Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny

 

BŁOGOSŁAWIENI UCISZENI?

LECH STĘPNIEWSKI


Jak dobrze wiedzą z najlepiej poinformowanych źródeł wszyscy dziennikarze "od religii", Jan Paweł II (tu trzeba koniecznie podkreślić: papież stary i schorowany) od wielu już lat jest tylko biernym narzędziem w rękach potężnych watykańskich frakcji - konserwatywnej i postępowej - które turlają Go między sobą jak nie przymierzając piłkę.

Gdy więc integryści chytrze podsuwają Mu do podpisania encyklikę "Fides et ratio", masoni zaraz dla równowagi każą przepraszać żydów etc. - ot, takie tam kurialne figielki. Niedawno zdawało się, że gra znów będzie remisowa. Masoni, katolewica, progresiści et consortes przykazali surowo biednemu staremu papieżowi beatyfikować dobrego papieża Jana, ale spadkobiercy inkwizycji, ciaśni i fanatyczni konserwatyści o średniowiecznej mentalności natychmiast czujnie zażyczyli sobie, by wynieść na ołtarze również Piusa od "Syllabusa".

Lecz już w dwa dni później główny watykański inkwizytor, Józef kardynał Ratzinger, przedstawił znienacka deklarację "Dominus Iesus" (O jedyności i powszechności zbawczej Jezusa Chrystusa i Kościoła) - zatwierdzoną przez papieża jeszcze w czerwcu - przechylając w ten sposób szalę na stronę konserwatystów. Nic więc dziwnego, że postępowcy nie zdzierżyli i podnieśli wielką wrzawę.

 

Ratzinger, ty słoniu!

O co cały ten zgiełk, doprawdy nie bardzo wiadomo, gdyż deklaracja jest nudna niczym powtórka na lekcji religii - a to dlatego, że pomalutku i pedantycznie przypomina rzeczy podstawowe, poczynając od Symbolu konstantynopolskiego, czyli chrześcijańskiego wyznania wiary! Że Chrystus to "Bóg prawdziwy z Boga prawdziwego", a Jego Kościół - "jeden, święty, powszechny i apostolski". Także resztę deklaracji co cierpliwsi katolicy mogliby sobie właściwie sami ułożyć z wycinków z Katechizmu.

Tym osobliwiej na takim tle wygląda krótki komentarz Jana Turnaua ("Gazeta Wyborcza" z 6 września) uprzejmie zatytułowany "Słoń a sprawa jedności". Ponieważ jak w soczewce skupia się w nim styl myślenia oraz pretensje postępowców, przepisuję go tu w całości:

"Jestem katolikiem i uważam, że w moim Kościele jest pełnia prawdy, ale czy muszę to wciąż ogłaszać? Mogę uważać, że mam w czymś rację, a nie Kowalski, ale nie muszę mu tego wytykać. Potrafię też zrozumieć hierarchów mojego Kościoła, którzy chcą powstrzymać radykalnych nowatorów teologicznych, ale czy nie ma na to innych sposobów niż ta deklaracja, która uraża innych chrześcijan i wyznawców innych religii? Ekumenizm jest składem porcelany, w którym nie jest przydatny żaden słoń".
Jak widać, postępowe życie religijne polega przede wszystkim na tym, by nie "ogłaszać", nie "wytykać" i nie "urażać". To tylko fanatyczni Żydzi w rodzaju św. Piotra czy św. Pawła (akurat apostołom wolno przypominać pochodzenie!) nietolerancyjnie "ogłaszali", że poza Jezusem "nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni" i gruboskórnie "urażali" wyznawców innych religii głosząc Chrystusa ukrzyżowanego, "który jest zgorszeniem dla Żydów, a głupstwem dla pogan". Nic dziwnego zresztą, skoro już ich Mistrz nie zawahał się "wytykać" zacnym faryzeuszom, że są jak groby pobielane...

Owszem, gdyby, dajmy na to, protestanci rodzili się garbaci, niepięknie byłoby - i to tylko dlatego, że ma się "w czymś" rację - biegać za nimi i "wytykać" im ich ułomność krzycząc: O, garbus, garbus! Ale Kościół powszechny wszak nie z garbusami od urodzenia rozmawia, lecz z ludźmi obdarzonymi (o czym szacunek dla bliźniego zawsze każe pamiętać!) wolną wolą i rozumem w stopniu nie mniejszym niż katolicy. W rozmowie tej zaś nie chodzi o rację w byle "czymś", lecz o zbawienie i życie wieczne!

Postępowy chrześcijanin takich niemodnych wyrażeń stara się, rzecz jasna, wystrzegać. Natomiast nigdy nie zapomni, by wtrącić grzeczne słówko o ekumenizmie, który w naszych czasach awansował, jakoś tak chyłkiem-tyłkiem, niemal do rangi jednej ze Spraw Ostatecznych. W dodatku teologicznie niekłopotliwych, bo w tej perspektywie mniej ważne staje się to, w co się wierzy, byle tylko dało się tę wiarę praktykować trzymając wszystkich za ręce i z przyjemnym wyrazem twarzy.

 

Pod kościołem cicho-sza...

I gdybyż jeszcze deklaracja przygotowana przez kardynała Ratzingera wyciągała na wierzch jedynie stare rupiecie w rodzaju Soboru Nicejskiego czy Chalcedońskiego! Tymczasem większość odwołań w jej tekście pochodzi z dokumentów II Soboru Watykańskiego albo z encyklik obecnego papieża. Natomiast "konserwatywna" encyklika o Kościele Piusa XII, "Mystici corporis", przytoczona została zaledwie raz.

Wydawać by się mogło, że obfite cytowanie Vaticanum Secundum to sam miód na wrażliwe serca "posoborowych" chrześcijan. Ale apetyt rośnie w miarę jedzenia i dziś wychodzi na to, że także zbyt dosłowne przypominanie uchwał sprzed czterdziestu lat jest już niemile widziane w kościele postępu i należałoby raczej poprzestać na pielęgnowaniu bliżej niesprecyzowanego "ducha" owego Soboru.

Ów mityczny duch to, rozumie się, wciąż utkany z mgły duch dialogu, pojednania, duch ekumenizmu wreszcie, ale pojmowanego "nowocześnie" - jako demokratyczny consensus osiągany przez negocjacje oraz kompromis. My wam ustąpimy jakiś dogmat, wy przestaniecie się brzydko wyrażać o papieżu... A potem razem, już zbratani i szczęśliwi, zagłosujemy, że Piekła nie ma, a faryzeuszy najlepiej wykreślić z Ewangelii i poprosić o wybaczenie.

Także ton tej deklaracji nie powala na kolana ciasnym rygoryzmem. Przeciwnie, obok przypomnienia, co należy "stanowczo wyznawać" i "stanowczo zachowywać", wskazuje się niejednokrotnie na zagadnienia, w obliczu których "otwiera się [...] rozległe pole poszukiwań teologicznych", a nawet takie, dla których "mogą istnieć różne interpretacje teologiczne".

To jednak wciąż o wiele za mało dla rozkapryszonych przeciwników "ogłaszania" i "wytykania". No bo jakże tu nikogo nie "urazić" stanowczo wyznając, że Chrystus jest prawdziwym Bogiem? Chyba żeby ograniczyć się - skoro religia należy do rzeczy duchowych - do cichutkiego wyznania w duchu. Błogosławieni uciszeni?...

 

Proszki zwykłe i gwarantowane

Ale chyba najboleśniej dotknęły cały postępowy świat zawarte w deklaracji "Dominus Iesus" niedelikatne sugestie, jakoby Kościół katolicki różnił się zasadniczo od innych kościołów i związków religijnych, oraz niepokojące zalecenie, by "stanowczo wierzyć", iż właśnie on "konieczny jest do zbawienia".

Na szczęście dziennikarze od religii wywiedzieli się szybko, że nie znaczy to, chwała Bogu, by tylko katolicy mogli zostać zbawieni, więc, już nieco spokojniejsi, potraktowali uwagi kardynała Ratzingera o Kościele z wyrozumiałością bliską tej, z jaką traktuje się przesadną kampanię promocyjną w supermarkecie. Kardynał, okazuje się, po prostu lojalnie zareklamował swoją Firmę jako najlepszą drogę do zbawienia, nie twierdząc wszakże, że jest to droga jedyna. Kościół wypadł więc w tym zestawieniu jak nadzwyczajny proszek; cudnie woniejący kadzidłem, gwarantowany i o Niebo lepszy od tzw. "zwykłych proszków". Niemniej, zaznaczano, w tamtych też przecież da się coś uprać.

Niestety, wyobrażenie to niewiele ma wspólnego z wiarą katolicką. Jak bowiem jeden jest Zbawiciel, Jezus Chrystus, tak samo jeden jest złączony z Nim Kościół, poza którym nie ma innej drogi do zbawienia.

Kościół bowiem nie jest jedną z wielu dróg, choćby najwygodniejszą i wyposażoną w "pełnię środków zbawczych", ale jest drogą w ścisłym sensie jedyną! Co więcej, nie jest to bynajmniej droga szeroka i wygodna, przeciwnie - wąska i "mało jest takich, którzy ją znajdują". Inne zaś "drogi" przypominają raczej ruszanie na przełaj, za głosem serca, czyjąś przypadkową radą, albo ku majaczącemu we mgle szczytowi. I można jedynie żywić nadzieję, że dobry Bóg "wiadomymi tylko sobie drogami" wyśle na spotkanie tych zbłąkanych owieczek Niebieskich GOPR-owców, by wyciągnęli je z biedy...

Owszem, trafiają się jeszcze od czasu Jana Chrzciciela ludzie gwałtowni, którzy zdobywają Królestwo Niebieskie wytyczając nowe szlaki, ale do tak ryzykownych eskapad żadnemu odpowiedzialnemu pasterzowi nikogo zachęcać nie wolno - skoro już został pasterzem, a nie trenerem samodzielnych grup wspinaczkowych.

Podobnie jedno jest tylko Pismo Święte, nie zaś jedno Pismo Nieco Bardziej Święte i parę półek Pism Też Trochę Świętych. Co oczywiście znowu nie znaczy, że nie ma tam wcale Bożego światła, skoro Duch wieje kędy chce. Ale gdy katolik mówi czasem o "świętych księgach" niechrześcijańskich religii, to są one dla niego święte trochę innym rodzajem świętości. Całkiem tak, jak opowiastki Demokryta o atomach, choć ciekawe i inspirujące, z pewnością są "naukowe" innym rodzajem naukowości niż dwudziestowieczna teoria cząstek elementarnych.

Deklaracja dodaje nawet z iście niemiecką pedanterią, że należy także "stanowczo zachowywać rozróżnienie" pomiędzy chrześcijańską wiarą teologalną (tak w polskim przekładzie niemieckie theologale Glaube; w wersji angielskiej theological faith), a wierzeniem (w wersji niemieckiej innere Überzeugung - wewnętrzne przekonanie; w angielskiej - belief) w innych religiach. Tylko ta pierwsza to wiara we właściwym sensie, podążająca za objawionym Słowem Bożym, podczas gdy wierzenie bliskie jest raczej nastrojowi wewnętrznej ufności w pojawiające się w różnych czasach i kulturach przeczucia i wyobrażenia Boga.

Wobec ogromnej różnorodności tych przeczuć i wyobrażeń oraz ich wewnętrznej niejednolitości zaleca się bardziej ostrożność w duchu Pawłowego: "Wszystko badajcie, a co szlachetne - zachowujcie!", niźli ekumeniczną niewybredność. Albowiem obok modlitw i obrzędów mogących przygotować na przyjęcie Ewangelii, są i takie, które - i tu deklaracja powołuje się na encyklikę Jana Pawła II "Redemptoris missio" - "stanowią raczej przeszkodę na drodze do zbawienia".

 

A uszy wciąż świerzbią...

"Twarda to mowa" - stwierdzili krótko urażeni słuchacze, gdy Pan Jezus w synagodze w Kafarnaum ogłosił się chlebem żywym, "który z nieba zstąpił". "Odtąd - pisze św. Jan - wielu uczniów Jego odeszło i już z Nim nie chodziło".

W dziejach chrześcijańskiego przepowiadania scena ta powtarzała się już tyle razy, że równie zwięzłe i pełne oburzenia reakcje na "Dominus Iesus" zapewne nie są dla jej autorów żadnym zaskoczeniem. Zdecydowano się jednak na tę powtórkę z elementarza katolickiej teologii z uwagi na - jak czytamy w deklaracji - niebezpieczne rozplenienie się we współczesnym świecie "relatywistycznej mentalności".

Św. Paweł wprawdzie takich mądrych słów nie używał, lecz chyba i on przewidywał coś podobnego przestrzegając Tymoteusza, że nadejdą czasy "kiedy zdrowej nauki nie będą znosili, ale według własnych pożądań - ponieważ ich uszy świerzbią - będą sobie mnożyli nauczycieli". Apostoł Narodów nie był przy tym, podkreślmy, delikatnym ekumenistą i wbrew wzniosłej ideologii nie "ogłaszania" i nie "wytykania" radził: "Głoś naukę, stawaj w porę i nie w porę, zawstydź, potęp, zachęć..."

Cóż lepszego można radzić w czasach, gdy dobrzy katolicy zamiast dzielić się z innymi pełnią zbawczej prawdy, wciąż próbują - by nie sprawiać nikomu przykrości - zamienić Dobrą Nowinę na Miłą Niezobowiązującą Wiadomość.


POSTSCRIPTUM

"Upamiętajcie się i wierzcie ewangelii" - powiada Pismo. Pan Jan Turnau po kilku dniach upamiętał się nieco - ale tylko nieco! - i w "Gazecie Świątecznej" z 9-10 września w obszerniejszym już komentarzu napisał, że deklaracja "Dominus Iesus" wywołała

"nie tylko wiele hałasu, ale i wiele nieporozumień, wręcz przekłamań. Myślę, że za to odpowiedzialny jest w większej mierze "nadawca" niż "odbiorcy": dziennikarze i zwykli ludzie. Kościół rzymskokatolicki (inne również) nie dopracował się jeszcze języka, którym może mówić zrozumiale do zwykłych wiernych i "niewiernych" naszego czasu. Oczywiście, deklaracja jest adresowana przede wszystkim do specjalistów - duchowieństwa, teologów - ale została puszczona w świat, w świadomość ludzi nie mających o teologii zielonego pojęcia".
Wprawdzie końcowa samomoocena autora wydaje mi się stanowczo zbyt surowa, to jednak myśl przewodnia - że za głupstewka Turnaua odpowiada ostatecznie "nadawca" Ratzinger, albo i cały Kościół, który się "nie dopracował" - godna jest baczniejszej uwagi. Zwłaszcza jako współczesna ilustracja znanej perykopy o drzazdze i belce - tym razem z ekumenicznym miłośnikiem Ewangelii w roli głównej.
© Lech Stępniewski wrzesień 2000

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny