Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny

A JAM CZYSTY JAK LILIJA...

 

DRUGA TWARZ TOLERANCJI

LECH STĘPNIEWSKI


Dziwne gusta Adama Michnika - Biskupi znów o seksie - Mickiewicz zlustrowany - Skąd ta słodycz?

1
W swojej gazecie Adam Michnik ma dla siebie tylko jedną stałą rubrykę. Nazywa się ona trochę kokieteryjnie "Moje dziwne gusta" i z tajemniczych powodów znajduje się w comiesięcznym dodatku o książkach, chociaż prawie zawsze są to zwykłe komentarze polityczne. Widocznie autor uznał, że ludzie książek - czasem skłonni przedkładać wypisy z lektur nad swe doświadczenia życiowe - będą dla niego publicznością szczególnie wdzięczną.

W numerze sierpniowym komentarz dotyczy grzechów Kościoła i składa się w zasadzie z dwóch długich cytatów z książki Petera Rainy "Kościół w PRL. Kościół katolicki a państwo w świetle dokumentów 1945-1989, tom 2, lata 1960-74". Z dokumentów tych - powiada Adam Michnik - "wyłania się obraz złożony, fascynujący".

Pierwszy cytat opisuje niedole Kościoła. 22 sierpnia 1960 r. "o jednej godzinie w całej Polsce dokonano 'nalotu' na biblioteki seminariów duchownych, a celem tego nalotu miała być kontrola bibliotek". Konfiskowano wtedy książki o komunizmie, bezbożnictwie, żydostwie, a nawet niektóre encykliki papieskie. Wszystko to w Adamie Michniku "wzbudza uczucie solidarności i szacunku".

Cytat drugi ukazuje Kościół od innej strony. 13 lutego 1961 r., zaledwie w pół roku po "nalocie" na biblioteki, Episkopat zaprotestował przeciw wyświetlaniu filmu Jerzego Kawalerowicza "Matka Joanna od Aniołów". W proteście tym napomyka się o agresywnej propagandzie antyreligijnej i obrażaniu uczuć większości - w dodatku dokonywanym "w atrakcyjnej formie artystycznej". Na koniec zaś biskupi zamiast do sądu Bożego odwołują się do "Cenzury Filmowej" i żądają kar za "publiczne wyszydzanie" przewidzianych w komunistycznym (eo ipso bezbożnym) Dekrecie o ochronie wolności sumienia i wyznania. "I oto widzimy drugą twarz Episkopatu" - smutnieje Adam Michnik i już wiadomo, dlaczego drobiazgowi swemu dał tytuł "Druga twarz prawdy".

2
Gust pryncypała - nawet dziwny - bardzo bywa zaraźliwy, więc już następnego dnia pojawił się w "Gazecie" obszerny artykuł Jerzego Sosnowskiego będący twórczym rozwinięciem felietonu naczelnego redaktora. Twórcze rozwinięcie polegało na przepisaniu dalszych kilkunastu cytatów z książek Petera Rainy (także z drugiej - o arcybiskupie Dąbrowskim) po to, by dokładniej "ustalić zakres tych kompromitujących Kościół prób sojuszu z komunistyczną cenzurą". Ustalenia swe Jerzy Sosnowski zakończył ciekawą refleksją, że obecnie
"obok konfliktu między Kościołem a siłami postkomunistycznymi toczy się znacznie poważniejszy (...) konflikt: między (...) zwolennikami obdarowania obywatela wolnością i entuzjastami ograniczania jej w myśl jedynie słusznej idei".
Sztab wyborczy pana Aleksandra Kwaśniewskiego powinien gorąco podziękować za to wsparcie. Furda teraz, że skompromitowani biskupi trochę pogrymaszą na "siły postkomunistyczne", skoro naprawdę ważne jest tylko "obdarowywanie". A do hojnego obdarowywania obywateli Aleksander Kwaśniewski aż się pali! Już przecież zapowiedział, że jako prezydent natychmiast "obdaruje wolnością" wszystkie kobiety zniewolone klerykalnymi ustawami. Jakie zaś dary wspaniałe przygotował dla tych, w których ma upodobanie, tego - jak powiada Pismo - "ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało".

Czy i "Gazeta" liczy na jakiś dar łaskawy, nie wiem, ale dziwi mnie taka niewyrozumiałość wobec protestów Kościoła w piśmie, które samo wielekroć protestowało - czasem bardzo histerycznie - przeciw "publicznemu wyszydzaniu". Wtedy, o ile pamiętam, także "Gazecie" bliższy był paragraf niż rozmaite wolności. Owszem, współpraca z cenzurą to nic chwalebnego i z książek Rainy płynie nauka, dość banalna, że władza absolutna demoralizuje nie tylko tych, którzy ją mają, ale także i tych, którzy jej podlegają. Nie wydaje mi się jednak, żeby za poprzedniej wersji obecnego ustroju akurat Kościół jakoś szczególnie ulegał pokusie "prób sojuszu" z komunistami. Kilka celniejszych przykładów z litości przemilczę, bo nie chciałbym się posunąć aż do "publicznego wyszydzania".

Takie obłapki z władzą, która dużo może, nie należą, niestety, do oddzielonej "grubą kreską" przeszłości, ponieważ państwo nasze dalej może o wiele za dużo. Ostatnio biskupi zganili kolejny podręcznik do wychowania seksualnego. W debacie, jaka teraz nastąpi, będzie się oczywiście mówić o biskupach, podręcznikach i seksie, ale ten, kto zaproponuje, by usunąć prawdziwą przyczynę tego sporu - przymusowe państwowe szkolnictwo, zostanie zapewne uznany za wariata. Podobnie dzieje się w kulturze: gdy urzędnik nie ma nic do gadania, burzliwe spory o to, co należy wydawać i jakie filmy pokazywać, stają się politycznie obojętne. Wolność zaczyna się tam, gdzie kończą się kompetencje urzędników. Rozumiem, że taki właśnie jest program Unii Wolności i Ministerstwo Kultury i Sztuki nie zostało za jej rządów zlikwidowane tylko przez czysty przypadek.

W zasadniczej sprawie muszę jednak przyznać Adamowi Michnikowi rację: to nieładnie domagać się wolności dla siebie i w chwilę potem odmawiać jej innym. Michnik nie Episkopat - nikomu wolności nie poskąpi, więc gdy nawet wypsnie mu się w rozmowie z księdzem Tischnerem, że "w pewnych sprawach pewni ludzie winni mieć zamknięte usta", można to spokojnie złożyć na karb chwilowej niefrasobliwości konwersacyjnej.

Ale przecież jest książka, której Adam Michnik od wielu lat z konsekwencją i uporem odmawia prawa do istnienia. "Tajni współpracownicy w PRL w świetle dokumentów" - tak mogłoby się nazywać to dziełko, którego wciąż nie ma, choć z pewnością wyłoniłby się z niego obraz równie "fascynujący", co ze zbiorów dokumentów kościelnych zredagowanych przez Petera Rainę. Kiedy przez krótki czas zanosiło się na to, że jednak dziełko się ukaże i każdy będzie mógł je sobie swobodnie poczytać, wśród protestujących przeciw tak demoralizującej wolności nie zabrakło i Adama Michnika. Wtedy jakoś nie pachniały mu niecnotą osobliwe sojusze i gry polityczne, nic więc dziwnego, że jego protest okazał się znacznie skuteczniejszy niż dawne, amatorskie "próby" Episkopatu, z których teraz mają uciechę bezlitośni moraliści. A Episkopatowi dobrze tak! Po co z własnej i nieprzymuszonej woli otwierał przed ciekawskim panem Rainą swe archiwa? Co do archiwów MSW, całkowicie wystarcza nam wiadomość, że Adam Michnik zwiedził był je kilka lat temu i znalazł je w jak najlepszym porządku.

3
Gdy archiwa nie zaprzątają już głowy, bo pilnuje ich pan minister Milczanowski, można pomyśleć o "miłośnikach lustracji". "O miłośnikach lustracji myślałem..." - tak zaczyna się felieton naczelnego "Gazety" wydrukowany w tej samej rubryce miesiąc wcześniej. A myślał o nich czytając esej profesora Stanisława Pigonia poświęcony dość specjalnej kwestii literaturoznawczej: dlaczego pod koniec III części Mickiewiczowskich "Dziadów" ich bohater Konrad ma na czole bolesną, nieuleczalną ranę, którą "sam sobie zadał". Co to za rana i skąd się wzięła - nikt dotąd zadowalająco nie wyjaśnił. Profesor Pigoń szukał odpowiedzi na te pytania w biografii Mickiewicza i nie zawahał się na koniec przed ryzykowną hipotezą, bo - jak sam napisał - "hipoteza to jedyna droga, którą obierać możemy wobec problemów ciemnych i niedopowiedzianych, które jednak natrętnie zachodzą nam drogę i wyzywają do rozwiązania".

Hipoteza Pigonia w grubym skrócie wygląda tak: nieuleczalna rana na czole Konrada to poetycki wyraz poczucia winy Mickiewicza, który w trakcie procesu filomatów podpisał - jak pozostali oskarżeni - swoistą deklarację lojalności. Był to świstek obrzydliwy, ze zwrotami w rodzaju: "donosić będę, gdzie należy". "Innymi słowy - podsumowuje profesor Pigoń - podpisujący zobowiązywał się do roli konfidenta carskiej policji politycznej".

Warto czytając to zdanie pamiętać, że Pigoń kochał Mickiewicza jak mało kto, a jednak przytaczał fakty z godną szacunku skrupulatnością i otwartością. Przeżywał dramat młodego Adama, a jednocześnie w przypisku podawał, który numer nosi "teczka Mickiewicza" ze śledztwa i jaka jest jej biblioteczna sygnatura, gdzie zaś szukać teczki "z rewersami zobowiązań". Zresztą - wszystkie te "teczki" i "rewersy" przedrukował w swojej książce prawie pół wieku wcześniej.

Adam Michnik również kocha Mickiewicza i wyznaje: "czytam go setny raz, nasładzam się nim". Ale "wobec problemów ciemnych i niedopowiedzianych, które (...) wyzywają do rozwiązania" wybiera raczej drogę przemilczeń i przeinaczeń. Stanisław Pigoń zagląda do "teczki Mickiewicza", bada "rewersy", ale dla Adama Michnika to nie on jest - choć przecież jest! - lustratorem, lecz agenci tajnej policji, dbający o to, by teczki puchły od papierów. Tak w każdym razie wynika z ostatniego zdania jego felietonu, gdy pisze o "inkwizytorskiej pasji lustratorów, bastardów Nowosilcowa".

Czy z tym "nasładzaniem się" nie było przypadkiem trochę inaczej?

"Ciocia się jak żmija zwija, a jam czysty jak lilija.
Gdy wujaszka zaś pognębię, robi mi się słodko w gębie
".
Pigoń, Mickiewicz, "Dziady", dużo wielkich słów - i żadnych argumentów. Zamiast nich - brzydki grymas. Więc może idzie jedynie o to, by znów "pognębić" dopominających się o prawdę; by przypomnieć, kto w tej sprawie "winien mieć zamknięte usta". Ach, i o to jeszcze, by strzepnąć z pióra nową, oryginalną obelgę.

"Bastardzi Nowosilcowa". Słodko powiedziane!


© Lech Stępniewski sierpień 1995

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny