Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny

 

TRZY RAZY "TAK" TO POSTĘPU ZNAK

LECH STĘPNIEWSKI


Były pląsające cheerleaderki, dyskoteka na kółkach, śpiewy i wznoszenie haseł. W sumie atmosfera prawie jak u wieszcza: "Ta sobie mówi, a ta sobie mówi. Pełno radości i krzyku". Tak oto wkraczała w "sferę publiczną" o rozmiarach Krakowskiego Przedmieścia kolejna Wielka Manifa Porozumienia Kobiet 8 Marca: mała, dziarska i szalenie postępowa. Na Ludziach Znających Życie nie robiło to wszakże należytego wrażenia. "A niech się dziewuchy, panie, wyskaczą. Mniej potem będą podskakiwały".

Były również transparenty, ale z transparentami trudno polemizować. "ANI BOGA, ANI PANA, ANI MĘŻA". Niby jasne, jednak nie do końca wiadomo, co w zamian, i co robi ten "mąż" obok Pana Boga. Czy to znaczy, że to jedna patriarchalna banda i wobec tego należy zlikwidować czym prędzej śluby cywilne, czy też chodzi wyłącznie o męża "kościelnego"? "WŚCIEKŁE, DZIKIE, ALE NA WOLNOŚCI". Tu znów nie wiadomo, czy to wyraz kobiecej dumy, groźba, czy może oferta w stylu "dwie drapieżne kotki przyjmują w godzinach etc." Nawet lapidarne "KAPITALIZM = UCISK KOBIET" pozostawia liczne wątpliwości. Bo czy tym samym SOCJALIZM = WYZWOLENIE KOBIET, czy też BYLE CO = UCISK KOBIET, a wpisujemy akurat "kapitalizm", ponieważ niektórym wciąż się zdaje, że właśnie żyjemy w kapitalizmie.

W tym roku Wielka Manifa odbywała się pod klasycznie liberalnym hasłem "Moje życie - mój wybór" i gdyby mi ktoś kazał zgadywać, pomyślałbym zrazu, że to jakaś prawicowa młodzieżówka poczuła wiosnę i wyszła na ulice. Szybko jednak okazało się, że o żadnym wybieraniu mowy nie ma, a liberalizm występował wyłącznie w roli robaka na haczyku, gdyż jedynie słuszny wybór został już wcześniej dokonany i zebranym pozostaje tylko skandować "Trzy razy TAK!". Tak dla edukacji seksualnej, tak dla antykoncepcji i tak dla prawa do aborcji. Kto chciał mieć wybór, nie miał więc wielkiego wyboru - owszem, mógł w ostateczności zwinąć manatki i pójść tam, skąd przyszedł, czyli do domu. Co to zatem znaczy w tym wypadku "mój wybór"? Czy Szanownym Paniom rzeczywiście chodzi o to, by każda kobieta mogła wybierać wedle swej woli, czy raczej o to, by wasze znalazło się na wierzchu?

Gdyby Manifa była jedynie zwyczajną demonstracją zwolenniczek i zwolenników aborcji, wszystko byłoby w porządku. To normalne, że miłośnicy kina szwedzkiego krzyczą "Niech żyje Bergman!" i nie dyskutują między sobą, czy aby Fellini nie jest jednak lepszy. Ale Manifa ma aspiracje, by prezentować się na zewnątrz po prostu jako "kobieca manifestacja", przedstawiająca postulaty bliżej nieokreślonych "ruchów kobiecych". Przepytywanie kobiet z ich własnych wyborów oznaczałoby zatem zwiększenie ryzyka, że ten czar jedności pryśnie, co nie jest wcale dla feministycznej ideologii obojętne. Nie walczy się przecież o prawo do aborcji dla zwolenników prawa do aborcji (bo i jak to brzmi!), ale o prawo do aborcji dla kobiet, czy wręcz o prawo do aborcji jako prawo kobiet.

A jeśli już zeszło na aborcję, to oczywiście mógłbym w tym miejscu zapłonąć słusznym gniewem nad nikczemnością zdeprawowanych i wyuzdanych, albo przeciwnie: po raz n-ty zacząć dobrotliwie tłumaczyć, że jajeczko, że plemniczek, że zapłodniona komóreczka... I czyje to geny, czyje? Pieska, kotka, czy może jednak człowieka? Muszę wszelako wyznać, że krzyczenie na krzyczących i przekonywanie przekonanych zupełnie nie leży w moim charakterze. Natomiast z nadzieją odnotowuję, że p. Kinga Dunin, chadzająca na Manify, jak sama wyznaje, "z poczucia obowiązku", napisała kilka miesięcy temu pewne zdanie, które mogłoby być punktem wyjścia do niekoniecznie jałowego sporu: "Nie chcę dać się wciągnąć w dyskusję o aborcji. Zasadniczo sądzę, że skoro ludzie mają na ten temat różne opinie, to państwo powinno być tak urządzone, by jedni i drudzy znaleźli w nim miejsce".

Nie jest to może zdanie najzgrabniejsze i łatwo je wydrwić zwracając na przykład uwagę, że także i ci, którzy mają "różne opinie" na temat kradzieży lub walenia bliźnich butlą po łbie, znajdują w państwie swoje miejsce; z tym, że w państwie dobrze urządzonym niektórzy z nich, mający opinie nazbyt już ekscentryczne i poparte czynami, ostatecznie znajdują to miejsce w więzieniu. Nie żywię też złudzeń, że dyskusję o aborcji da się jakoś kulturalnie odłożyć na bok, bo to nie jest kwestia gustu w rodzaju "stanowczo nie lubię szpinaku i więcej o tym nie wspominajmy". Trudno, kiedyś trzeba będzie się rozejść i powiedzieć sobie "pa, pa", ale z tego przecież nie wynika, że kawałka drogi nie można przejść razem, umilając sobie ten spacer pożyteczną pogawędką o tym, jak "państwo powinno być urządzone".

Jeśli spojrzeć od tej strony na trzy manifowe hasła, widać jasno, że ktoś tu usilnie nie chce czegoś domyśleć do końca. Weźmy na przykład edukację seksualną. Na jej temat ludzie mają naturalnie najróżniejsze opinie. Jedni chcą wcześniej, drudzy później; jedni z obrazkami, drudzy - bez. Jedni taką, co to zachęca do przed ślubem, a drudzy - wyłącznie po ślubie i z dodatkowym rozdziałem o świętości dziewictwa. Jedni chcieliby ze specjalistą, co nadziewa na banany prezerwatywy o smaku miętowym, a drudzy już prędzej z czerwieniącym się młodym księdzem etc. etc. etc. A są jeszcze i tacy, dla których to wszystko razem są okropne świństwa i woleliby, żeby dziecko, zamiast gnić na jakiejś diabelskiej edukacji, wydoiło lepiej krowy. W końcu w oborze też można się niejednego dowiedzieć o życiu.

Ma się rozumieć, tych najprzeróżniejszych opinii na temat edukacji seksualnej w ramach państwowej szkoły nigdy nijak pogodzić się nie uda. Co najwyżej można czyjeś opinie zdyskredytować jako "nienaukowe", ośmieszyć, napiętnować moralnie jako "rozpustę", a więc w konsekwencji skazać na niebyt. Jeśli zatem prawo do "mojego wyboru" traktujemy, droga Pani Kingo, poważnie, to zamiast enigmatycznego "tak dla edukacji seksualnej", powinniśmy raczej wielkim głosem wołać: "tak dla prywatnego szkolnictwa, by każdy mógł sobie wybrać taki model edukacji seksualnej, jaki mu odpowiada".

Rzecz jasna nie róbmy sobie złudzeń. Dzięki prywatnej szkole (czy choćby na dobry początek: państwowej szkole z bonem edukacyjnym) nie nastanie samorzutnie jakaś kraina niezmąconego szczęścia. Sprywatyzowanie handlu też przecież nie wszystkich uszczęśliwiło, ale z głodu bodaj nikt nie umarł, wybór zdecydowanie się zwiększył i, co nie najmniej ważne, raz na zawsze skończyły się narodowe debaty o tym, czy kajzerki powinny być chrupiące i jak tego dokonać.

Podobnie przedstawia się sprawa z antykoncepcją. Hasło "tak dla antykoncepcji" jest zresztą nieco mylące, bo przecież nie chodzi o jej dopuszczenie, ale o to, by środki antykoncepcyjne były tanie, to znaczy, by trafiły na listę leków refundowanych. I tu też państwowa służba zdrowia, zawsze biedna i zawsze marnotrawna, z pewnością nigdy wszystkim nie dogodzi. Da cukrzykom, zabraknie alergikom; doda gruźlikom, będzie musiała zabrać zawałowcom etc. etc. Przy tym powstaje jeszcze ten szkopuł, że środki antykoncepcyjne tylko w wyjątkowych wypadkach można uznać za leki, i to co najwyżej wspomagające. W swym zwykłym działaniu są to bardziej środki kształtujące styl życia (podobnie jak aerobik, operacje upiększające itp.), co w ostatecznym rachunku oczywiście też wpływa na zdrowie, bo na zdrowie wpływa wszystko, nawet modlitwa i post, ale to nie powód, by ministerstwo zdrowia refundowało religijnym kobietom datki rzucane przez nie na niedzielną tacę. A mówiąc serio: nie widzę dobrej racji, dlaczego jakaś kobieta miałaby się leczyć drożej, tylko dlatego, by inna pani mogła prowadzić bez obaw bujne życie osobiste. Nie rozumiem też, dlaczego kobiety, które stosują niezmiernie tanią metodę naturalną, powinny płacić za pigułki antykoncepcyjne tych kobiet, którym nie chce się budzić rano o dziesięć minut wcześniej. Jeśli więc "tak dla antykoncepcji" miałoby rzeczywiście oznaczać "tak dla wolnego wyboru dla wszystkich kobiet", to w przyszłym roku trzeba będzie demonstrować pod hasłem "tak dla prywatnego lecznictwa, by każda kobieta mogła sobie wybrać takie środki antykoncepcyjne, jakie jej odpowiadają i tylko za nie płaciła".

I w ten sposób znów doszliśmy do aborcji i ani chybi zaraz zaczną się schody i może trzeba będzie się jednak rozstać, ale proszę, jaki spory kawałek razem uszliśmy, ja z Panią Kingą Dunin pod rękę. Kto by pomyślał! A jeszcze po drodze udało nam się sprywatyzować z marszu całe szkolnictwo i służbę zdrowia, bo przecież "mój wybór" powinien być naprawdę moim wyborem, a nie na przykład wyborem p. Leszka Millera, p. Izabeli Jarugi-Nowackiej, czy jeszcze jakiejś innej szacownej osoby.

Z aborcją niestety nie pójdzie równie gładko, ponieważ w tym wypadku takie urządzenie państwa, by wszyscy bez wyjątku "znaleźli w nim miejsce", da się zrealizować jedynie po wprowadzeniu nieograniczonego prawa do aborcji. Kobiecie, której przyszła ochota na aborcję w piątym miesiącu ciąży i wedle jej własnej "opinii" ma do stosownego zabiegu pełne prawo, jest bowiem wszystko jedno, czy aktualnie obowiązuje ustawa zezwalająca na przerywanie ciąży do końca pierwszego trymestru, czy też jakiś bezwarunkowy zakaz. Wątpię, by ktoś zechciał takie śmiałe rozwiązanie zaproponować w dającej się przewidzieć perspektywie, aczkolwiek sztuka zabijania płodu stoi już tak wysoko, że - z punktu widzenia interesów kobiety - nie ma żadnych racjonalnych przeciwwskazań, by nie dokonywać aborcji w dowolnym momencie ciąży.

Natomiast rozwiązanie "pragmatyczne", czyli ustawa o parametrach "średniej europejskiej" (aborcja dozwolona do 3-4 miesiąca, także z przyczyn "społecznych"), wszyscy płacą, a niektórzy korzystają, jest moralnie nie do przyjęcia niezależnie od tego, co sobie myślimy o komórkach, zarodkach i embrionach. Zmusza bowiem dorosłych, wolnych ludzi, którzy na pewno już zarodkami i embrionami nie są, do finansowania praktyk, które w swym sumieniu oceniają jako zbrodnicze. To jedno, moim zdaniem, wystarczy, by wszelkie projekty przywrócenia aborcji w ramach państwowej służby zdrowia uznać za niegodziwe i wrogie wolności.

Uzasadnić moralną niezgodę na aborcję w sytuacji, gdy płacą za nią wyłącznie jej zwolennicy byłoby znacznie trudniej. Kwestionowanie człowieczeństwa dziecka nienarodzonego nie napotyka bowiem na żadne "naturalne" granice i może być każdorazowo przeprowadzane z podobną łatwością, z jaką odbywało się zawsze w stosunku do innych kategorii istot poddanych przemocy i wykluczanych poza nawias gatunku ludzkiego: "dzikich", Murzynów, Żydów, kobiet... Zarazem samoemancypacja tej ostatniej wielkiej kategorii wykluczonych jest właśnie z natury niemożliwa; nienarodzeni nigdy nie przemówią "własnym głosem".

W przeciwieństwie do miłych pań z Manify, które z pewnością za rok znów będą mówiły do nas głośno, wartko i obficie.


SEKRETY KOBIECEJ DUSZY

Ulotkę z Manify mam tylko jedną. Jest to niewielka broszurka zatytułowana "Aborcja. Fakty i mity. Aborcja z perspektywy kobiet", czyli dziełko uniwersalne. Na przyszłorocznej Manifie też pewnie będą ją rozdawać, bo ustawy antyaborcyjnej nikt przez ten czas nie ruszy. Nie ruszy zaś, bo - jak czytamy w tzw. "Liście stu kobiet" skierowanym w lutym tego roku do Parlamentu Europejskiego - "na podstawie rozmaitych wypowiedzi publicznych można powziąć domniemanie, że doszło do swoistego porozumienia między Kościołem katolickim a rządem w kwestii przystąpienia Polski do Unii Europejskiej. Kościół mianowicie będzie popierał integrację z Europą w zamian za rezygnację rządu z dyskusji nad nowelizacją ustawy antyaborcyjnej". Owo "domniemanie", które "można powziąć", zalatuje wprawdzie mocno spiskową wizją rzeczywistości, w innych wersjach piętnowaną zwykle jako aberracja umysłowa, ale widocznie w słusznej sprawie spiski wykrywać wolno.

Z broszurki wynika, że nowoczesna aborcja jest niezbędna ("nawet w takich krajach (...), gdzie środki antykoncepcyjne są powszechnie dostępne"), nieprzykra ("wiele kobiet (...) po zabiegu odczuwa ulgę") i bezpieczna. W każdym razie "dziesięciokrotnie" (!) bezpieczniejsza niż poród, który okazuje się prawdziwą plagą kobiecego świata. Anonimowa autorka (autor?) nie skąpi też czytelnikom pouczeń moralnych: "Pamiętajmy o tym, że mówienie, iż aborcja to zło jest równoznaczne z moralnym osądem kobiet, które się jej poddały", a przecież "kobieta ma prawo przerwać ciążę i nikt nie powinien oceniać jej decyzji". Także "zmuszanie kobiet, by opowiadały o swojej życiowej sytuacji obcym ludziom, stanowi naruszenie prawa do prywatności" (to pod adresem tych ideologicznie chwiejnych mięczaków, co wprawdzie dopuszczają aborcję, ale uważają, że zgodę na zabieg powinien wydawać np. lekarz; nb. czekam, kiedy w Holandii wymóg zgody lekarza na eutanazję zostanie uznany za "naruszenie prawa do prywatności"). I na koniec: "usługi aborcyjne zawsze będą potrzebne nie jako zło konieczne, ale jako społeczna rzeczywistość i podstawowe prawo kobiety".

Postępową broszurkę, oburzającą się na samą myśl, że ktoś mógłby po ciemnogrodzku uważać aborcję za zło, wydała Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny Oficjalna strona 'Federacji'(www.federa.org.pl). Należy do niej m.in. Liga Kobiet Polskich, Stowarzyszenie Pro Femina, Stowarzyszenie na rzecz Państwa Neutralnego Światopoglądowo NEUTRUM i... Stowarzyszenie Kobiet i Dziewcząt Chrześcijańskich - Polska YWCA (Young Women Christian Association). Co więcej, prezydentka Polskiej YWCA, p. Biruta Pachnik (będąca również prezesem Konsystorza Kościoła ewangelicko-reformowanego), dwukrotnie została wybrana na przewodniczącą całej Federacji. Jak udaje się p. Pachnik pogodzić chrześcijaństwo, choćby i najbardziej "reformowane", z "usługami aborcyjnymi" nieustającej potrzeby, pozostaje dla mnie zagadką. Wydaje mi się jednak, że Pan Bóg musi bardzo kochać Kościół ewangelicko-reformowany, skoro na naszych oczach doświadcza go tak srogo i boleśnie.

LS


© Lech Stępniewski marzec 2002

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny