Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny

 

WILCY WYJĄ W SUPERMARKETACH

LECH STĘPNIEWSKI


Za poprzedniej wersji obecnego ustroju opanowanie literatury ojczystej w szkole nie było trudne. Zmieniały się bowiem epoki, nazwiska pisarzy, tytuły utworów, ale jeden nieśmiertelny temat nigdy nie zawodził: dola chłopa. Wystarczyło jedynie zapamiętać, że gdzieś w połowie XIX wieku część chłopstwa przemienia się w proletariuszy, bo sama dola pozostawała po staremu - nieszczęsna i niezwykle przyjemna do opisywania.

Niewykluczone, że serdeczne współczucie, z jakim wielu naszych bliźnich obnosi się dziś tak radośnie, owo "pochylanie się nad niedolą" maluczkich, to w istocie tylko rezultat wykucia niegdyś na blachę przed klasówką kilku niezawodnych frazesów. Żeby bowiem człowiek mógł dać wyraz swoim szczerym uczuciom, trzeba mu wpierw dać odpowiednie wyrazy. A co powie, to i potem widzi, bo głupio byłoby się przyznać - choćby przed sobą samym - że gadało się ot, tak - po papuziemu. Dlatego właśnie socjaliści kochają masową edukację, a wielki Lenin powtarzał: uczyć się, uczyć i jeszcze raz uczyć! W ten sposób nawet całkiem bystre dziecko można bez trudu przerobić na idiotę albo parteigenosse.

Praktyki te nie pozostały również bez wpływu na upodobania literackie szerokich kół. Nie zdziwiłem się więc zbytnio, gdy okazało się, że czytelnicy "Gazety Wyborczej" za najlepszy reportaż roku 2000 uznali opis nieszczęsnej doli pracowników śląskich supermarketów pióra Tomasza Toszy. Opis był rzeczywiście wstrząsający.

W upalny dzień, w hali bez klimatyzacji mdleją kasjerki. "Pięć w ciągu dwóch godzin". Nie wolno im pić w czasie pracy, nie mają też w trakcie prawie sześciu godzin pracy prawa wyjścia do toalety. Nawet, gdy którejś akurat przytrafiła się "obfita miesiączka". "- Pierwszy raz w życiu ma pani okres?" - zapytał kierownik kas. "Nie wiedziała, co odpowiedzieć. - Jeśli nie, to mowy nie ma. Wytrzyma pani - uciął".

Upokarzane, fałszywie oskarżane i wyrzucane, za byle uchybienie pozbawiane premii, rewidowane przy wychodzeniu, zarabiają po 600-700 złotych, a i tak są jeszcze dodatkowo okradane z kwadransów pracy, bo "zegar czytnika był tak ustawiony, że spóźniał się o jakieś trzy minuty w stosunku do zegarów w kasach". Kontrolujący supermarkety inspektorzy Państwowej Inspekcji Pracy "nieoficjalnie mówią, że bardziej poprawiła się jakość dokumentów niż warunki pracy. Ludzie nadal pracują ponad siły, są wyzyskiwani".

"Zysk dodatkowy, jaki można osiągnąć przez nadmierną pracę" jest bowiem dla wielu pracodawców zbyt wielką pokusą. Dla niego gotowi są ograbić swych pracowników z najnędzniejszej nawet przerwy na posiłek czy odpoczynek. "Tam, gdzie czas dodatkowy otrzymuje się przez mnożenie drobnych kradzieży w ciągu dnia, inspektor napotyka nieprzezwyciężone prawie trudności, jeżeli chce dowieść tego", bo wszędzie widzi "zaiste wilczy nienasycony głód pracy dodatkowej".

Cytaty w ostatnim akapicie nie pochodzą już z nagrodzonego reportażu, ale z pewnego dzieła (ósmy rozdział tomu pierwszego), które przypuszczalnie jedynie z uwagi na swe znaczne rozmiary i zawiły styl autora jakiś czas temu wyszło z mody. Chodzi mi naturalnie o "Kapitał" Karola Marksa.

*

Jak się zdaje, w symbolicznym pejzażu naszych czasów supermarkety pełnią podobną rolę, co niegdyś okopcone fabryki. Reprezentują wielki kapitał, najczęściej zagraniczny, a wiadomo - im kto większy, tym większy ma brzuch i tym większy "wilczy nienasycony głód" cierpi. Rozkładają się gdzie bądź, niczym niefrasobliwi giganci, i zarazem sieją wokół spustoszenie rujnując drobnych sklepikarzy. Nadto chętnie zatrudniają okoliczną ludność, ale płacą licho.

"- Dlaczego tak słabo płacimy? Skoro są tysiące chętnych, którzy godziliby się pracować nawet za mniej, to dlaczego mamy płacić więcej, niż pozwala rynek?" - mówi kierownik działu jednego z supermarketów. "- Mniej już się nie da, ze względu na przepisy".

To oczywiście przykre, że ludzie, którzy nic nie umieją (przeszkolenie do pracy w supermarkecie trwa zwykle kilka godzin), zarabiają niewiele. Jeszcze bardziej przykre jest, że na swe grosze niejednokrotnie muszą naprawdę ciężko zapracować: siedzieć długo w jednym miejscu, ciągnąć ciężkie wózki etc. Jednak, paradoksalnie, w porządku sprawiedliwości to właśnie oni, zdawałoby się - już bliscy dna, są uprzywilejowani! Jeśli bowiem sklepowa panienka, nierzadko rozbrajające swą niewiedzą niebożątko, zarabia 700 złotych, to jej rówieśnica, która przez pięć lat studiowała i teraz uczy w liceum albo leczy w przychodni, powinna zarabiać na wstępie przynajmniej dwa albo i trzy razy tyle.

Warto też pamiętać, że wielu z tych, co godzą się na byle jaką pracę za byle jakie pieniądze, pracuje tylko dopóty, dopóki nie nabędą prawa do zasiłku. Czyli prawa do długich i - biorąc pod uwagę relację zasiłku do płacy - półpłatnych wakacji.

Owszem, pieniądze to nie wszystko i nic nie usprawiedliwia "szargania godności człowieka pracy", rozmaitych szykan i złośliwości. Ale z drugiej strony jest rzeczą powszechnie wiadomą, że kradzieże i oszustwa dokonywane przez pracowników, trudne do wykrycia i udowodnienia, są plagą supermarketów. Wystarczy by raz na tydzień nieuczciwa kasjerka nie zauważyła spodni z fałszywą metką w wózku znajomego albo nie doliczyła się paczki kawy. Właśnie niedawno splajtowała z hukiem część marketów z sieci "REMA 1000", które - wedle zasad norweskiej licencji - miały być prowadzone inaczej, "w rodzinnej atmosferze".

"Walka klasowa" trwa też i na innych frontach. Jedną z bohaterek reportażu Tomasza Toszy w trakcie rozmowy kwalifikacyjnej młody asystent pyta, "krzywiąc się", o dzieci. Ale jej koleżanka, kasjerka w supermarkecie, opowiada później "co się stało, gdy jej sklep przyjął na pełny etat 50 dziewczyn po pięciomiesięcznym okresie próbnym. W ciągu dwóch tygodni dziesięć z nich przyniosło zaświadczenie od lekarza, że są w ciąży i nie mogą pracować w ciężkich warunkach. - Ale wywinęły numer - śmiała się".

Supermarkety są przekleństwem, diabelskim pomiotem, który z nocy czyni dzień i kala świętość niedzieli. Równocześnie są jednak błogosławieństwem dla najuboższych, bo to przecież oni, nie zaś brzuchacze obwieszeni złotem, stanowią najwierniejszą klientelę tych sklepów i wespół z ich właścicielami gorliwie wyzyskują wszystkie te kasjerki, panny sklepowe, konsultantki, wrotkarki etc. Odium "wilczych apetytów" spada więc również na nich. "- Nienawidzę ich - mówi Irena. - Egoistyczni, źle wychowani, nowobogaccy. Nawet ci biedniejsi wystroją się do sklepu jak do kościoła i godzinami spacerują z wózkami między półkami".

Okazuje się wszakże - choć tylko na marginesie - że supermarkety nie są najgorsze i dla pracowników. "Agata, odkąd pracuje w markecie, nareszcie jest ubezpieczona w ZUS-ie. Przez ostatnie cztery lata pracy w sklepie chemicznym na starym osiedlu w Mysłowicach udawała kuzynkę właściciela". Nie trzeba chyba dodawać, że gdyby ów właściciel sklepiku chemicznego wpadł kiedyś po pijanemu na myśl, by za swe pracownice zapłacić ZUS i wszelkie należne podatki, mógłby od razu ogłosić plajtę piękną jak katastrofa Greka Zorby. Ponieważ jednak w kanonie literatury ojczystej brakuje stosownych sformułowań, nikomu nie przyjdzie do głowy, by pomawiać o "wilczy nienasycony głód" urzędy skarbowe, skoro wiadomo, że panuje tam jeno zdrowy apetyt.

Kapitalizm podobno mamy pyszny: krwiożerczy i wyzyskujący wszystkich jak się patrzy, więc aż dziw bierze, że nikomu nie chce się być kapitalistą. Ba, nie chce się nawet spróbować! Na tym samym Śląsku, gdzie kasjerkom w supermarkecie nie wolno zrobić siusiu, by obrażony klient nie poszedł do konkurencji, a właściciele małych sklepików ledwo wiążą koniec z końcem, pojawił się nie tak dawno wcale niezły kapitalik. Mam na myśli kilkudziesięciotysięczne odprawy, któreśmy wszyscy - za pośrednictwem budżetu - ufundowali nieszczęśliwym panom górnikom pozbawionym rozkoszy fedrowania na przodku. Czy ów kapitalik poczuł jakiś zew krwi? Czy choćby zawył do księżyca? A gdzie tam! W większości wypadków natychmiast został przepuszczony do cna i było to zapewne w naszych warunkach zachowanie całkiem racjonalne.

Bo fantazje, że żyjemy w czasach "wilczego kapitalizmu", roić się mogą wyłącznie w głowach tych, którzy nie odróżniają wilka od szczekliwego ratlerka.

*

Gdyby Opatrzność w swej niepojętej mądrości zechciała tak zrządzić, że to właśnie po naszej cudnej ojczyźnie przechadzałby się Pan Jezus, nie musiałby ci On, a jużci, nikogo zachęcać do tego, by płakał nad sobą. Polacy bowiem - i to pewno także zasługa ich wieszczów - dobrze wiedzą, jak być nieszczęśliwymi.

Atoli taki dar łez wymaga spełnienia dodatkowych warunków. Jak zauważa Artur Schopenhauer ("Świat jako wola i przedstawienie", paragraf 67), płacz jako współczucie z sobą samym uwarunkowany jest przez zdolność fantazji niezbędną do tego, by dotykające nas nieszczęścia stanęły żywo przed oczyma. "Powyżej powiedziane - dodaje Schopenhauer - potwierdza też fakt, że dzieci, które doznały bólu, płaczą przeważnie dopiero wtedy, gdy się ich żałuje, a więc z powodu nie bólu, lecz jego przedstawienia".

Także odmalowanie własnych nieszczęść przez kogo innego pobudza do łez. Przemądry Odys przebywając rozliczne przygody trzymał się dzielnie, aż dopiero na dworze króla Feaków, gdy usłyszał je powtórzone z ust śpiewaka, "topniał we łzach spływających spod powiek na policzki".

W uzupełnieniach zawartych w drugim tomie "Świata jako woli..." Schopenhauer rozwija ten wątek, a potem tak ostatecznie zamyka:

"I wreszcie na poparcie mego wyjaśnienia niech posłuży tu jeszcze anegdota, którą znalazłem w angielskim «Heraldzie» z 16 lipca 1836 r. Pewien klient, słuchając w sądzie, jak adwokat przedstawia jego przypadek, zalał się łzami i zawołał: «Nie przypuszczałem w połowie nawet, żem tak cierpiał, póki dziś tutaj o tym nie usłyszałem!»".


© Lech Stępniewski luty 2001

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny