawy, wreszcie poloneza. Pobudował się też skromniutko, a może kupił domek, nieopodal Pl. Narutowicza na Ochocie, miał przy domu ogródek (w oczach lokatorów kwaterunkowych M2 była to rezydencja nieomal magnacka). A że zarabiał, choć niewiele, mimo wszystko lepiej niż asystenci i adiunkci filozofii, uważał za swoją powinność - a także za przyjemność - urządzać u siebie przyjęcia, gdy zjawiał się na warszawskiej filozofii gość zagraniczny". W filozofii trudno o przekonujące dowody, ale właśnie sam ten styl życia "magnata z Ochoty" stanowi nieodparty dowód, że również za poprzedniej wersji obecnego ustroju durniem (albo marionetką w rękach durniów) zostawało się wyłącznie na własne życzenie. Jest to może najpoważniejszy powojenny polski wkład do tzw. "filozofii społecznej".

Na tym tle dzieła pisane Antoniego Moniuszki mają mniejsze znaczenie, choć i w nich można znaleźć uwagi ciekawe i zasługujące na chwilę namysłu.

Dla tych, którzy budują teorie estetyczne przesiadując w galeriach i muzeach: "Ponieważ nie wybiera się historyków sztuki (czyli wybierających dzieła) według lepszej metody niż wybiera się dzieła sztuki, więc niczego absolutnie pewnego w kwestii oceny dzieł nie można się po zbiorach muzealnych w ogólnym wyniku spodziewać" ("Ciało sztuki", Warszawa 1982, s. 69).

Dla tych, którzy o dziurze budżetowej usłyszeli dopiero po "prowokacjach intelektualnych" premiera profesora Belki: "Ludzie w Polsce są przyzwyczajeni do groźnych alternatyw. Kto wie, może uda się uratować budżet sprzedając Wawel na bimbrownię, bo zaplanowana prywatyzacja nie załata przecież nawet małych dziur w budżecie" ("Złotówka i Ecu-dolar. Koncepcja gospodarki dwóch obiegów pieniądza", Warszawa 1994, s. 33).

Dla tych, którzy wciąż jeszcze rozprawiają o "dzikości" polskiego wolnego rynku: "W Polsce jest trochę inaczej (...). To, co się dzieje w gospodarce, nie wydaje się społeczeństwu, a pewnie i słusznie, wolnym rynkiem, bo raczej jest to swoista mieszanina gospodarki planowej z czarnym rynkiem, z którego chce korzystać także i sam rząd. Występuje on w tej roli także w dość dwuznacznym charakterze, bo jako czynnik zbyt oderwany od społeczeństwa i w pewnym sensie buszujący w jego interesach" ("Prawo człowieka. Rządy jednodniowego króla", Warszawa 1995, s. 66).

To nic, że Antoni Moniuszko, producent barwników, człowiek trzeźwego umysłu i dobrego serca, nie był myślicielem największej miary. Ale głów urzędową doktryną nie psuł, pieniędzy darmo nie brał, a bliźnich uszczęśliwiał - bo pewnie niejedna kobieta cieszyła się dzięki niemu w szarych czasach swoją nową kolorową sukienką. Nieźle jak na filozofa.


© Lech Stępniewski styczeń 2002

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny