Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny

 

ZADUSIĆ Z MIŁOŚCI

LECH STĘPNIEWSKI


 

1.

Przez "eutanazję" rozumie się zazwyczaj 'dobrą śmierć', a dziś dobra śmierć to śmierć bez bólu, rozsądnie zadysponowana i "profesjonalnie wykonana". Tymczasem dla Greków euthanateo oznaczało "zginąć piękną, szlachetną śmiercią", także w boju -a jakiż to bój, gdy pochyla się nad nami uprzejmy pan doktor ze strzykawką w ręku...

Jak eucharystia jest należytym dziękczynieniem, tak i eutanazja to "śmierć jak należy". Ale nawet najdokładniejsze obserwacje umierających nie pouczą, jak należy umierać. Podobnie badanie strzępka materii składającego się na konsekrowany opłatek nigdy nie rozstrzygnie, czy przebywa w nim Chrystus, i w jaki sposób. Dlatego spór o eutanazję jest zasadniczo sporem religijnym i, być może, zwiastunem przemian równie potężnych jak te, które przeorały Europę w epoce Reformacji.

Pilnym zadaniem filozofii staje się rzucenie światła na ów spór, a także wskazanie w oparciu o jakie racje i pod jakimi warunkami tzw. "demokratyczne społeczeństwo" mogłoby zezwolić, lub nie, na krzewienie tej nowej wiary. W szczególności idzie o to, czy gorliwie "praktykujący" członkowie kościoła eutanatystów powinni być represjonowani przez prawo i jak dotkliwe miałyby to być represje.

 

2.

Eutanazja dotyczy nas wszystkich, bo wszyscy kiedyś pomrzemy; obejmuje także wszystkie odmiany umierania. Ponieważ jest to teren rozległy, dalsze moje uwagi będą się zasadniczo odnosić do tej postaci eutanazji, która, jak pokazują niedawne wypadki, w pierwszym rzędzie może dziś liczyć na nie pozbawione szerszej aprobaty zalegalizowanie: gdy człowiek cierpiący z powodu nieuleczalnej choroby (a szczególnie - cierpiący bóle fizyczne i umierający), domaga się jasno i wyraźnie (najlepiej - wielokrotnie i na piśmie), by go zabito.

Na boku pozostawiam zatem problem eutanazji dokonywanej na ludziach, którzy już (bo stracili przytomność), jeszcze (ze względu na wiek), bądź w ogóle (ze względu na trwałe upośledzenie) swej woli wyrazić nie mogą. Pamięć o przedsięwzięciach narodowych socjalistów w tym zakresie najprawdopodobniej w najbliższej przyszłości uchroni jeszcze europejskie kodeksy przed rewolucją, ale na jak długo?

Erozja autorytetu starych kodeksów bowiem wciąż postępuje. Powiada się już otwarcie o "życzeniach domniemanych", o prawie do "godnej śmierci" cierpiących niemowląt oraz zdziecinniałych staruszków, a kwestia "jakości życia", tak zdawałoby się definitywnie pogrzebana pod stosami trupów, dyskutowana bywa coraz śmielej w świetle dnia.

Pomijam także eutanazję dokonaną własnymi rękoma, czyli samobójstwo, będące teraz w Europie już wyłącznie problemem moralnym (nb. w Anglii formalnie podlegało karze, rzecz jasna - w wypadkach nieudanych, aż do 1961 roku). Warto jednak pamiętać, że dawna postać samobójstwa - wszystkie te chałupnicze metody rozgorączkowanych Ofelii i Werterów - również pomału odchodzi w przeszłość.

Czy bowiem dostarczenie aparatury zabijającej, skonstruowanej stosownie do życzeń i sił osoby pragnącej umrzeć (przypadek znanego apostoła nowej wiary, doktora Kevorkiana), jest tym samym, co sprzedaż powroza? A może już osobliwym - i wciąż jeszcze prawnie zakazanym - "wspólnictwem w samobójstwie"; w tym najbardziej podobnym do "klasycznej" eutanazji, że choć w owej spółce zasadniczo chodzi o śmierć, jedna z osób zawsze uchodzi z życiem.

 

3.

Zabijajmy, bo boli! To na pozór oczywiste, że eutanazji łaknie się nie dla niej samej, lecz dla uniknięcia cierpienia - zwłaszcza długich mąk konania. Zwolennicy jej legalizacji podkreślają też, że jest to cierpienie nie do zniesienia i bez wartości, ale tu właśnie najwyraźniej okazuje się, jak różne bywają miarki, i rozprawianie o cierpieniu ma w sobie zazwyczaj coś z parareligijnej konfesji na temat ogólnego urządzenia świata.

A świat ten rzeczywiście zdaje się nieczułą machiną - niczym owa mechaniczna brona z "Kolonii karnej" Kafki, która najpierw przeoruje nam ciało do krwi, by na koniec zepchnąć drgający zewłok do rowu. Jeśli więc można wymknąć się takiemu torturmistrzowi - a już stoicy przypominali, że drzwi są zawsze otwarte - to czemuż tego nie uczynić?

Cierpienie przynależy do natury, opanowuje człowieka wbrew jego woli niczym okrutny żywioł, a przecież cała nasza cywilizacja to walka z żywiołami. Czy w takim razie eutanazja nie jest po prostu zgodna - jako wyzwanie rzucone naturze - z najgłębszym duchem tej cywilizacji, z pojawiającym się coraz częściej pragnieniem, by ucywilizować także śmierć?

Gombrowicz:

"Pomyśleć, że ta rzecz przerażająca, agonia, grasuje wśród nas równie dzika, jak za pierwszych dni stworzenia. Niczego nie dokonano z tym w ciągu tysiącleci, nie tknięto tego dzikiego tabu! Uprawiamy telewizję i używamy kołder elektrycznych, ale umieramy dziko".

W rzeczy samej: skoro uczyniliśmy wygodniejszym nasze życie, czemu nie zacząć wreszcie wygodniej umierać?

 

4.

Jednak człowiek cywilizowany nie zwykł zaspokajać swych potrzeb sam: nie szyje sobie butów, nie lepi garnka... Skoro już rodzi się pod okiem specjalistów, to czemu nie mógłby również zostać obsłużony przez fachowca, jeśli idzie o własną śmierć?

Dlatego kwitowanie zwolenników legalizacji eutanazji słowami: "Do diabła z nimi! Niechże popełni samobójstwo, kto chce, i dosyć!" rozmija się z ich prawdziwymi celami. Oni bowiem nie domagają się po prostu "prawa do śmierci", ale prawa do usługi, czy wręcz - prawa do instytucji, która w stosownym czasie przejmie na siebie choć w części ciężar ich umierania. Ktoś przecie musi pomóc nieść ten krzyż...

Z drugiej strony jest też wielu takich, co ze sprowadzeniem "dobrej śmierci" na pewno sobie sami nie poradzą: sparaliżowani, wycieńczeni w agonii, nie mający dość sił na samotną walkę z naturą. Nawet do tej ostatniej bramy potrzebny jest podjazd dla niepełnosprawnych.

Otwarte pozostaje natomiast pytanie, czy chętni do skorzystania z owej usługi mieliby jedynie prawo jawnie prosić o śmierć, a prośba ta mogłaby zostać bezkarnie wysłuchana przez dowolną prywatną osobę, czy też mieliby słuszne prawo żądać śmierci i ktoś, najpewniej urzędnik nowej, śmierciodajnej instytucji, musiałby spełnić ich żądanie, bacząc jedynie na pewne wymogi formalne.

Czy jednak potęga takiej instytucji regulującej umieranie nie przewyższyłaby rychło potęgi samej śmierci? Śmierć, chwała Bogu, przynajmniej nie ma względu na osoby. Czy zatem nie uczestniczymy znowu w obrzędzie przyrządzania lekarstwa, które okaże się gorsze od choroby? "Reprywatyzować umieranie!" - to na razie budzi uśmiech swą fantastycznością, ale poczekajmy jakieś sto lat...

 

5.

Jedno powinno dziwić, a nie dziwi: dlaczego mówimy o tym właśnie teraz i dopiero teraz? Skąd ta coraz bardziej namiętna dyskusja o eutanazji w świecie, w którym cielesnego cierpienia widomie ubywa? Czyżbyśmy aż tak wydelikatnieli?

Ledwie kilka pokoleń wstecz nawet najprostsza operacja przypominała rzeźnię, a ból zagłuszano wódką lub czekano aż miotający się pod sznurami pacjent nareszcie straci przytomność. W dodatku szansa wyzdrowienia, co usprawiedliwiałoby zadawane katusze, była niewielka. Przeważnie umierano w jeszcze większych boleściach, gnijąc powoli z przeżartymi gangreną ranami.

Czemu więc nie wtedy, gdy środków uśmierzających ból znano niewiele, ale szybko działających trucizn nie brakowało?

Jeśli korzeniem pragnienia eutanazji jest cierpienie, na które nie ma już rady, to jak wytłumaczyć, że żąda się jej coraz donośniej pomimo postępujących sukcesów medycyny? Można krzywić się na ich mizerię, także na mizerię tzw. medycyny paliatywnej, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że poziom sztuki lekarskiej nie ma tu nic do rzeczy. Przeciwnie, gwałtowny rozwój technik medycznych zdaje się wręcz podsycać oczekiwania na rychłe wprowadzenie legalnej eutanazji, więc próżno łudzić się, że wynalezienie jakiejś cudownej pastylki - na przykład zdolnej skutecznie wyłączyć ośrodek bólu w naszej głowie - mogłoby odwrócić ten proces.

W końcu wolimy legalizować eutanazję niż narkotyki...

 

6.

Nie dziwi też, a powinno, że dyskusja o eutanazji najżywiej toczy się w krajach przeraźliwie bogatych, choć na zdrowy rozum więcej cierpienia pleni się tam, gdzie więcej biedy. Nikt jednak nie proponuje, by w ramach dzieł miłosierdzia wysyłać do Afryki wagony z cyjankiem potasu. A przecież każdy konsekwentny utylitarysta, szczerze pragnący zmniejszyć sumę cierpienia w świecie, właśnie od tego powinien zacząć. Inaczej zgiełk wokół eutanazji będzie przypominać apele o regularne dokarmianie sytych.

Owszem, argumenty za "dobrą śmiercią" brzmią wcale trzeźwo w kraju, w którym na widok szpitala człowiek ma niejednokrotnie ochotę krzyknąć: "dobijcie mnie od razu!". Wszelako w Holandii lekarze nie muszą brać całodobowych dyżurów, pielęgniarki nie uciekają przed chorymi, szpitale zaś wyglądają niczym eleganckie hotele i doprawdy trudno znaleźć na tej planecie miejsce, gdzie materialny komfort umierania mógłby być wyższy. Ale może właśnie w takim otoczeniu, w miękkich poduszkach, pośród lśniących medycznych aparatur, ostatecznie bezsilnych, bezsens umierania staje się najbardziej dotkliwy. Wszystko tu bowiem jest już po nic...

Nie dlatego więc roztrząsamy kwestię eutanazji, że przybyło nam cierpienia, ale dlatego, że ubyło nam chrześcijaństwa. Karczowaliśmy z uporem starą wiarę, by dokopać się złota trzeźwej samowiedzy, i oto dokopaliśmy się do piachu. Skoro zaś kończymy grobem, to, nuże!, wślizgnijmy się tam jak najzgrabniej - niczym do dobrze wygrzanego łóżka.

 

7.

Jeszcze o tryumfach medycyny. Są często olśniewające, ale kosztowne; w skrajnych przypadkach równie kosztowne, jak loty w kosmos. Ale w kosmos poleciała ledwie garstka ludzi i nikt nigdy nie głosił, że każdy ma prawo do przejażdżki na Księżyc. Natomiast medycyna już od przeszło wieku jest przedmiotem coraz wspanialszych obietnic. Postulat, by nikt nie musiał umierać na łatwo uleczalne choroby, brzmiał rozsądnie, skończyło się jednak na powszechnej opiece medycznej i teraz mało kto ma odwagę powiedzieć przed wyborami - a w demokracji zawsze jest się przed jakimiś wyborami - że to stryczek dla finansów publicznych. Za to mniej więcej w tym samym czasie, gdy zdobycze medyczne udostępniano szerokim rzeszom, powstały pierwsze towarzystwa propagujące eutanazję i dążące do jej legalizacji.

Kiedy zamiast stu koszul szyje się miliony, ich koszt spada i są to wciąż dobre koszule, ale powszechna opieka zdrowotna nigdy nie będzie tańsza i zadowalająca. Rozwój nowoczesnej medycyny podlega bowiem tym samym prawidłowościom, co rozwój techniki, a to znaczy, że jej najnowsze osiągnięcia zawsze będą za drogie dla wszystkich i zawsze będzie brakowało na nie pieniędzy. W zetknięciu z egalitarnymi nastrojami, rozbudzanymi przez tzw. "społeczne lecznictwo", fakt ten staje się niewyczerpanym źródłem frustracji. Żadne zaś "upowszechnienie" trwale temu nie zaradzi, gdyż po kolejnej wiadomości - że oto znów wykonano jakąś operację czy wprowadzono lek, na który "powszechnej" medycyny jeszcze nie stać - frustracja natychmiast się odradza.

I nie jest to ów znośny ból, który czujemy w sklepie na widok niedostępnej dla nas nowej błyskotki, którą radzi byśmy się zabawić. Przez dziesięciolecia słyszeliśmy przecież, że należy nam się równa szansa na życie, że rynek i pieniądz nie powinny rządzić medycyną. Teraz coraz częściej zaczynamy słyszeć, że należy nam się także śmierć...

 

8.

Ponieważ technika jest w dużej mierze sztuką imitacji, nic dziwnego, że podtrzymywanie życia, a właściwie osobliwego stanu między życiem a śmiercią, udaje się nam jeszcze lepiej niż leczenie. Miechy sztucznych płuc pompują powietrze, sztuczne serce rozpędza krew, sztuczne nerki... Można tak żyć latami, ale ktoś kiedyś będzie musiał wreszcie nacisnąć guzik i wyłączyć te cholernie drogie maszyny. Jaki jest bowiem sens trwania bez nadziei na zmianę?

Odnosi się to zwłaszcza do ludzi starych - bo ze starości jeszcze nikogo wyleczyć się nie udało - a dziś bogate kraje, to kraje starców. Bogaci starcy potrzebują zaś nade wszystko drogich leków, wygodnych domów spokojnej starości i dobrych szpitali - i w demokratycznym społeczeństwie tego właśnie się domagają się od reszty społeczeństwa wrzucając swą kartkę do urny.

W tej perspektywie rewolta eutanastyczna jawi się (zwłaszcza gdy wziąć pod uwagę przeciętną wieku jej hałaśliwych uczestników) jako skryta i po części nieuświadomiona forma buntu młodych "dołów społecznych" przeciwko potężniejącemu wampirowi gerontokracji. Ktoś przecież musi tym starcom uprzytomnić, że ich życie jest beznadziejne, że powinni już umrzeć, i że to - nie, o tym lepiej nie wspominajmy - stanowczo za drogo kosztuje...

W przeciwnym razie spełni się wizja przyszłości: wielkie hale wypełnione po brzegi rzężącymi staruszkami, którzy kurczowo trzymają się życia. Leżą tam spięci kroplówkami, oporządzani, opleceni kablami skomplikowanych aparatów - co pochłania majątek i na co musi tyrać topniejąca gromadka ich wnuków. "Ach nie, nie możemy sobie pozwolić na dziecko. Przecież dziadek wciąż jest w szpitalu!"

Może zatem należałoby już zawczasu pomyśleć o wychowaniu dzisiejszej młodzieży w przeświadczeniu, że wegetacja w takim stanie to nieprzyzwoitość? Że człowiek rozumny wie, kiedy odejść, i potrafi sprawnie zakończyć egzystencję, która już niczemu nie służy - bez chorobliwego rozkoszowania się cierpieniem. Wierzący zaś - dofantazjujmy sobie tę przyszłą chrystologię - bierze w tym przykład z samego Chrystusa, który wszak na krzyżu zdążył zemrzeć przed oboma łotrami i dlatego nie trzeba Mu było nawet łamać goleni.

 

9.

Kosztowne sukcesy współczesnej medycyny są przekleństwem również dla towarzystw ubezpieczeniowych, zawsze mających interes w tym, by ludzie starzy albo schorowani nie żyli ponad przepisaną miarę. Miarę tę wyznaczają zaś obliczenia statystyków, biorące w łeb za każdym razem, gdy niespodziewany wynalazek przedłuża choć trochę życie kilku milionom chorych.

Oczywiście w pewnych granicach to ryzyko da się okiełznać poprzez rozszerzanie oferty, bo wtedy zaczyna działać uśredniająca moc wielkich liczb. Ale polisy przeznaczone na masowy rynek nie mogą być ani zbyt drogie, ani też obwarowane zbyt licznymi restrykcjami. Nie ma też łatwych sposobów przerzucenia kosztów na barki przyszłych pokoleń poprzez zaciągnięcie "długu publicznego". Gdyby więc udało się sprawić, że bodaj kilka procent klientów dobrowolnie skróci przewidywany czas (i koszty) swej agonii o połowę, byłby to zysk nie do pogardzenia.

Celem strategicznym powinna stać się oczywiście trwała zmiana ludzkich zachowań w tym kierunku. Dlatego dla towarzystw ubezpieczeniowych propagowanie eutanazji i lobbing na rzecz jej legalizacji zawsze będzie naturalną i korzystną inwestycją. Potem zaś nastanie pora na akwizytorów śmierci i odtąd nigdy już nie będziemy pewni, czy, i ile "odstępnego" dostał troskliwy i kochający mąż, by swą chorą żonę namówić na "godną śmierć".

Zupełnie jak w starych kryminałach - gdy tylko pojawiała się polisa na życie, bez trudu można było przewidzieć, że już niebawem dojdzie do wyrachowanego mordu.

 

10.

Umieramy coraz dłużej i coraz drożej, więc nic dziwnego, że ci, co wprzódy obiecywali nam wspaniałe życie - w państwie opiekuńczym, z cudną polisą ubezpieczeniową w garści - teraz są żywo zainteresowani tym, byśmy umierali i szybciej, i taniej. Być może racje moralne, jakie przedstawiają, są jedynie doczepiane ad hoc do racji pragmatycznych. Ale jeśli nawet uznamy prostodusznie, że za staraniami o legalizację eutanazji stoją wszystkie ciemne potęgi tego świata, które władzę i pieniądz - nie zaś człowiecze cierpienia - mają na oku, to jednak problem dalej pozostanie nierozstrzygnięty.

Na tym pogmatwanym świecie opinia nikczemników bowiem niekoniecznie musi być fałszywa, a prawdę można odkryć także z niskich pobudek. Czy powinniśmy odrzucić ze wstrętem rachunek prawdopodobieństwa, bo wymyślono go by wygrać w kości? Matematyka bywa pożyteczna dla lichwiarzy, lecz z tego nie wynika, że obliczanie procentów jest niegodziwe.

Jednak z drugiej strony spór o eutanazję toczy się na oczach nader kapryśnego sędziego - opinii publicznej - i styl tego sporu coraz wyraźniej pokazuje, że mniej w nim troski o ustalenie prawdy niż o to, czyje w końcu "będzie na wierzchu". Na pokusę używania technik rodem ze świata reklamy wystawieni są zwłaszcza zwolennicy zalegalizowania eutanazji, gdyż to oni dążą do zmiany status quo. Może właśnie dlatego lubią przedstawiać swoją sprawę jako coś, co niezależnie od czyichkolwiek chęci dojrzewało długo w ukryciu i oto teraz już jawnie rozsadza skorupy starej moralności.

Prawda, skorupy kruszą się przy najlżejszym dotknięciu, ale - dodaje druga strona - kultura zawsze okazuje się krucha w zetknięciu z pałką barbarzyńcy. A jeśli, jak powiadacie, jesteście jedynie wyrazicielami niewzruszonego ducha czasu, to czemu tak hałasujecie?

 

11.

Jeszcze o stylu. Ponieważ spór o eutanazję toczy się w atmosferze wojny religijnej, jest to zazwyczaj dziarski i obywający się bez światłocienia styl korespondentów wojennych: wróg rozgromiony, żadnych strat własnych, nastrój w szeregach wzorowy. Trudności powstają, gdy próbuje się ustalić, co się właściwie wydarzyło. Czy naprawdę problem eutanazji "nadchodzi niepowstrzymanie" pędzony duchem czasu, czy też przydają mu pędu "małe, sprawne grupy, żonglujące danymi statystycznymi i popierane przez lewicujące media"? Uznaje się zazwyczaj, że poparcie dla eutanazji rośnie, ale czy rośnie dlatego, bo "przemija postać tego świata", czy też dlatego, bo wcześniej hucznie to rośnięcie ogłoszono, a teraz działa już mechanizm samospełniającej się przepowiedni?

Nie wiadomo nawet, jak liczne są obie armie. Statystyki przedstawiane przez każdą ze stron wyglądają pięknie, póki nie poskrobać lukru interpretacji, bo wtedy okazuje się, że owe "naukowe dane" mówią o nastrojach społecznych mniej więcej tyle, co "burzliwe oklaski" dopisywane niegdyś rytualnie do przemówień wodzów. Oklaski w rzeczy samej były, i to nawet "nie milknące"; jako też duch dziejów i spontaniczne poparcie dla budowy nowego - a potem nagle trzasło.

Nie znaczy to oczywiście, że socjalizm był odpowiedzią na urojone problemy! Podobnie dzisiejsza wojna jest wojną o coś dojmująco rzeczywistego i ani mi w głowie ją lekceważyć. Jednak ludzie nie dlatego klaskali wodzom, bo marzyła im się "zaostrzająca walka klasowa" - chcieli po prostu lepiej żyć. Dzisiaj zapewne chcą lepiej umierać, ale czy to zaraz świadczy, że marzy im się stawianie sprawy na ostrzu igły lekarskiej strzykawki?

 

12.

A na wojnie, jak to na wojnie. Najprzód wyskakują harcownicy, by grubym słowem zelżyć przeciwnika, jego poniżyć, siebie zaś wywyższyć i tym sposobem zewrzeć własne szeregi. Ponieważ diabeł naszego stulecia nazywa się Hitler, a na dobitkę narodowi socjaliści istotnie majstrowali przy eutanazji, jej zwolenników nie bez satysfakcji określa się czasem mianem "eutanazistów". Jako obelga brzmi to nieźle, ale sensu w tym akurat tyle, co w utrzymywaniu, że aborcja musi być z pewnością bardzo dobrą rzeczą, skoro zakazywał jej Stalin. Zdawać by się mogło, że zwolennicy eutanazji nie mogą się zrewanżować niczym podobnym. Jednak i tę lukę wypełnił kilka lat temu niezawodny doktor Kevorkian, kiedy oskarżany o kolejną pomoc przy samobójstwie nazwał prokuratora "kłamliwym psychopatą", a sąd w Oakland - "nazistowskim sądem"...

Tymczasem podstawowych faktów dalej nie sposób ustalić. Ponieważ poligonem doświadczalnym nowej wiary jest Holandia, wszyscy pilnie nadsłuchują dobiegających stamtąd wieści. Ale choć przeprowadzono w tym kraju kilka szeroko zakrojonych badań dotyczących praktykowania eutanazji i jej kontroli, kontrowersji nie budzi jedynie ogólna liczba zgonów. Natomiast liczbę wykonanych eutanazji szacuje się na kilka tysięcy rocznie, albo... niemal dziesięć razy więcej. Wszystko zależy od tego, czy przyjmie się oficjalną, wąską definicję eutanazji i oficjalnie zgłoszone jej przypadki, czy też wliczy się także przypadki świadomego przedawkowania środków znieczulających i leków. A wedle raportu z 1991 roku właśnie w ten sposób zmarł co ósmy Holender!

Jednak na brak wiarygodnych danych mało kto się uskarża, skoro "nastrój w szeregach wzorowy", a nawet najrzetelniejsze raporty nie odpowiedzą na pytanie: czy właśnie tak ludzie powinni umierać. Poza tym liczby są bezbronne i zawsze znaczą to, co każe im się, by znaczyły. Dla jednych wielka "ciemna liczba" dokonywanych eutanazji będzie dowodem, że sytuacja już wymknęła się spod kontroli. Inni dostrzegą w niej najlepszy argument za tym, by jak najszybciej zmienić "nieżyciowe prawo".

 

13.

Dlatego od babrania się w nudnych i mętnych liczbach zawsze bardziej pożądane będą chwytające za serce wyraziste "obrazki z frontu". Pojawiają się na nich już nie jakieś anonimowe "tysiące przypadków", lecz konkretne osoby, nierzadko wymienione z imienia i nazwiska. W kreśleniu takich obrazków celują zwłaszcza zwolennicy eutanazji, bo są one dla nich okazją do odmalowywania cierpienia, które staje przed nami jako nagi fakt i niejako samo dopomina się o swój kres - ale gwoli sprawiedliwości przytoczę dwie historie emblematyczne dla każdej ze stron.

Opowiada dr Karel Gunning, przewodniczący holenderskiego ruchu "Lekarze na rzecz Poszanowania Ludzkiego Życia":

"Na jednym z kongresów medycznych spotkałem lekarza, który nie wiedział, że działam w ruchu antyeutanazyjnym. Opowiedział mi swój przypadek. Chodziło o starszego człowieka, który dogorywał w szpitalu. Wydawało się, że bardzo niedługo umrze. Jego syn zwrócił się więc do lekarza z interesującą prośbą: zbliżał się termin jego urlopu, a nie chciał by pogrzeb przerwał mu wczasy na Karaibach, zapytał więc czy nie można by sprawić, aby jego ojciec umarł i został pochowany przed jego wyjazdem. Lekarz znający z autopsji wagę urlopu zaaplikował pacjentowi przedawkowaną ilość morfiny. Gdy następnie wrócił by stwierdzić śmierć i wypisać świadectwo zgonu, ze zdumieniem stwierdził, że pacjent żyje, co więcej czuje się nieco lepiej, bo przeżył pierwszą od dawna noc bez bólu. Ów lekarz opowiedział mi tę historię jak najnormalniejszą rzecz w świecie. W jego rozumieniu jedyną pointą tej anegdoty była zaskakująca żywotność starego człowieka" (wywiad dla "Życia" z 8 stycznia 1997 r.; nb. "Życie" błędnie podało nazwisko osoby, z którą przeprowadziło wywiad, na co zwrócił uwagę Piotr Janik).

Opowiada Peter Singer, filozof australijski, znany ze swych osobliwych poglądów na wiele kwestii bioetycznych i gorący zwolennik eutanazji:

"W sierpniu Lillian Boyes umierała w Royal Hampshire County Hospital w Winchester. Od dwudziestu lat cierpiała na skrajnie bolesną postać reumatoidalnego zapalenia stawów. Teraz miała siedemdziesiąt lat, owrzodzenia i ropnie na ramionach i nogach, złamane kręgi, krwawienie wewnętrzne, zdeformowane dłonie i stopy, opuchnięte stawy oraz, na skutek terapii sterydowej, zgorzel. Nawet zwykłe dotknięcie sprawiało jej wielki ból [...]. Szesnastego sierpnia wydawało się, że zostały jej już tylko godziny życia. Wciąż krzyczała z bólu i powtórzyła doktorowi Coxowi, że chce umrzeć. Dwaj synowie, którzy czuwali przy niej, także prosili o to lekarza. Gdy kolejny zastrzyk heroiny nie złagodził bólu, doktor Cox podał dwie ampułki chlorku potasu - podwójną dawkę środka letalnego, pozbawionego jakichkolwiek właściwości leczniczych lub przeciwbólowych. Pani Boyes odprężyła się i po raz pierwszy od miesięcy syn mógł trzymać ją za rękę. Potem umarła" (z książki "O życiu i śmierci. Upadek etyki tradycyjnej").

Dydaktyczny i propagandowy charakter obu opowieści nie ulega wątpliwości. W pierwszej o bólu umierającego wspomina się dyskretnie, a lekarz-eutanasta to zimnokrwisty potwór moralny skory do mordowania staruszków z byle powodu. Wyrodny synalek-podżegacz już tylko dopełnia miary zepsucia. Natomiast w historii opisanej przez Singera cierpienie jest wszechobecne, dobry doktor Cox przypomina zaś troskliwego i spolegliwego przyjaciela domu. Nieustannie krzycząca z bólu pani Boyes ma wprawdzie, jak się dowiadujemy, dwóch synów, ale nie palą się oni do dokonania miłosiernego czynu prywatnie, jakimś "domowym sposobem", lecz rozsądnie zapraszają do tej ostatniej posługi fachowca. Sami ograniczają się skromnie do czułego trzymania mamusi "za rękę".

 

14.

Jeszcze o opowieści Singera. Paradoksalnie obecna jest w niej pewna dwuznaczność, chyba nie do końca zgodna z intencjami opowiadacza. Przy pierwszej lekturze czytającego poraża nade wszystko drobiazgowy opis strasznych cierpień (wrzody, ropnie, złamane kręgi, zgorzel etc. etc.), których skrócenie wydaje się oczywistym dobrodziejstwem. Z męki pani Boyes czyn doktora Coxa czerpie też swe ostateczne uzasadnienie i swoistą "racjonalność".

Ale by cierpienia te stały się tak urozmaicone i "efektowne" - co dopiero czyni z nich ważki argument na rzecz niezbędności eutanazji - trzeba je było wcześniej przez długi czas cierpliwie "hodować". Krótko mówiąc: trzeba je było pierwej wycierpieć, a to już niepokojąco przypomina ducha starej wiary.

I rzeczywiście - okazuje się, że pani Boyes cierpiała strasznie "od dwudziestu lat", a chlorek potasu przyjęła dopiero, gdy "zostały jej już tylko godziny życia". W dodatku przyjęła go niczym wiatyk: tuż przed spodziewaną naturalną śmiercią i - mimo bólu - "odprężona". Z punktu widzenia zwolenników eutanazji, domagających się trzeźwego rozporządzania własnym życiem, takie skrócenie dwudziestoletniej męki o kilka godzin, to właściwie nonsens. Gdy jednak odjąć ową mękę, znika cała mniemana wzniosłość eutanazji i zamienia się ona od razu w dziecinny kaprys: pewnego dnia p. Boyes, której nigdy nic nie bolało, poczuła się zmęczona życiem, więc dobry doktor Cox etc.

W ten oto sposób przedśmiertne cierpienie, podobno pozbawione sensu, okazuje się nagle wcale sensowne, bo tylko swym ogromem "uświęca" i uprawomocnia eutanazję jako "godne odejście". Co wskazuje, że jej zwolennicy poruszają się wciąż w orbicie wykrzywionego chrześcijaństwa i także ich wersja "zbawienia" mimowolnie przemienia się w pasję odgrywaną przed obliczem biernego lub nieobecnego Boga. Gdyż w świecie prawdziwie "bezsensownego cierpienia" ludzie przyglądaliby mu się z uśmiechem, niczym szczęśliwi Eloje z "Wehikułu czasu" Wellsa, którym krzyk tonącego nie przerywa poobiedniej sjesty.

Zostawmy jednak na boku te historie o męce i dobrym umieraniu. Jeśli bowiem, jak utrzymuje Singer, dla naszego umierania nic nie wynika z cierpienia i śmierci pewnego Żyda na Wzgórzu Czaszki pod Jerozolimą, to dlaczego miałoby cokolwiek wynikać z cierpienia i śmierci pani Lillian Boyes w Royal Hampshire County Hospital w Winchester?

 

15.

Dla debat o eutanazji prócz stylu znamienne są także przemilczenia. W najlepszej znanej mi polskiej rozprawie uzasadniającej dopuszczalność eutanazji (Bogusław Wolniewicz, "Eutanazja w świetle filozofii") bodaj ani razu nie pada słowo "hospicjum", a w osobnym wywiadzie autor określił koncepcje leczenia paliatywnego jako "bujdę na resorach", bo "rzeczywistość w szpitalach jest inna". Sam oczywiście nie zaniedbał dokładnie przypomnieć, jak wglądają te "realia umierania": potworne bóle w raku trzustki, powolne duszenie się w zwłóknieniu płuc, wymiotowanie kałem w raku jelita... Nb. o owym wymiotowaniu kałem czytałem później jeszcze u kilku dziennikarzy, którzy, zdaje się, mieli rozprawę Wolniewicza w ręku. Tyle zapamiętano.

Wolniewicz o hospicjach nie wspomina i chyba słusznie, bo zapuszczenie się w tę dziedzinę mogłoby zachwiać fundamentami jego stanowiska. Prawdziwymi konkurentami dla zwolenników eutanazji nie są bowiem rezonerzy rozprawiający o "uszlachetniającym cierpieniu", które w ostateczności można "ofiarować Chrystusowi", ale ci, co powiadają twardo: Dość tego! Człowiek nie powinien tak umierać! I, bywa, sprawiają, że kałem już wymiotować nie trzeba...

Łatwo szydzić z bezsilnych "piorunów encyklik" i porównywać chrześcijan do czcicieli okrutnego Molocha. Trudniej natomiast w podobny sposób zbyć ruch hospicyjny, z gruntu chrześcijański, bo nie jest on utkany jedynie z pięknych słów - dlatego lepiej go przemilczeć. Ludzie nowej wiary są bowiem nawet gotowi darować czasem chrześcijaństwu jakieś słodkie bajędy o transcendencji i kilka wzniosłych maksym, ale nie mogą znieść, gdy okazuje się ono także skuteczne życiowo i - nieomal praktyczne.

Istnienie medycyny paliatywnej rozsadza także ciąg argumentacji Wolniewicza, który zakłada, że cierpienie wtedy tylko zachowuje jakiś sens, gdy "przez nie może się jeszcze dokonać coś dobrego". Skoro zaś z cierpień konających żadne dobro nie powstaje, należy te cierpienia przeciąć jak najrychlej.

Brzmi to rozsądnie, dopóki konający są zostawiani sam na sam ze swoim bólem. Jeśli jednak inni ludzie usiłują ze wszystkich sił ból ten opanować i z czasem czynią w swej sztuce choćby minimalne postępy, nawet umierający może mieć poczucie, że u kresu życia uczestniczy jeszcze w jakiejś wielkiej sprawie: oto cierpi dojmująco, ale nie na darmo, nie po nic, ale po to, by w przyszłości inni cierpieli mniej. Także ci, u których ból nie towarzyszy śmiertelnej chorobie. Nie jest to dobro do pogardzenia.

Zgoda, że w pewnych wypadkach skuteczność walki z bólem może okazać się żałośnie znikoma, ale przecież i pionierskie operacje częstokroć przeprowadza się ze świadomością, że pierwszym pacjentom przedłużą życie zaledwie o kilka dni. Nikt wszakże z tego powodu nie nazwie ich i związanych z nimi cierpień bezsensownymi.

 

16.

"W hospicjum problem eutanazji nie istnieje" - powiada Cicely Saunders, założycielka Hospicjum św. Krzysztofa w Londynie. Istnieje jednak problem mitów związanych z hospicjami i ich funkcjonowaniem.

Znamienne, że początki nowoczesnego ruchu hospicyjnego (rok 1967 - w stosownym tomie Wielkiej Encyklopedii Powszechnej z roku 1964 nie ma jeszcze nawet hasła "hospicjum", choć jest naturalnie hasło "eutanazja") to właściwie inicjatywa prywatna, obywająca się bez głośnych kampanii prasowych i uchwał parlamentu. Do dziś zresztą entuzjaści i wolontariusze są motorem tego ruchu, natomiast wielu lekarzy odnosi się z pewną rezerwą do miejsc, w których "nie ma przecież już nic do wyleczenia". Medycyna paliatywna zaczyna się bowiem właśnie tam, gdzie lekarz tradycyjnie odstępował od łóżka chorego i z bolesną miną oznajmiał bezsilność medycyny.

Opieka hospicyjna, zwłaszcza w wypadku coraz częściej stosowanej opieki domowej przy współudziale rodziny, jest znacznie tańsza niż opieka w szpitalu (choć oczywiście zawsze droższa niż porcyjka chlorku potasu). Hospicja nie są jednak umieralniami oferującymi jedynie wspólną modlitwę i krucyfiks na ścianie, ani gorszymi szpitalami dla "beznadziejnych przypadków", w których szprycuje się dogorywających morfiną.

Owszem, opanowanie bólu fizycznego jest pierwszym i głównym zdaniem medycyny paliatywnej. Zwłaszcza wobec faktu, że jest to dziedzina wprost niezrozumiale zaniedbana w zwykłej opiece medycznej. Szacuje się, że w Polsce ok. 90% chorych na nowotwory cierpi z powodu bólu, który można łatwo uśmierzyć przy użyciu powszechnie dostępnych i niedrogich specyfików, jeśli tylko przepisać je w wystarczającej ilości i prawidłowo stosować.

Nawet w bogatej Holandii jeszcze nie tak dawno ponad połowa chorych na raka cierpiała niepotrzebnie, bo lekarze albo nie mieli odpowiedniej wiedzy na temat uśmierzania bólu, albo ulegali powszechnym w środowisku przesądom. W rezultacie pacjentom nie ordynowano wystarczającej ilości morfiny, bo to przecież "narkotyk, który uzależnia", a jednocześnie coraz rzadziej pojawiały się skrupuły, by zwijającemu się z bólu choremu podać śmiertelną dawkę.

 

17.

Przeciwnicy medycyny paliatywnej podkreślają, że i tak często kończy się ona rodzajem eutanazji, ponieważ "nie każdy ból można zagłuszyć środkami chemicznymi, chyba że pacjenta wprowadzi się w stan permanentnej narkozy i pozbawi świadomości", a wtedy "pozostaje tylko cielsko" (Wolniewicz). W stwierdzeniu tym jest sporo nonszalanckiej przesady, ale nawet gdyby zamiast "permanentnej narkozy" wstawić jakiś "odmienny stan świadomości" pewne wątpliwości moralne pozostają.

Gdy wiele lat temu Robert Nozick przekonywał, że ludzie w istocie chcą żyć własnym życiem, w kontakcie z rzeczywistością, wymyślił hipotetyczną "maszynę przeżyć" (dziś powiedzielibyśmy: rodzaj virtual reality), która każdemu serwowałaby odpowiednio zaprogramowane doznania. Podłączenie się na stałe do takiej maszyny - dowodził dalej - "to swego rodzaju samobójstwo".

Otóż jest do pomyślenia również specjalna odmiana "maszyny przeżyć", a mianowicie "maszyna do umierania": potrafiąca nie tylko ukoić każdy ból, ale też rozproszyć złe myśli, a nawet sprawić, by dla konającego agonia kończyła się jakimś kosmicznym orgazmem. Czy powinniśmy zatem pragnąć podłączyć się przed zgonem do takiej właśnie maszyny, dzięki której umieranie stanie się po prostu przyjemne (wielu ozdrowieńców po śmierci klinicznej zapewnia, iż o coś podobnego zatroszczyła się już sama natura)? Czy też może każdy z nas chce i powinien umierać własną śmiercią, nawet w ciemnościach wypatrując jeszcze prawdziwej rzeczywistości?

Rzecz w tym, że medycyna paliatywna nie jest i nigdy nie była próbą skonstruowania "maszyny do umierania". Granica została wyraźnie zakreślona. "Powiedzmy jeszcze raz - to słowa Cicely Saunders - właściwie stosowane narkotyki eliminują ból fizyczny, ale nie gaszą świadomości, zwłaszcza że staramy się tak je podawać, by chory był sobą -i tak ból duchowy, żal za życiem, cierpienie rozstania nie jest wytłumione".

Doktor Saunders nie byłaby też chyba prawdziwą Angielką, gdyby w trakcie fachowych rozważań o optymalnych dawkach narkotyków i rozmaitych miksturach uśmierzających nie dodała, że "najlepsze działanie przeciwbólowe i uspokajające wywiera dżin".

 

18.

Nie wytłumiony przez chemię ból duchowy to kolejne i znacznie trudniejsze wyzwanie dla opieki hospicyjnej. Jeśli sądzić po śladowej liczbie samobójstw, wywiązuje się ona również i z tego zadania, ale wzdragałbym się proponować tu jakiekolwiek rozstrzygające kryteria.

Oczywiście żadną miarą nie należy wyobrażać sobie jej dokonań w tym zakresie jako pasma radosnych sukcesów, które miejscowi kapelani - "gadatliwi jak poganie" - przypieczętowują deklamacjami o "zbawczym krzyżu", "zwycięstwie nad śmiercią" etc. Przeciwnie, personel hospicjów (podobnie jak pracownicy oddziałów onkologii) często doświadcza tzw. syndromu wypalenia zawodowego: z biegiem lat słabnie motywacja do pracy, wzrasta zaś poczucie bezradności i skłonność do depresji.

Jednak niekiedy nawet nieudana pomoc duchowa może mieć zbawienne skutki, jeśli tylko zostanie udzielona z uwagą i całkowitym otwarciem. Poniższy przypadek nie pochodzi wprawdzie z praktyki hospicyjnej, ale dobrze to ukazuje.

"Wydarzenie, o którym wspominam, miało miejsce przed czterdziestu laty. Prowadziłem trzecią już rozmowę z pewnym mężczyzną, ojcem trojga dzieci. W najlepszym razie miał przed sobą jeszcze dwa do trzech tygodni życia. Staraliśmy się wspólnie uporać z problemem, dlaczego musi umrzeć na tę straszliwą chorobę (raka) pozostawiając bez opieki swoją żonę i troje dzieci. Teologiczne rozważania na temat "chrześcijańskiego sensu cierpienia" itp. nie mogły tu nic pomóc; i chociaż bardzo staraliśmy się znaleźć w jego życiu punkty zaczepienia, które można byłoby zinterpretować jako momenty zbawcze, nie udało się to nam. Wtedy on nagle zaczął płakać, tak jak płakać może tylko mężczyzna w najskrajniejszej życiowej nędzy. A ja siedziałem obok i byłem tak wstrząśnięty, że tylko trzymałem mocno jego dłoń i płakałem razem z nim ze zwykłej bezradności. Gdy nagle on uświadomił sobie, co się zdarzyło, w pierwszej chwili był bardzo przestraszony, a potem stało się coś nadzwyczajnego: chory zaczął mi pomagać. Od tego momentu staraliśmy się (później wspólnie z jego żoną) iść dalej jako towarzysze jednej drogi, a jako duszpasterz mogłem mu tak bardzo pomóc, że w dwa tygodnie później przyjął śmierć ufnie i z pełnym poddaniem się" (Paul Sporken, "Postępowanie z umierającymi").

 

19.

Żyjemy podobno w katolickim kraju, ale na pytanie "Jak chciałbym umrzeć?", znani ludzie wypełniający tzw. kwestionariusz Prousta w jednym z polskich tygodników odpowiadają najczęściej: "szybko", "we śnie", "nagle", "bez bólu". Miłosz w "Roku myśliwego":

"Znam te przybytki połamanych lalek. Starcze otępienie, niedołężne kroki o lasce albo posuwanie się w wózkach, mamrotania, bełkoty i ptasie krzyki pomieszanych. [...] Pewnie, że źle jest zabijać ludzi, co w tym stuleciu uprawiano z zapałem. Jednak nagła i niespodziewana śmierć jest dobrodziejstwem w porównaniu z powolnym umieraniem".

A przecież nie tak dawno śpiewano (jeszcze się śpiewa!): "Od nagłej i niespodziewanej śmierci - zachowaj nas, Panie!" Chory przed śmiercią wydawał ostatnie rozporządzenia, spowiadał się, błogosławił rodzinę. Błogosławił! Bo stojąc na progu wieczności, to on był ważny, niemal "uprzywilejowany". Dziś tygodnie szpitalnej agonii wypełnione są pustką i nieszczerymi zapewnieniami odwiedzających, że "wygląda lepiej". Połamana lalka. Niech to będzie miarą, jak daleko zaszliśmy po tej drodze.

Nabożeństwo do Maryi dalej wielkie, ale co z "godziną śmierci naszej"? Nie bardzo wiadomo - skoro ludzie życzą sobie ją słodko prześnić albo urządzić rozsądnie wedle własnej woli. Wraca też sprawa odpustów. Jak w XVI wieku handlowano odpustami od grzechu, tak teraz nowa wiara handluje odpustami od cierpienia - bo to podobno najstraszniejsze, co może człowieka spotkać. Jedyna różnica, że inkasuje się nie wprost, ale oszczędza na zabijanych.

Bo niby dlaczego ma boleć, dlaczego tak "bez znieczulenia"? Misterium śmierci niczym wizyta u dentysty? Dla Simone Weil, Żydówki i nie ochrzczonej chrześcijanki, misterium umierania - jeśli to w ogóle ma być misterium, a nie wyrzucenie na śmietnik połamanej lalki - jeszcze coś znaczyło. "Konanie to ta ostatnia noc ciemna, której potrzebują nawet doskonali dla zupełnego oczyszczenia, i dlatego lepiej, aby była gorzka". Czy ktoś dzisiaj gotów byłby powtórzyć te słowa z wewnętrznym przekonaniem i bez strachu, że zostanie uznany za fanatyka ciemnych obrzędów albo wprost - za zmąconego na umyśle?

Ale w takim razie może lepiej już nie dawać dzieciom w szkole do czytania tych ponurych zmyśleń dzikiego Litwina. Jak to tam szło? "Kto nie doznał goryczy ni razu..."

 

20.

Również lektura Katechizmu Kościoła Katolickiego wystawia dziś rozum na wielką próbę. "Życie ludzkie jest święte" - tak zaczyna się 2258 paragraf KKK. I doprawdy szkoda, że nie kończy się jakimś prostym a dobitnym: "Jest święte, i basta!", bo dalsze rozstrzygnięcia nawet zahartowanego przeciwnika eutanazji wprawiają w zakłopotanie.

Nie można likwidować bólu zabijając tego, kogo boli. Pięknie, ale już w następnym paragrafie Katechizmu dodaje się, że "zaprzestanie zabiegów medycznych kosztownych, ryzykownych, nadzwyczajnych lub niewspółmiernych do spodziewanych rezultatów może być uprawnione" (§ 2278). Nie "usprawiedliwione" (np. szczupłością środków) czy "uzasadnione" (np. gdy terapia nie zmienia stanu pacjenta, a tylko przysparza mu dodatkowych cierpień), lecz właśnie "uprawnione". Może zaś być uprawnione, ponieważ decyzję o zaniechaniu leczenia podejmują - gdy pacjent nie jest do niej zdolny lub nie jest dość kompetentny - "osoby uprawnione". Jednak o tym, kto miałby uprawnić owe "osoby uprawnione" do "uprawnionego" "zaprzestania zabiegów", Katechizm milczy.

Całą tę sytuację określa się wprost jako "odmowę «uporczywej terapii»", ale czy to znaczy, że "uporczywej terapii" mógłby sobie w dowolnym momencie odmówić również sam pacjent, albo - odwrotnie - czy "osoba uprawniona" mogłaby zakwestionować kompetencje pacjenta i odmówić mu leczenia (poza najbanalniejszymi zabiegami) nawet wówczas, gdy wcześniej wyraźnie zażądał, by leczono go "do upadłego", bez względu na koszty, ryzyko, efekty etc. Jeśli tak, nie bardzo wiadomo, czym miałoby się to praktycznie różnić od eutanazji dokonywanej przez "wyciągnięcie wtyczki" poza zapewnieniami, że zadawanie śmierci nie jest w tym wypadku bezpośrednim zamiarem. Podobnie solenne zapewnienia towarzyszą też sytuacji, gdy śmierć pacjenta - nie zamierzona, lecz jedynie "przewidywana i tolerowana" - następuje wskutek przedawkowania środków przeciwbólowych.

Czy zatem eutanazja w katolickim szpitalu to jedynie kwestia języka? A roztropny pacjent, zamiast jęczeć "Zabijcie mnie!", powinien spokojnie i kompetentnie poprosić o wyłączenie wszelkich "uporczywie" działających aparatów - i o końską dawkę wysokogatunkowej morfiny...

 

21.

Główny argument przeciw samobójstwu, a więc także i przeciw prośbom o eutanazję: "jesteśmy zarządcami, a nie właścicielami życia, które Bóg nam powierzył. Nie rozporządzamy nim" (§ 2280). Czyli: "Nie rusz, bo to nie twoje".

Dziwne to postponowanie Bożego daru. Czyż bowiem synowie światłości nie są dziedzicami życia wiecznego? Ale jeśli to prawda, jeśli istotnie "nie rozporządzamy", to jak w takim razie możemy oddać swe życie za bliźniego, skoro w istocie nie mamy nic swojego do oddania, a "oddawanie życia za bliźnich" nie jest bezwarunkowym nakazem wydanym przez "prawowitego właściciela", lecz jedynie zaleceniem.

W następnym paragrafie Katechizmu znalazł się argument jeszcze dziwaczniejszy: "Samobójstwo zaprzecza naturalnemu dążeniu istoty ludzkiej do zachowania i przedłużenia swego życia" (§ 2281). A to ci dopiero! Chrześcijaństwo odwołujące się do porządku natury! Tak jakby zalecane przez Jezusa rozdawanie całego majątku ubogim, nie zaprzeczało równie mocno "naturalnemu dążeniu istoty ludzkiej" do gromadzenia dóbr i zabezpieczania swego życia!

Na ostatek zostawiłem sobie w tym teologicznym mętliku katechizmowy pewnik, na którym zbudowano już niezliczone piramidy wnioskowań: "Nikt, w żadnej sytuacji, nie może rościć sobie prawa do bezpośredniego niszczenia niewinnej istoty ludzkiej" (§ 2258). Podkreślając "niewinność", pewnik ten stanowi dobry punkt wyjścia w wypadku aborcji, natomiast zastosowany do samobójstwa czy eutanazji ("Prawo niewinnej osoby do życia nie oznacza swobody dysponowania życiem") natychmiast sam się unieważnia na mocy prostego paradoksu: Jeżeli ktoś jest niewinny i domaga się, by go zabito, nastaje tym samym na życie niewinnej osoby, a więc już niewinny nie jest.

A co począć z pacjentem, który twierdzi, że musi umrzeć, by odpokutować swoje - prawdziwe bądź urojone - winy? Czy każdy z nas jest osobą wystarczająco "uprawnioną", by skazać się (rzecz jasna, jedynie w sensie moralnym) na karę śmierci, a jeśli nie, to dlaczego? I na mocy jakiego prawa moralnego mogę skazywać na śmierć bliźniego swego, skoro jego życie należy do mnie nie bardziej niż moje własne?

 

22.

Dylematy te częściowo znikają, gdy zgodnie z duchem czasu samą karę śmierci uznamy za barbarzyński i niedopuszczalny przeżytek. Ale - choć nie istnieje tu żaden logiczny związek - tak się jakoś składa w dzisiejszych podziałach światopoglądowych, że prawicowi przeciwnicy eutanazji są z reguły jednocześnie zwolennikami kary śmierci (jak zapewne większość P.T. Czytelników "Najwyższego CZASU!"), natomiast postępowi zwolennicy eutanazji równie postępowo karę śmierci odrzucają.

Prowadzi to do swoistej schizofrenii, gdyż w toczących się sporach obie grupy naprzemiennie używają identycznych argumentów!

Najpopularniejszy zarzut przeciwko karze śmierci głosi, iż nawet najlepsze procedury zabezpieczające nie uchronią nas nigdy przed ryzykiem nienaprawialnej "pomyłki sądowej" i nadużyciami, a zatem stosowanie kary śmierci w praktyce musi prowadzić do zabijania niewinnych osób, i to "w majestacie prawa". Zwolennicy KŚ odpowiadają na to przytomnie, że wszelkie ludzkie działania obarczone są ryzykiem błędu i należy jedynie starannie dbać, by było ono jak najmniejsze. Jednocześnie zaś sami w dyskusji o eutanazji barwnie wywodzą, do jakich to licznych nadużyć i błędów może dojść, gdy eutanazja zostanie zalegalizowana.

Dodatkowo posługują się jeszcze tzw. argumentem "równi pochyłej" twierdząc, że jeśli raz zacznie się zabijać, choćby i na "wyraźne życzenie", to już wkrótce będzie się także mordować na podstawie "życzeń domniemanych", wyrażonych per procura etc., a skończy się na mordowaniu upośledzonych i innych ludzi, których jakość życia została uznana - przez, ma się rozumieć, "uprawnione osoby" - za niezadowalającą.

Dokładnie ten sam argument usłyszą później od zwolenników eutanazji występujących tym razem w roli przeciwników kary śmierci. Oni bowiem też z upodobaniem odwołują się do argumentu "równi pochyłej". Zaczynacie od kary śmierci za zabójstwo z premedytacją - powiadają - ale już niedługo zaczniecie domagać się stryczka za przewiny polityczne, a na koniec będziecie wieszać za zwyczajną kradzież - jak niegdyś w osławionych "aferach mięsnych" - byle tylko nasycić krwiożercze instynkty ludu.

I tak toczą się oba dyskursy - monotonne i beznadziejne niczym pojedynek z lustrem.

 

23.

Zwolennikom legalizacji eutanazji taka patowa sytuacja niezbyt przeszkadza. By sprawnie prowadzić swą propagandę wcale nie muszą wygrać w dyskusji - wystarczy by kompromitująco nie przegrali. Dlatego często zadowalają się stwierdzeniem, że przeciw ich stanowisku nie sposób podać żadnych rozsądnych argumentów.

Nie jest to prawda. Nawet w powyższym sporze racje nie są rozłożone symetrycznie. Ryzyko nadużyć w wypadku kary śmierci jest mniej niebezpieczne niż w wypadku eutanazji. Każdy z nas bowiem będzie umierał, najprawdopodobniej w szpitalu, nierzadko na bolesną i długotrwałą chorobę, ale tylko nieliczni staną przed sądem oskarżeni o czyn zagrożony karą śmierci. W dodatku procedury prawne chroniące przed błędem, aczkolwiek niedoskonałe, zawsze będą lepsze wtedy, gdy walczę o życie i wątpliwości rozstrzyga się na moją korzyść, niż wtedy, gdy od początku zakłada się, że moją prawdziwą korzyścią jest jak najszybsza śmierć. I na koniec: gdy grozi mi kara śmierci, przynajmniej o tym wiem i mogę zabiegać o zmianę wyroku, łaskę etc. i takie moje zachowanie traktuje się jako naturalne, natomiast omyłkowo wyznaczony do "dobrej śmierci" niekoniecznie musi zdawać sobie z tego sprawę. Nikogo też nie niepokoi, że spokojnie leży, uśmiecha się i nie protestuje - przecież sam tego chciał...

Także argument "równi pochyłej" ma w obu wypadkach odmienną wagę. W wypadku kary śmierci "równia pochyła" to na razie wyłącznie "eksperyment myślowy", a historyczne przykłady coraz bezwstydniejszego szafowania tą karą czerpie się wyłącznie z rozmaitych totalizmów, gdzie samo prawo stoczyło się do rynsztoka. Jeśli zaś idzie o eutanazję, to po równi już coś rzeczywiście się toczy i nabiera rozpędu. Rzecz bowiem w tym, że legalizowanie eutanazji nie jest początkiem procesu, lecz jedynie jego kolejną fazą. Prawdziwym początkiem była natomiast kwestia aborcji - coraz swobodniejszej, właściwie "na życzenie", zrazu uzasadnianej okropnym cierpieniem, jakie czuje matka rodząc dziecko skazane na "trudne warunki społeczne", potem coraz częściej prawem kobiety do wolnego wyboru. Mądrzy ludzie już wtedy przewidywali, że to nie koniec.

Że od zabijania tych, w których jeszcze nie dostrzega się człowieka, niebawem gładko przejdzie się do zabijania tych, w których człowieka dostrzegać się już przestało.

 

24.

Skąd właściwie wiemy, o co prosi człowiek, gdy prosi o śmierć? Czy prośba powtórzona dwa razy jest dwa razy bardziej stanowcza, a wypisana na papierze warta tyle co tydzień nieprzerwanych jęków? Gdy mój znajomy wygląda przez okno i powiada, że w takim kraju żyć się odechciewa, nie przychodzi mi na myśl, by zdecydowanym pchnięciem poszerzyć mu, wprawdzie na krótko, perspektywy. Czy gdyby mówił to samo wychylając się ze szpitalnego łóżka, powinienem potraktować jego słowa poważniej? Inne rekwizyty, inna sztuka...

Ludzie doświadczeni w obcowaniu z niedoszłymi samobójcami twierdzą, że samobójca wcale nie pragnie umrzeć - on jedynie nie chce dalej tak żyć. Dlatego samobójcy czasem jeszcze dają sobie (i innym) szansę: odkręcają gaz w porze, gdy przychodzi listonosz i dziwnym trafem zapominają zamknąć drzwi; skaczą do rzeki, gdy na brzegu majaczy czyjaś sylwetka; połykają o kilka tabletek za mało. Jest to krzyk rozpaczy i jednocześnie oskarżenie. Czasem coś z tego wynika, czasem nie wynika nic - jak to w życiu.

Pacjent w szpitalu, który codziennie powtarza "panie doktorze, już dłużej tego nie wytrzymam, tak bym chciał umrzeć", też uwiera jak wyrzut sumienia. Nawet gdy szpital jest luksusowy, lekarz staranny, a pacjent podtarty, umyty, z bólów zaś odczuwający głównie tępy ból własnej samotności i zbędności. Również w hospicjum umierający czasem prosi o śmierć. "Nie spotkałam się jeszcze z sytuacją - mówi wolontariuszka jednego z warszawskich hospicjów (cytuję za "Polityką") -aby takiej prośby nie udało się oddalić zwiększonym zainteresowaniem, czułością, miłością".

Jednak zazwyczaj twardo uznaje się "godność umierającego". Chce umrzeć, niechaj umiera! W końcu jego słowa są wyrazem jego wolnej woli, więc trzeba je przyjąć z szacunkiem i powagą, na jaką zasługują. Nie zbywać byle czym, nie doszukiwać się drugiego dna, śmiało spoglądać prawdzie w oczy. Wprawdzie gdyby nagle podyktował - tym samym, słabnącym z wycieńczenia głosem - testament, w którym cały majątek zapisywałby starej żebraczce z rogu, rodzina natychmiast rzuciłaby się udowadniać, że oto oszalał z bólu, bredzi w malignie, ale gdy idzie o dysponowanie taką drobnostką, jak własne życie, wszystko jest zawsze w najlepszym porządku.

 

25.

W gruncie rzeczy umierający zawsze pozostaje wydany na czyjąś łaskę. Nawet gdy żąda lub błaga, ktoś wcześniej musi stwierdzić, czy jeszcze jest w pełni przytomny, czy też już zaczyna majaczyć, a to cienka granica. Wedle tych rozstrzygnięć szanuje się potem jego wolę, ale najsumienniej wtedy, gdy nie sprzeciwia się ona zbytnio oczekiwaniom tych, co pozostaną przy życiu. Ci zaś nie są z kamienia - i niejeden czasem westchnie: "Oby to się już jak najszybciej skończyło...". Na świecie bowiem nietrudno o ludzi, którzy przejmują się do głębi cudzym cierpieniem. Wiemy to dobrze, ponieważ sami nam o tym ciągle przypominają.

To właśnie oni najchętniej deklamują o współczuciu dla bliźnich i nazywają eutanazję "miłosiernym zabijaniem", mercy killing, ale gdy mówi im się o innych, nieco bardziej uciążliwych uczynkach miłosierdzia - o hospicjach, medycynie paliatywnej, pociesze duchowej etc. - natychmiast spoglądają na życie trzeźwo i odwołują się do argumentu "z reszty". Że mianowicie nawet najlepsze hospicja, środki przeciwbólowe i najczulsza opieka nigdy nie pomogą wszystkim i zawsze zostanie jeszcze jakaś reszta - nadzwyczajne przypadki, gdy ból konania można już jedynie skrócić.

Debata o eutanazji rozpoczęła się właśnie od takich nadzwyczajnych przypadków: gdzieś tam kochający mąż otruł umierającą w cierpieniach żonę, gdzie indziej lekarz przyznał się, że dobił chorego, któremu nie umiał inaczej pomóc. Nierzadko były to autentyczne tragedie, ale wysnuwanie z nich wniosku, że w takim razie eutanazję należy jak najszybciej zalegalizować i "uzwyczajnić", przypomina pomysł, by zalegalizować kazirodztwo, aby nigdy już nie powtórzyła się tragedia Edypa...

Ponieważ jednak nadzwyczajne przypadki nie wystarczały do urobienia opinii publicznej, w następnej fazie debaty dowodzono, że dziś, w dobie wielu chorób przewlekłych, bolesnych, a nieuleczalnych, cierpienie rozlewa się szeroką rzeką i śmierć w męczarniach może grozić każdemu. Kiedy zaś pojawiały się repliki, że po zmianie prawa każdemu będzie grozić eutanazja, zwolennicy jej legalizacji natychmiast odpowiadali rozbrajająco: "O nie! Przecież będzie się ją stosować jedynie w wyjątkowych przypadkach!".

Ta dwoistość w pojmowaniu eutanazji utrzymuje się do dzisiaj. Jeśli jednak eutanazja ma być powszechnym "ubezpieczeniem od przedśmiertnych cierpień", to czemu uzasadnia się jej potrzebę przez odwoływanie się do skrajnych przypadków? Jeśli zaś ma być środkiem nadzwyczajnym, stosowanym jedynie w sytuacjach ekstremalnych, to czemu do nielicznych wyjątków dorabiać prawo?

 

26.

Zwolennicy legalizacji eutanazji zazwyczaj podkreślają, że prawo to nikogo do niczego nie przymusza. "Jesteś katolikiem, chcesz umierać w cierpieniach, bo to dobre dla duszy - twoja wola! Ale dlaczego mnie, który nie wierzę, a cierpieć nie chcę, odmawiasz wyboru?" - tak pokrótce wygląda ich stanowisko. A jeśli tak, jeśli rzeczywiście żadne interesy przeciwników eutanazji (poza obrazą ich przeświadczeń religijnych) nie zostają naruszone, to można do całej tej sytuacji odnieść pewne ulubione rozumowanie Kierkegaarda: "Jeżeli umieranie w męczarniach jest złem, zwolennicy eutanazji postępują słusznie, gdy się nie godzą na nie, jeżeli zaś jest dobrem, to odrzucając je, są już tym samym wystarczająco ukarani".

Kryje się za tym zdroworozsądkowe przeświadczenie, że nie dzieje się nic złego, gdy dojrzałym ludziom, gotowym odpowiadać za swe decyzje, zwiększamy wybór. Jeśli w supermarkecie obok półki ze zdrową żywnością pojawi się pewnego dnia połeć tłustej szynki, dietetyczni skrupulanci na tym nie stracą - mogą nie jeść!

Byłoby to prawdą, gdyby eutanazja angażowała wyłącznie tego, kto dokonuje wyboru. Ale przecież nie dla samobójców uchwala się nowe prawo, ani nie dla wygody tych, którzy w ostateczności mogą polegać na bliskiej osobie. Bo eutanazja jako sprawa prywatnych osób niezbyt, zdaje się, jej zwolenników fascynuje. Dla nich to raczej oficjalna "usługa medyczna" wymagająca wykwalifikowanego specjalisty, a ten oczywiście wszystkie kwestie prawne chce mieć jasno uregulowane. Praktycznie oznacza to zgodę na bezkarne urzędowe zabijanie.

Podobno umieramy zawsze w samotności, ale wokół łóżka konającego przewija się jednak spory tłumek: lekarze, pielęgniarki, prawnicy, rodzina, przyjaciele... Wszyscy oni mają swoje własne interesy, wszyscy wpływają w znacznym stopniu na decyzje umierającego i zalegalizowanie eutanazji w pierwszym rzędzie właśnie na ich postępowaniu się odciska. I nie bez negatywnych skutków.

 

27.

Po pierwsze - legalizacja eutanazji psuje medycynę. Lekarze walczący z chorobą i cierpieniem, a w zanadrzu chowający sposób na usunięcie samego cierpiącego, przypominają armię, która już spisała warunki własnej kapitulacji. Będą walczyć gorzej, z mniejszym przekonaniem i wcześniej rezygnować, a te nawyki zapewne nie pozostaną również bez wpływu na ich postępowanie z lżej chorymi. Nie dość wyszkoleni w łagodzeniu srogiego bólu - skoro ból prościej jest "skracać" - także zwykły ból będą łagodzić nie na miarę istniejących możliwości. W rezultacie ich ignorancja wspierana przeświadczeniem, że "na cierpienie mamy eutanazję", przysporzy wielu niepotrzebnych cierpień chorym, którym jeszcze na tamten świat nie pilno. Nie są to jedynie czcze rojenia. Medycyna paliatywna rozwija się w Holandii gorzej niż w Anglii i żadne ubóstwo środków tego nie uzasadnia.

Częściowym remedium na te zagrożenia byłoby oddzielenie "zwyczajnej" medycyny od specjalnych paramedycznych "szwadronów śmierci". W odpowiednim momencie chorego przewożono by z normalnego szpitala do czegoś w rodzaju anty-hospicjum i tam już wszystko dokonywałoby się sprawnie i zgodnie z przepisami. Miałoby to tę dodatkową zaletę, że chory - niczym skazaniec w celi śmierci - jaśniej zdawałby sobie sprawę, w czyich jest rękach i czego może się wkrótce spodziewać. Trudniej byłoby także o pomyłki i nadużycia, więc aż dziw bierze, że to proste ostateczne rozwiązanie nigdzie dotąd nie zostało zastosowane czy choćby zaproponowane. Wydaje się bowiem, że zwolennikom eutanazji bardzo zależy na tym, by eutanazja była jednak jak najdłużej postrzegana jako równoprawne ogniwo medycyny. Co chyba wskazuje, że ludzie jeszcze wcale za aż tak zracjonalizowanym umieraniem nie tęsknią, jak głoszą to w ich imieniu ideolodzy ucywilizowywania śmierci.

I cóż z tego, zdają się powiadać, że jest to ogniwo niszczące. Wszak skoro dentyści wyrywają bolące zęby, to czemu kto inny nie miałby wyrywać duszy z bolącego ciała?

 

28.

Po drugie - legalizacja eutanazji psuje prawo. Nowe możliwości techniczne medycyny już od dawna wprawiają w zakłopotanie lekarzy, filozofów, a także prawników. Nie bardzo wiadomo, kto jest żywy, a kto już umarł; kto i kiedy ma prawo odłączyć człowieka-roślinę od podtrzymujących jego wegetację aparatur etc. W obliczu takich przemian, gdy ziemia drży, a stare sposoby postępowania zawodzą, wielu czuje zrozumiałą pokusę, by wesprzeć się na byle czym.

Najczęściej wspierają się jedni na drugich: filozofowie powołują się na rozstrzygnięcia sądów, sądy biorą pod rozwagę przemyślenia filozofów, a dziennikarze donoszą o tym wszystkim ludowi i tak tworzy się "opinia publiczna". Mniej istotne staje się wtedy, czy jakieś rozstrzygnięcie jest słuszne, czy nie - wystarczy, by było jak najpowszechniej aprobowane, a przynajmniej tolerowane. Jak szczerze przyznał jeden z posłów holenderskiego parlamentu, eutanazja nie jest dobrym rozwiązaniem ani dla lekarza, ani dla pacjenta. Jeśli jednak jest tolerowana, powinna być uregulowana przepisami prawnymi.

Ale przyjęcie takiej zasady stanowienia prawa - a legalizacja eutanazji ją wzmacnia i utrwala - prowadzi do tego, że prawo jedynie kodyfikuje nastroje społeczne, z lekka tylko biorąc je w ryzy. Zgodnie z tą zasadą, jeśli w jakimś kraju prześladowania Żydów są tolerowane, należy je w pierwszym rzędzie "uregulować przepisami prawnymi"; np. pozostawiając wolnej decyzji samych Żydów, czy wolą być bici znienacka, czy też każdorazowo uprzedzani zgodnie z urzędowo opracowaną procedurą.

Znika też niedorzeczny problem, czy powszechne upodobania są zgodne z prawem, gdyż prawem staje się każdorazowo to, w czym mamy upodobanie. Co więcej, powtarza się jako rzecz oczywistą, że lepsze jest jawne i "uregulowane" przeprowadzanie eutanazji, niż gdyby miała się ona dokonywać pokątnie - jak to podobno ma miejsce w wielu krajach.

Czyli mówiąc językiem starej wiary: czym niegdyś grzeszono w skrytości, tym teraz będzie grzeszyć się na dachach. Ale grzeszenie na dachach to Sodoma i Gomora.

 

29.

Po trzecie - legalizacja eutanazji psuje wartości moralne. Gdy umieranie staje się ceremonią szpitalną, więź bliskich z umierającym i odpowiedzialność za to, jak umiera, coraz bardziej słabnie. Nie wiadomo, co z nim począć, czym zająć czas agonii, zwłaszcza że w szpitalu jedynie personel medyczny jest "u siebie" i tak naprawdę to on podejmuje decyzje. Pozostałym przypada głównie rola widza, a mało kto ma ochotę oglądać cudze cierpienia, wobec których odczuwa tylko swoją bezsilność. Dlatego odsuwamy się od umierających, oni zaś z tego powodu cierpią jeszcze bardziej, a im bardziej cierpią, tym bardziej się od nich odsuwamy... Błędne koło.

W przeciwieństwie do hospicjów legalizacja eutanazji nie zmienia tej sytuacji, lecz odwrotnie: przyjmuje ją jako naturalną i zarazem podsuwa rozwiązanie. Jednocześnie zaś wpaja przeświadczenie, że nawet najbardziej prywatne tragedie - a śmierć bliskiej osoby z pewnością do takich należy - wymagają do rozwiązania jakiejś zatwierdzonej przez państwo metody.

Ale tragedie właśnie dlatego są tragediami, że nie mają dobrych rozwiązań. Kiedy mąż zabija konającą w męczarniach żonę, a potem gotów jest odpokutować swój czyn w więzieniu, albo i nawet strzelić sobie w łeb, odczuwam wobec jego decyzji pełen grozy szacunek. I niech tam będzie komuś, kto lubi sądzić cudze sumienie, że taka miłość jest pokrzywiona i opaczna, ale to wiem przynajmniej, że "nie patrzy swego". Natomiast niesmakiem napawają mnie ci, co podobno całym sercem współczują, ale nie chcą ani trochę współcierpieć, więc życzą sobie mieć prawo, które im to zagwarantuje. A czemuż to? Mówicie, że kochacie, więc dlaczego chcecie być jeszcze niewinni?

Zalegalizowanie eutanazji zaciera tę istotną moralnie różnicę; zrównuje małe charaktery z wielkimi, bo nawet najmniejszym daje przyzwolenie na wygodne i bezpieczne dokonywanie wzniosłych czynów. Nie można jednak mieć heroizmu za darmo, a hałaśliwe czynienie dobra, które kosztuje niewiele albo i zupełnie nic, także po najuroczystszym zadekretowaniu nie przestaje być faryzeizmem.

 

30.

W europejskiej tradycji filozoficznej prawo człowieka do samobójstwa, a więc i do eutanazji, zawsze uzasadniano przez odwołanie się do ludzkiej wolności. Uzasadnienie to ma dwie postaci: słabszą i mocniejszą.

Pierwsza wywodzi się bodaj od Platona, który zasadniczo samobójstwu był przeciwny, ale dopuszczał je w wyjątkowych sytuacjach, gdy nie wiązało się ono z ucieczką przed jakimikolwiek obowiązkami względem bogów czy państwa. We współczesnej laickiej wersji bogowie się już wprawdzie nie pojawiają, ale dalej powiada się, że wobec lekkomyślnego odbierania sobie życia "sprzeciw dekalogów i kodeksów jest niewątpliwie uzasadniony", gdyż "po prostu nie wolno w żaden sposób wymigiwać się od obowiązków". Ostatecznie zatem "każdy ma prawo robić co chce, lecz w granicach zaciągniętych zobowiązań i pod warunkiem wywiązania się z nich".

Przedstawiciele tego stanowiska, jak chociażby cytowany wyżej Tadeusz Kotarbiński, traktują samobójstwo nie bez wielkiej powagi - jako wydarzenie o doniosłym moralnym wymiarze. Trudno więc przypuścić, by akt pozbawiania kogoś życia, choćby i na jego wyraźną prośbę, mógł być dla nich wyłącznie kwestią techniczną ("niechże nauczy nas medycyna" - jak pisał Kotarbiński), bez żadnej otoczki moralnej. Przeciwnie, wydaje się, że na gruncie ich stanowiska zawsze musi to być sytuacja moralnie trudna a często dramatyczna. Skąd tedy brać owych egzekutorów, skoro w wypadku dobrowolnej eutanazji inicjatywa zawsze musi wyjść od zabijanego in spe, a jednocześnie mamy, jak się zdaje, obowiązek nie stawiania swych bliźnich w dramatycznych sytuacjach moralnych dla własnej, choćby i przedśmiertnej, wygody? Zwłaszcza że zaciągamy wówczas dług, którego już na pewno nigdy nie będziemy mogli spłacić.

Podobnych dylematów nie przeżywają zwolennicy uzasadnienia mocniejszego. Dla nich każde samobójstwo, nawet powzięte z błahego powodu, jest dopuszczalne właśnie dlatego i tylko dlatego, że człowiek jest istotą wolną. Diogenes Laertios podaje, że gdy pewnego razu stoik Zenon z Kition "wychodząc ze szkoły upadł i złamał palec", zapukał w ziemię ręką i rzekł słowami Niobe: "Idę! Po co mnie wołasz?" - "i umarł natychmiast przez uduszenie". Na końcu szeregu tych "samobójców z wolnej woli" stoi inżynier Kiriłłow z "Biesów" Dostojewskiego. "Zabijam siebie - powiada - aby się zaprzeć pokory i wykazać straszną moją wolność".

Czy jednak legalizacja eutanazji, w tej postaci w jakiej dziś się ją propaguje, rzeczywiście poszerza obszar indywidualnej wolności?

 

31.

W doniesieniach o "historycznej" ustawie legalizującej eutanazję w Holandii jedynie na marginesie przemknęła pewna dająca do myślenia wypowiedź. Jak podała "Rzeczpospolita", pani Els Borst, minister zdrowia należąca do projektodawców ustawy, stwierdziła uspokajająco, że "lekarze są bardzo powściągliwi i honorują tylko jedną trzecią próśb o eutanazję"! Jeśli to prawda, aż dwóm Holendrom na trzech "prawo do godnej śmierci" zostaje z jakichś przyczyn odmówione!

Z drugiej strony, w raporcie z 1990 roku, gdy eutanazja nie była jeszcze legalna, lecz już "tolerowana", stwierdzono, iż w około 1000 przypadków lekarze czynnie przerwali życie swoich pacjentów bez ich wyraźnej zgody. Wprawdzie w nowomowie zwolenników eutanazji (np. Petera Singera) nie jest to eutanazja niedobrowolna (taką byłaby zapewne dopiero wtedy, gdyby pacjent wyrywał się i wrzeszczał), lecz tylko nie­dobrowolna, co sugeruje, że pacjent po prostu nie zdążył wyrazić jawnej prośby. Ale jak go zwał, tak go zwał - w niewielkiej Holandii prawie 1000 ludzi uśmiercono w szpitalach w ciągu jednego roku mając w nosie ich wolną wolę!

Jak z tego widać, praktykowanie eutanazji z całą pewnością zwiększyło jedynie wolność lekarzy. To oni mają realną władzę polegającą na tym, że nie daje się wszystkim, którzy proszą, a czasem daje się tym, co wcale nie prosili. W tej zaś mierze, w jakiej lekarzy opłaca się ze środków publicznych, stają się oni urzędnikami państwa ingerującego coraz śmielej w życie i śmierć swych obywateli.

Nie warto też łudzić się, że są to jedynie "przejściowe trudności" i z czasem obywatele nacieszą się obiecywanymi im prawami. Naobiecywano im bowiem rzeczy sprzecznych: że będą mieć swobodę zadysponowania sobie przyjemniejszej śmierci, a jednocześnie swoboda ta dla ich dobra będzie skrupulatnie kontrolowana - a więc wydzielana "powściągliwie". Nie można mieć jednak pełnej swobody i pełnej kontroli jednocześnie, a tam gdzie wkracza państwo, tam zawsze kontrola, reglamentacja, urząd przeważą na ostatek nad wolnością. Tak oto zamiast wolnego człowieka, umierającego rozumnie i z godnością, pozostaje skamlący petent, czasem łaskawie wysłuchany. A nie trzeba dodawać, że "prywatne" eutanazje - skądinąd realna wylęgarnia nadużyć i zwykłej zbrodni - dalej będą utrudniane i karane.

 

32.

Religia, która przychodzi wraz z kwestią eutanazji, jest wprawdzie nowa, ale już nie pierwszej młodości. Nie od dziś bowiem widmo krąży po Europie, widmo samoemancypacji człowieka przez nowy ład - wymyślony w niewielu gorących głowach, lecz szeroko rozgłoszony i wprowadzany w życie za pomocą wciąż potężniejącej maszynerii państwa.

Obrządek owej religii, pełnej litości i współczucia, obraca się zawsze wokół ludzkiej niedoli. Niegdyś niedolę tę odnajdywano w obfitości w zaułkach robotniczych dzielnic; teraz, gdy robotnicy są już właściwie na wymarciu, szuka się jej w szpitalnych salach - w jękach umierających. Ci przynajmniej nigdy do końca nie wymrą...

Niecierpliwość jej zwolenników przypomina zapał niegdysiejszych rewolucjonistów. Nie interesują ich półśrodki, bo cierpieniu trzeba położyć kres natychmiast i raz na zawsze. Dlatego dawniej gardzili filantropią, batystowymi chusteczkami, które na dobroczynnych balach ocierały łzę, a dziś z przekąsem wyrażają się o "łagodzeniu bólu" i innych hospicyjnych fanaberiach. Im to nigdy nie wystarczy; oni bowiem przynoszą ostateczne wyzwolenie od cierpienia, tak jak kiedyś przynosili ostateczne wyzwolenie od wyzysku, przemocy, nędzy...

Pozostaje pytanie, ilu ludzi trzeba będzie zamordować tym razem, zanim spod maski nowego boga wyjrzy znowu małpi grymas starego diabła?


© Lech Stępniewski grudzień 2000 - styczeń 2001

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny