Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny

 

UNUS DEFENSOR

LECH STĘPNIEWSKI


Pan Zbigniew Dura prawie rok temu obejrzał w TVP film o śp. o. Bocheńskim, potem słowa ojca długo rozważał, aż w końcu uczuł niespieszną potrzebę, by bronić przed nim "Naszej wiary (...) jedynej prawdziwej, poza którą nie ma zbawienia". Kazanie swoje pt. "Błędy ojca Bocheńskiego" ogłosił w 3 numerze [1996 r.] "Najwyższego Czasu!".

Bocheńscy, wiadomo, familia osobliwa. U nich zwyczajna rzecz być oryginałem i nawet klauzura temu nie poradzi. Teorię wynaleźć - dziwną a niepojętą - to dla każdego z Bocheńskich tyle, co dla innego buty wzuć z rana. O jedną z tych teoryj właśnie poszło.

Otóż wedle o. Bocheńskiego w wielkich religiach istnieje coś takiego jak "wiara podstawowa" oraz "nadbudowa religijna". "Wiara podstawowa" w zasadzie odpowiada temu, co określa się jako istotę religii, jej fundament w sensie filozoficznym, natomiast "nadbudowa" to symboliczne odzwierciedlenie owej istoty - religijne mity i opowieści. Za tą prostą dystynkcją kryje się niezbyt oczywiste przekonanie, że język filozofii jest donioślejszy, bardziej źródłowy od języka mitu, a zatem różne mity mogą być wyrazem tej samej - dla filozofa - wiary podstawowej. W sumie jednak wywód to raczej postny, terminologia też trochę drewniana, ale czego nie robi się dla dowcipu! Bo czyż nie jest zabawne, gdy dominikanin, co górę habitów zdarł, znany sowietolog, rozprawia o religii z księżmi i młodszymi braćmi w zakonie cepowatym językiem dia-matu, rozróżnia bazy i nadbudowy etc. W dodatku przez cały czas z poważną miną, pryncypialnie i naukowo. Bocheńscy, jako rzekłem, to familia nader osobliwa.

Jednak nie sam ów żarcik niewinny o religijnej bazie i nadbudowie rozeźlił p. Durę, lecz jego konsekwencje. Dialektyczny walec trudno zatrzymać, owszem, nie można wcale, póki wszystkiego, drań, nie wyrówna. Toteż gdy o. Bocheński zastosował swoje bazy i nadbudowy do analizy religij światowych, wyszedł mu od razu taki pasztet: chrześcijaństwo, islam i judaizm różnią się jedynie nadbudowami, a bazę, to znaczy "wiarę podstawową", mają tę samą! Co tu dużo gadać - zgroza! Takiej bluźnierczej urawniłowki szlachetny p. Dura już nie zdzierżył, więc dalejże udowadniać, że chrześcijaństwo nie jest ani trochę islamem, a już na pewno, Boże uchowaj, judaizmem, albowiem "wiara podstawowa wyżej wymienionych religii diametralnie się różni". "Wiara podstawowa chrześcijaństwa to wiara w Boga-Człowieka, który w Duchu Świętym daje ludziom przystęp do Ojca". Amen.

Że w chrześcijaństwie najważniejszy jest Chrystus, chrześcijanie dowodzić nie potrzebują, gdyż świadczy o tym samo ich miano. Przecież chrześcijanami się nazywają, a nie na przykład jehowitami reformowanymi. Czy o. Bocheńskiemu nigdy ta myśl jasna nie przyszła do głowy? A może zaniewidział okrutnie i trzeba dopiero p. Dury, by źdźbło pokazał w oku brata swego? Bardzo to niepięknie tak sobie przeciwnika umniejszać, był bowiem o. Bocheński wielkim oryginałem i żartownisiem, ale z całą pewnością nie był durniem.

Filozof potrzebuje do życia abstrakcji i uogólnień. Trudno mieć do niego pretensję, że gdy bada, dajmy na to, "istotę człowieka", znajduje ją taką samą we mnie i w mym sąsiedzie, choć ja - rozumny i dobry, sąsiad zaś słaby na umyśle i ladaco. Podobnie ma się sprawa z istotą ("wiarą podstawową") religii. Kiedy o. Bocheński pisał lat temu z górą trzydzieści swą "Logikę religii" również musiał przyjąć pewną współmierność wielkich religij światowych, skoro właśnie logikę religii pisał, a nie na przykład logikę religii chrześcijańskiej czy nawet katolickiej. Bez takiego założenia wszelkie porównywanie, ba, wszelkie posługiwanie się pojęciami ogólnymi staje się zwyczajnie niemożliwe.

Owszem, są i tacy, co powiadają, że jednak nie wszystko ze sobą porównywać się godzi, w szczególności prawdziwą wiarę z urojeniami pogan.

"Nie można pozwolić słuchaczom - pisał Klemens Aleksandryjski w swych "Kobiercach" (Strom. I, 8,1) - poddawać Słowa próbie przez zestawianie z czymkolwiek ani wydawać Go na ocenę ze strony ludzi (...) nadętych pychą z powodu sprawności ich wnioskowania dialektycznego ".
Jest to jednak restrykcja nie filozoficzna, lecz kerygmatyczna: przepowiada się bowiem Dobrą Nowinę, nie zaś Dobrą Filozofię, jako że filozofia w swej pysze oraz swawolności restrykcyj takich nie znosi i z tej zapewne przyczyny Apostoł po wielekroć przed nią w swych listach trzódkę mu powierzoną ostrzega.

Ale też z filozoficznego punktu widzenia największą wadą teorii - czy raczej teoryjki - o. Bocheńskiego nie jest jej jakaś nadzwyczajna obrazoburczość, lecz przeciwnie - banalność. Mimo swój dowcipny użytek z kategoryj bazy i nadbudowy sprowadza się ona w zasadzie do nienowego stwierdzenia, że wszystkie religie monoteistyczne mają pewien grunt wspólny. A to, na dobitkę, prawda szczera! Przecież chrześcijaństwu - co widać na pierwszy rzut oka i przyzna to chyba nawet p. Dura - o wiele bliżej do judaizmu niż np. do szamanizmu syberyjskiego czy wierzeń australijskich Aborygenów. Z kolei największą wadą owej szczerej prawdy o jednej wierze podstawowej religij monoteistycznych jest jej chroniczna jałowość. I dlatego najpoważniejszy zarzut, jaki można o. Bocheńskiemu postawić, brzmi: Czy badając tak abstrakcyjnie pojętą istotę religii rzeczywiście odsłaniamy coś interesującego, czy też jesteśmy skazani na wieczne klepanie litanii filozoficznych ogólników, których jedyną zaletą okaże się zdatność do ustawienia w formalnie nienaganne formuły logiczne?

Co do pana Zbigniewa Dury, to jego krytyka wynika głównie z niefrasobliwego "materii pomięszania". Zaczyna bowiem od przedstawienia teorii "wiary podstawowej", która, jak sam pisze, "jest istotą religii", a na koniec oznajmia tryumfalnie, że błędy teorii o. Bocheńskiego "tkwią (...) w błędnym odczytaniu najistotniejszych treści religii chrześcijańskiej". Myli zatem notorycznie "istotę religii" z "istotą chrześcijaństwa". Tej pierwszej o. Bocheński szukał - jako filozof - w zestawieniach i podobieństwach. O tej drugiej, ukazującej się poprzez różnice, z pewnością przypominał sobie codziennie powtarzając Credo.

Nota bene p. Dura broniąc tak gorliwie P.T. Czytelników "Najwyższego Czasu!" przed ich niechybnym zjudaizowaniem lub zislamizowaniem przez o. Bocheńskiego właśnie z podkreślaniem różnic nieco przesadził. Napisał nawet, też dość niefrasobliwie, że w islamie i judaizmie Bóg jest "tylko Rządcą, Stworzycielem, Sędzią". Tymczasem w Koranie nazywa się Miłosiernego i Litościwego Boga również Przyjacielem i Wspomożycielem, a imiona te - jako należące do 99 najpiękniejszych - są jednocześnie boskimi atrybutami, wyobrażenie zaś Boga jako Ojca znajduje się już w Starym Testamencie. Jeszcze dalej idzie Talmud. W liturgicznej pieśni "Awinu Malkenu" recytowanej w wigilię święta Jom Kippur mówi się do Boga po prostu "Ojcze nasz" - tak jak mówił Jezus.

Jest wiara filozoficzna, wsparta naturalnym światłem rozumu, które jednak potrafi doprowadzić jedynie do wiary podstawowej i "Boga filozofów". Jest wiara chrześcijańska, dana w Objawieniu, wyznawana słowami Składu Apostolskiego, a także wiara katolicka, zawarta w katechizmie Kościoła Powszechnego. Ale jest też i ta wiara, może najważniejsza, o której pisze Apostoł, że przez nią właśnie będziemy usprawiedliwieni. Nie za to, że odkryliśmy "istotę religii", recytowaliśmy Credo albo katechizmu nauczyliśmy się na pamięć, ale za to że wypełnialiśmy słowa Pańskie. Na przykład te, by bratu swemu nie mówić nigdy: "Bezbożniku". A cóż innego robi p. Dura, gdy kończy swój artykuł kategorycznym stwierdzeniem, że o. Bocheński doszedł do "niebezpiecznego poziomu herezji".

To smutne, że są jeszcze chrześcijanie, którzy nie potrafią odzwyczaić się od palenia.


© Lech Stępniewski styczeń 1996

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny