Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny

 

OD KAŻDEGO WEDŁUG ZDOLNOŚCI

LECH STĘPNIEWSKI


Starsi P.T. Czytelnicy pamiętają zapewne z dawnych, niedobrych czasów ten slogan - tak podobno miało być w komunizmie. I tak już, chyłkiem-tyłkiem, powoli zaczyna być! Gdzie? Ano, w sprzedawanej nam pod przymusem, zreformowanej szkole.

Koniec semestru, żona wróciła z wywiadówki i przyniosła stamtąd dwie spięte płachty papieru zatytułowane: "Karta osiągnięć szkolnych ucznia klas 1-3 (ocena opisowa)". Jest w tej "Karcie" 6 działów: od "Edukacji polonistycznej" do "Współdziałania w grupie i organizacji pracy". W sumie 27 (!) rubryk do wypełnienia, a wśród nich nawet tak precyzyjnie sformułowane i wprost ziejące troską o dziecko jak: "Znajomość i umiejętność praktycznego zastosowania zasad bezpieczeństwa" czy "Bezpieczne posługiwanie się narzędziami w czasie zajęć pl.-tech.".

Zgodnie z nowoczesną zasadą, że rodzice właściwie tylko zaburzają skomplikowany proces wychowawczy, uwagi zawarte w "Karcie" nie są skierowane do nich, ale wprost do ucznia, co stwarza miłą atmosferę bezpośredniości. I tak na przykład w dziale "Matematyka" w rubryce "Umiejętności praktyczne" mój dziewięcioletni syn może o sobie przeczytać: "Posługujesz się zegarkiem, dokonujesz obliczeń zegarowych, odczytujesz wskazania termometru. Znasz jednostki czasu, masy, długości".

Gdy po pewnych targach ("Pani to wszystko do mnie napisała!") pozwolił i mnie rzucić okiem na tę wielgachną epistołę, od razu uczyniłem użytek z moich, niegdyś w męce nabytych, umiejętności "Liczenia pamięciowego" z działu "Matematyka". Wyszło mi, że stworzenie z okazji wywiadówki ponad 30 takich porubrykowanych historyjek daje w sumie małą powieść edukacyjną o objętości niemal 100 stron! I to napisaną wyraźnym, krągłym pismem, by dzieciątkom podsunąć przy okazji dobry wzór umiejętności ocenianej potem w rubryce: "Estetyka pisma (grafika)". Jednocześnie zrozumiałem, dlaczego żona wspomniała, że pani nauczycielka wygląda jakoś blado i mizernie, i słabym głosem powtarza, że mąż radzi jej zmienić pracę.

Drzewiej, w czasach pedagogicznego kamienia łupanego, wręczano rodzicom trzecioklasisty malutki karteluszek, na którym stało: matematyka - 5, polski - 4, rysunki - 3 etc., i co najwyżej dołączano do tego wyczerpujący komentarz ustny w rodzaju: "Weź się pan wreszcie za tego lenia" czy "Malarz to z niego nigdy nie będzie". Teraz trzeba wyrażać się delikatniej: "Starasz się dobrze wykonać prace plast.-tech. Dobrze organizujesz swój warsztat pracy. Twoje prace bywają nawet pomysłowe, ale nie zawsze estetyczne". Znaczy: kombinujesz, maleńki, i wysilasz się, ale wciąż wychodzą ci maszkarony. Jednak tak prosto z mostu powiedzieć nie wolno, bo pędrak mógłby mieć przeżycia traumatyczne i poczuć się brutalnie odrzucony przez społeczeństwo. Każdy adwokat broniący młodocianych bandytów zna te korzenie zła na wylot.

Również suche cyfry ranią wrażliwą osobowość dziecka. Dlatego zamiast piątki jest wspaniałe "wspaniale", potem dowartościowujące "brawo", zachęcające "dobrze", motywujące "zadowalająco" i, w czarnej ostateczności, łagodnie upominające "niezadowalająco". "Niezadowalająco" nie brzmi przy tym groźnie, nie sugeruje, że się czegoś tam dokumentnie nie umie. Ma raczej subtelny wydźwięk moralny: oto zasmuciłeś kochaną panią nauczycielkę i teraz jest ona z ciebie troszkę niezadowolona.

Humanizacja nauczania kwitnie tedy jak się patrzy, ale to w końcu, było nie było, szkoła i - zgodnie z pokutującymi wciąż przesądami - paru rzeczy jednak młodego człowieka nauczyć powinna. Och, nie nazbyt trudnych, ma się rozumieć, bo mogłaby na tym ucierpieć bezstresowość procesu dydaktycznego. Wystarczy, by wiedział, że 6 razy 7 mieści się gdzieś w przedziale między 40 a 45 i nie pisał "gura", a przynajmniej nie robił tego systematycznie.

Niestety, niektóre szczwane dzieciątka szybko odkrywają, jakie wspaniałe rozkosze płyną z humanizacji i z powodzeniem stosują metodę biernego oporu. Biedny nauczyciel musi potem pisać jeszcze grubsze i jeszcze bardziej skomplikowane powieści edukacyjne, w których wywodzi, że uczeń uczy się, stara i umie, i tylko tuż przed odpowiedzią wszystko wylatuje mu z głowy. Taka jednostronna humanizacja trochę męczy, więc nic dziwnego, że wielu pedagogom zamarzyła się szkoła jeszcze bardziej postępowa, w której dzieci najbardziej opornych można by z czystym sumieniem od razu pewnych uciążliwych rzeczy w ogóle nie uczyć. Zerkali przy tym znacząco na Naukę.

Nauka stanęła, jak zwykle, na wysokości zadania, natężyła się i stworzyła dysleksję. A spojrzawszy na nią widziała, że dysleksja jest bardzo dobra, więc odpoczęła. Wraz z Nauką zaś odpoczęli i strudzeni pedagodzy, bo przecież każdy pojmie, że jeśli nie zmuszać bazgrzącego do pisania, grubego do biegania, głupiego do myślenia etc., to szkoła może być całkiem przyjemnym miejscem pracy. A pierwszy krok został już uczyniony.

Dysleksja jest to stwór stosunkowo świeży. W "Wielkiej Encyklopedii Powszechnej" z lat 60-tych jeszcze o dysleksji ani słychu na obszarach wiedzy pomiędzy "dyskryminacją" a "dyslokacją". Dzisiaj natomiast rozróżnia się już nawet "dysleksję właściwą, czyli problemy z czytaniem, dysgrafię, czyli problemy z pisaniem, i dysortografię - kłopoty z ortografią" (cytuję za "Gazetą Wyborczą" z 25 stycznia br.).

Skąd się ta ułomność bierze - dotąd jednoznacznie nie odkryto. Niektórzy uczeni obstawiają "mikrouszkodzenia tkanki mózgu dziecka w czasie porodu", inni - dziedziczność, jeszcze inni - wadę "w strukturze komórek lewej półkuli mózgowej". Wszystko to oczywiście niezmiernie ciekawe, ale chyba tylko dla naukowej mrówy zbierającej trawki i kamyczki na sążnisty doktorat. Normalnych ludzi w zupełności zadowala informacja, że są na dysleksję papiery, a od papieru, wiadomo, prosta droga do "umowy społecznej".

Odtąd nauczyciel ma spokój, rodzice biegający po psychologach - poczucie ofiarnego uczestnictwa w wychowaniu potomka, a i dziecko w kącie się cieszy, bo jako istotka z natury niewinna, osobiście kłamać nie lubi i na wszystkie przyjemne oszukaństwa też woli mieć papier od zakłamanych dorosłych.

Nie utrzymuję tutaj, proszę mnie dobrze zrozumieć, że cały ten zgiełk z dysleksją to zwykły humbug. Byłoby nawet wręcz dziwne, gdyby współczesne dzieci nie miały statystycznie większych trudności niż ich dziadkowie z rozpoznawaniem głosek w żywej mowie, dyskretnych różnic w kształtach liter etc. W dawnych prymitywnych czasach dziecko bowiem przede wszystkim obserwowało uważnie świat natury, ze skupieniem słuchało baśni, potem nieposłusznym piórem ze stalówką próbowało kreślić (a nawet kaligrafować!) litery. Dziś natomiast jego zmysły urabia telewizja, gdzie bohaterowie nowoczesnych kreskówek wydają z siebie serie nieartykułowanych pomruków, a oglądanie świata sprowadza się do zauważenia, kto komu dał po łbie.

Gotów jestem też uwierzyć w "mikrouszkodzenia tkanki mózgu", geny i półkule mózgowe, ale w rozsądnej skali. Gdy jednak w tym samym numerze "Gazety Wyborczej" dyrektorka pewnego warszawskiego zespołu szkół oświadcza bez zająknienia, że w jej szkole "ok. 30 proc. uczniów ma dysleksję", zaczynam podejrzewać, że za tą niebywałą epidemią stoi raczej najgroźniejszy ze znanych wirusów, a mianowicie wirus Nieokiełznanego Postępu.

Rzecz jasna, takiej postępowej i powszechnej ułomności wstydzić się nie należy, zwłaszcza że dyslektykami byli podobno - podkreśla tryumfalnie "Gazeta" - również Einstein, Bohr czy Churchill. Ponieważ logika nie jest mocną stroną postępowców, powstrzymam się w tym miejscu od reakcyjnych dociekań, czy aby właśnie nie dlatego ci zacni mężowie wyrośli tak pięknie, że ich nauczyciele nigdy o dysleksji nie słyszeli i nie stosowali wobec nich żadnej taryfy ulgowej.

Nie odmówię sobie za to na koniec przyjemności przytoczenia rozmowy nieocenionej "Gazety" z pewnym polskim Wielki Dyslektykiem, który ani chybi powinien stać się wzorem dla owych 30% uczniów wolnych od zmory dyktand i tym podobnych szkolnych tortur. "Do dziś nie nauczyłem się ortografii - wyznaje im bez żenady Wielki Dyslektyk - ani żadnego języka. Jestem kiepski w tabliczce mnożenia, zwłaszcza na siedem. Nie umiem czytać liter" - dodaje, i nie ma w tym wynurzeniu bynajmniej nic z samobiczowania. Na padające natychmiast, ciut bezczelne pytanie reporterki: "Czy jako minister czytał Pan dokumenty i przeliczał np. budżet?", odpowiada z iście ministerialnym spokojem: "Im wyższe stanowisko, tym łatwiej żyć dyslektykowi, bo większość drobnych prac wykonują inni. Pewnie nie byłoby gorzej, a może nawet byłoby lepiej, gdyby ministrami i premierami zostawali właśnie dyslektycy".

No i wiemy już, jaki model edukacji i awansu społecznego dla przynajmniej trzeciej części naszej młodzieży popiera dziś Jacek Kuroń (bo to akurat on, we własnej osobie, propaguje w "Gazecie" ten szlachetny wyzysk człowieka przez dyslektyka). Furda z ortografią i nauką języków! Furda z tabliczką mnożenia! Zrobić ich od razu ministrami i premierami, i jakoś to będzie - byle budżet się nie mnożył przez siedem!

I tylko żal, że ów wielki człowiek, nim ojczyzna obdarowała go wreszcie wedle jego niepospolitych zdolności, musiał wycierpieć tyle zgryzot w szkole powszechnej. Pisał kulfonami, robił błędy ortograficzne, a niepostępowi nauczyciele dręczyli go dźwiękami obcej mowy, których przecież - jak rozsądnie powiada - nie rozumiał.

Gdyby był dziecięciem dziś, w szczęśliwych czasach, zapewne przyniósłby dumnie ze szkoły swą "Kartę osiągnięć" i, dukając lekko z braku umiejętności rozróżniania liter, przeczytał:

Jacusiu!

Masz bujną fantazję i chętnie opowiadasz wzruszające bajki. Brawo!

Masz też wrażliwe serduszko - więc nie martw się, gdy złośliwe chłopaki z prawych ławek śmieją się, że znowu nic Ci nie wyszło. Brawo! Wspaniale! Cudnie!


© Lech Stępniewski styczeń 2000

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny