Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny

 

ZABRZMI BOWIEM TRĄBA

LECH STĘPNIEWSKI


Chrystus zmartwychwstał! Zaprawdę, zmartwychwstał! Ale przecież i my także - jak głosi Pismo - zmartwychwstaniemy. Tylko - co to znaczy?

W najprostszym rozumieniu znaczy to tyle, że Bóg nas wskrzesi w dniu ostatecznym, albowiem On tak "umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne" (J 3,16).

Wielka to obietnica - życie wieczne! Ale jeszcze bynajmniej nie cała! Bo jeśli tylko w zwycięstwie nad śmiercią chrześcijanin pokłada nadzieję, to czym różni się od poganina? Spodziewa się życia za grobem? Wszak i poganie często tak czynią!

Również i oni są bowiem ludźmi, człowiek zaś to zwierzę rozumne i śmiertelne: rozumie, że musi umrzeć, więc trwoży się. A gdy się trwoży, wypatruje ocalenia. Jeśli nie ocalenia duszy, to przynajmniej czegoś, co od niego większe i dobre, i czego nawet śmierć nie zdoła zniweczyć. Ten w Boga wierzy, tamten bodaj w Ludzkość, ale wszystkich ich jednaki robak gryzie.

Dlatego powiada się niekiedy, że to właśnie śmierć jest podścieliskiem życia religijnego - gdyby ludzie nie umierali, religii by żadnej nie było, bo nie byłoby trwogi. Nie chodzi tu, rzecz jasna, o zwyczajny strach przed brutalną przemocą przyrody. Z poczucia bezsiły prędzej już rodzi się magia: łańcuszek zaklęć odsuwających widmo nieuchronnej porażki. Idzie raczej o uprzytomnienie sobie, że wobec śmierci każdy z nas musi prędzej czy później zająć stanowisko; że tej sprawy w nieskończoność odwlekać się nie da, przeciwnie - czas jest krótki. To zatem sprawa poważna, a magia (i podszyta magią cywilizacja uszczęśliwiających zabawek) w swym najgłębszym rdzeniu poważna nie jest, bo rzeczy ostatecznych jakby nie przyjmuje do wiadomości. Thanatos ukazuje powagę ludzkiego losu - stąd więc i religia.

Przeświadczenie, że bez śmierci nie ma religii - dziś już przyjmowane na ogół jako zdroworozsądkowy truizm - można znaleźć w "Wykładach o istocie religii" Feuerbacha i stamtąd zapewne przeniknęło ono do skarbnicy bon motów lewicowego ateizmu. Rzadziej natomiast wspomina się o tym, że po rewolucji bolszewickiej próbowano wysnuć z tej teoretycznej tezy również pewne praktyczne wnioski. Michał Pokrowski, znany historyk partyjny, tak pisał w latach dwudziestych w czasopiśmie "Pod Znamieniem Marksizma":

"U podłoża psychologii religijnej leży strach przed śmiercią. [...] Dopóki realnie nie pokonaliśmy śmierci, dopóty kościana ręka umarlaka będzie leżała nam na ramieniu. [...] Mówić o "myślowym" pokonaniu śmierci mogą jedynie niemarksiści, a w najlepszym razie feuerbachiści".
Że "realne pokonanie śmierci" traktowano wówczas najzupełniej poważnie, niech świadczą również proroctwa Mikołaja Rożkowa, swego czasu wiceministra poczt, który zapewniał:
"W odległej przyszłości przed ludzkością otwiera się możliwość wszechmocy w pełnym sensie tego słowa, aż po komunikację z innymi światami, nieśmiertelność, wskrzeszenie tych, którzy żyli dawniej, a nawet stworzenie nowych planet i układów planetarnych"
[Oba cytaty za znakomitą książką Adama Pomorskiego, "Duchowy proletariusz"].

Na gruncie rosyjskim nie były to nowe pomysły. Już w XIX wieku wielki wizjoner Mikołaj Fiodorow zapowiadał, że przyszła cywilizacja, gruntownie przeobrażona, doprowadzi do wskrzeszenia wszystkich ludzi, jacy kiedykolwiek żyli na ziemi. Fiodorow wywarł spory wpływ m.in. na Dostojewskiego, Tołstoja i Sołowjowa, a także na... Konstantego Ciołkowskiego, "ojca duchowego" radzieckiej kosmonautyki, który konieczność kolonizacji innych planet uzasadniał przeludnieniem ziemi po powszechnym zmartwychwstaniu.

Jak wiadomo, komunizm ostatecznie przysporzył światu znacznie więcej umarlaków niż wskrzeszeńców, ale czy gdyby jednak jakimś diabelskim cudem "pokonanie śmierci" rzeczywiście się powiodło, religia raz na zawsze straciłaby rację bytu? Czy w szczególności nowa, wspaniała ludzkość mogłaby śmiało spojrzeć na krzyż z rozpiętym na nim Panem Jezusem, a potem bez specjalnego żalu powiedzieć: "Panu już dziękujemy"?

Otóż nie! - gdyż chrześcijańska obietnica zachowałaby swój sens nawet wówczas, gdyby udało się dokonać powszechnego wskrzeszenia umarłych, a ludzie przestaliby umierać. Chrześcijanin bowiem nie tyle oczekuje nieśmiertelności, co zbawienia. Zbawienie zaś nie jest - jak się nieraz zapomina - po prostu wybawieniem od śmierci, od znoju, czy od cierpienia, ale wybawieniem od grzechu, którego tamte utrapienia są tylko gorzkim owocem. "Ale nas zbaw ode złego" - tak kończy się Modlitwa Pańska.

Nie prosi się w niej o trwanie bez końca, bo i złe duchy nie umierają, a przecież nie są szczęśliwe. Prosi się: "Przyjdź królestwo Twoje", to znaczy oczekuje się nowej ziemi i nowego nieba, albo mówiąc wprost - nowego stworzenia świata! Tak jak to zostało zapowiedziane w Apokalipsie świętego Jana:

"I otrze z ich oczu wszelką łzę, a śmierci już odtąd nie będzie. Ani żałoby, ni krzyku, ni trudu już [odtąd] nie będzie, bo pierwsze rzeczy przeminęły. I rzekł Zasiadający na tronie: Oto czynię wszystko nowe." (21,4-5).
Chrześcijanom zadowalającym się ogryzkami po Platonie, gdzie śmierć to rodzaj eschatologicznej usługi krawieckiej, a wykrojona z ciała dusza żwawo "stąd" wzlatuje do "nieba", łatwo umyka znaczenie tej zapowiadanej przemiany. Ale również i tych, co pamiętają o "ciała zmartwychwstaniu", nie trapi zbytnio kosmiczny wymiar Bożych planów. Tak jakby pokonanie śmierci sprowadzało się do wytarcia gumką brzydkiego kleksa. Bo przecież świat jest w gruncie rzeczy jak należy, i my jesteśmy jak należy; i trzeba tylko trochę posprzątać, oddzielić owce od kozłów, wytresować lwa, by nie zeżarł baranka etc. W sumie widoki niczym z broszurek Świadków Jehowy, przypominających amerykańskie reklamy z lat pięćdziesiątych zamieszczane w rodzinnych magazynach: on i ona w średnim wieku, zadbani (ale bez przesady) i otoczeni gromadką udanych dzieci. W tle przyjemny domek wśród pól, do tego dużo kwiecia, a po promiennych uśmiechach znać, że dentyści w raju nie mają wiele roboty.

Tymczasem ani ten świat nie jest jak należy, ani my, i żadne takie korekty tu nie wystarczą. Nie idzie bowiem o to, że przy zmartwychwstaniu garbatych się naprostuje, karzełków - rozciągnie, a słabym na umyśle naleje oleju do głowy. Prawda, nawet niektórzy Ojcowie Kościoła snuli opowieści o Królestwie Niebieskim zapełnionym dorodnymi 33-latkami (wiek Chrystusowy), co kończyło się aż nazbyt często szczegółowymi rozważaniami o pośmiertnym pożytku z członków wstydliwych. Ale na początku tak nie było.

Nasze ciało bowiem to nie tylko rozbrykane członki wstydliwe, ból, choroby, a na końcu śmierć, ale w pewnym sensie - ponieważ w istocie jesteśmy ciałem - sposób, w jaki pęknięcie ludzkiej natury najdotkliwiej się objawia. "Jestem bowiem świadom, że we mnie, to jest w moim ciele, nie mieszka dobro; bo łatwo przychodzi mi chcieć tego, co dobre, ale wykonać - nie. Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię to zło, którego nie chcę. [...] Nieszczęsny ja człowiek! Któż mnie wyzwoli z ciała, [co wiedzie ku] tej śmierci?" (Rz 7,18-19, 24).

Chrześcijańskie zbawienie to zatem nie tyle ocalenie przed cierpieniem i śmiercią, bezpieczne przeniesienie jakiejś czystej cząstki nas samych (duszy?) na "tamtą stronę", ale uleczenie całej naszej natury. Potrzebujemy Zbawiciela nie po to, żeby poprawiły się nam "warunki życiowe" - żeby tylko nie bolało, nie kończyło się grudą ziemi na głowę, a wtedy już na pewno będziemy grzeczni i zadowoleni! Bo przecież w chwilach jasności przeczuwamy, że nawet wieczność nie zdołałaby nas ukoić, i że cierń tkwi daleko głębiej. "Broń mnie przed sobą samym" - pisał Mickiewicz. Co jest na dobry ład jeszcze jednym sposobem powiedzenia: "Bądź wola Twoja".

Bez tej radykalnej przemiany (czasem nazywa się to moralizatorsko "przemianą serca", ale święty Paweł jak zwykle mówi mocniej: "Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus") wskrzeszona i nieśmiertelna ludzkość z bolszewickich rojeń przypomniałaby raczej czeredę potępieńców zajętych puszczaniem we wszechświat - niczym upiornych bąków - nowych "układów planetarnych". Co z kolei jest jeszcze jednym - i wcale nie najgorszym - sposobem na wyobrażenie sobie wiecznych mąk piekielnych.

*
"Oto ogłaszam wam tajemnicę: nie wszyscy pomrzemy, lecz wszyscy będziemy odmienieni. W jednym momencie, w mgnieniu oka, na dźwięk ostatniej trąby - zabrzmi bowiem trąba - umarli powstaną nienaruszeni, a my będziemy odmienieni" (1 Kor 15,51-52).
Gdzie wtedy zamieszkamy? Wolno nam mieć nadzieję, że tam, gdzie już i Chrystus mieszka. A gdzie On mieszka, objaśnia najlepiej święty Augustyn w swej "Mowie o symbolu do katechumenów":
"Tak więc wierzcie, że Chrystus mieszka na prawicy Boga Ojca. Tam jest. I niech wam nie mówi wasze serce: Co czyni? Nie pytajcie się o to, czego nie wolno znaleźć. Tam jest - to wam wystarczy. Szczęśliwy jest, a od szczęśliwości, która nazywa się prawicą Ojca, sama szczęśliwość ma nazwę - prawica Ojca. Gdybyśmy bowiem dosłownie brali, że siedzi na prawicy Ojca, tedy Ojciec będzie na lewicy. Czyż godzi się, byśmy Ich tak stawiali - Syna na prawicy, Ojca na lewicy? Tam wszędzie jest prawica, bo żadnej tam nędzy nie ma."

© Lech Stępniewski kwiecień 2001

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny