Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny

 

PAN BÓG I TAED

LECH STĘPNIEWSKI


Przed ostatnimi wyborami wiadomo było, że Polacy mają do polityki podejście przeważnie religijne. Nużą ich dyskusje o podatkach albo deficycie budżetowym, każdy zaś ożywia się niepomiernie, gdy go zapytać o jego własne głupie zdanie na temat konkordatu, aborcji czy choćby takiej siedmiorzędnej fidrygałki, jak wypisywanie stopnia z religii. Prawda, na podatkach trzeba się choć trochę znać, natomiast o tym, co Panu Bogu - nawet nieistniejącemu - miłe, można pleść, co tam ślina na język przyniesie. W dodatku z błogim poczuciem, że i sama ślina też się nie zmarnuje, bo przy rozprawianiu na tak subtelne tematy zawsze znajdzie się sposobność, by nią kogoś opluć.

Za przyczynę tej sytuacji trudno uznać jedynie przedkładanie - skądinąd naturalne - rzeczy łatwiejszych nad trudniejsze. Przypomnę, że jeszcze kilka lat temu "Gazeta Wyborcza" otwarcie głosiła jakoby pojęcia 'prawicy' i 'lewicy' stały się już przeżytkiem, bo naprawdę niczego realnego nie opisują. "Istotny" podział przebiegać miał odtąd między reprezentantami myślenia totalitarnego i koryfeuszami myśli antytotalitarnej. O ile apiracje Adama Michnika do przewodniej roli w tym drugim obozie były jasne, o tyle identyfikacja samych "totalitarystów" nastręczała pewne trudności. Wydobyci przez "Gazetę" z politycznego niebytu skini Tejkowskiego czy "dziarscy chłopcy" Gmurczyka wprawdzie malowniczo walili się po łbach butlami z równie dziarskimi "antyfaszystami" marszałka Małachowskiego, ale jako "zagrożenie polskiej demokracji" wyglądali doprawdy zbyt groteskowo.

Co charakterystyczne, pogrobowców "zniewolonego umysłu" nie poszukiwano zazwyczaj w kręgach zbliżonych do SLD. Przeciwnie - by nie popaść w grzech główny "jaskiniowego antykomunizmu" "Gazeta" wystawiała nawet części tego środowiska swoiste "świadectwo moralności", skoro na jej łamach publikowały umysły tak swobodne, jak JE Włodzimierz Cimoszewicz czy JE Jerzy "Jajecznica" Wiatr. Gdy zatem przychodziło do wskazywania zagrożeń, napomykano raczej ogólnie o "polskim antysemityzmie", "ciemnogrodzie", czy wreszcie - ale najczęściej ogólnie i mętnie - o "pewnych nurtach" w polskim Kościele. I rzeczywiście - ani JE Józef Glemp ani np. Wojciech Cejrowski nigdy w "Gazecie" nie pisywali...

Niestety, również Kościół postąpił w tej sytuacji nie całkiem roztropnie: przyjął wyzwanie i sam na płaszczyźnie politycznej zaczął się posługiwać podobnym podziałem. Odtąd w kazaniach "neopogaństwo" walczyło z "obrońcami wiary", natomiast podatki raz jeszcze okazały się teologicznie mniej pociągające. Nic dziwnego zatem, że gdy stare określenia lewicy i prawicy w końcu chyłkiem powróciły, głównym ich wyznacznikiem okazał się właśnie stosunek do Kościoła, i dalej - konkordatu, aborcji, nauki religii...

I tak oto postaw czerwonego płótna - Rzeczpospolitą! - poczęły szarpać między sobą dwa potwory: bezbożna komuna i pobożna antykomuna. Role zostały rozdane.

*

Na tym tle interesująco wygląda sytuacja Unii Wolności, coraz bardziej przypominającej zbędny ewolucyjnie organ, któremu grozi powolny zanik. Jak się zdaje, "ludzie rozumni" doszli więc do wniosku, że na scenie tak dramatycznie (i nie bez ich dyskretnego udziału) przepołowionej zostało jeszcze miejsce dla neutralnego arbitra, który nie tylko to starcie gigantów potrafiłby przetrwać, ale i później okazałby się niezbędny, aby zwycięzca mógł spożywać owoce swego tryumfu. Negocjatorzy umowy koalicyjnej ze strony AWS boleśnie się o tym teraz przekonują.

W rzeczy samej - chłodne "niezaangażowanie" stało się dla UW koniecznością, gdyż trudno byłoby się spodziewać, że Unia przewyższy nagle w pobożności Maryjanów z AWS (choć to za jej rządów wprowadzono religię do szkół i negocjowano cichcem konkordat!), albo dorówna w światłym libertynizmie towarzyszom z SLD (choć to właśnie związana z UW "Gazeta Wyborcza" pierwsza zdemaskowała "ciemnogród" oraz "faszystę" Cejrowskiego). Dlatego Unia przeprowadziła kampanię wyborczą bardzo sterylną i bardzo profesjonalną - a w istocie niewiele różniącą się od kampanii reklamowych, których celem jest wprowadzenie na rynek nowej czekoladki albo proszku do prania.

Jej głównym celem nie było odebranie komukolwiek zwolenników, lecz zwracała się ona do tej części elektoratu, który w badaniach socjologicznych określany jest jako "płynny" bądź "niezdecydowany". Ludzie tacy mają zazwyczaj przekonania "pięciominutowe" - jeden reklamowy clip, jeden plakat na ulicy wystarczy, by je urobić, ale żywot ich krótki i wymaga powtarzania bodźców. Unię wszelako było stać (dałbym wiele, by poznać sekrety tej prosperity!) i na setki ogromnych plakatów z tchnącym profesorskim optymizmem Balcerowiczem, i na kilkadziesiąt płatnych reklam wyborczych w telewizji.

Oddające "ponadpodziałowego" ducha tej kampanii, ale niezbyt fortunne hasło: "w lewo? w prawo? zawsze do przodu!" (złośliwi zmieniali zakończenie na: "zawsze do żłobu!") błyskawicznie zastąpiono doskonale już neutralnym sloganem: "Mądry wybór, lepsze życie". Ponieważ zaś wszelkich niezdecydowanych łatwo zniechęcić "radykalizmem" - a często odbierają oni w ten sposób każdą jasno i zdecydowanie wyrażoną opinię - Unia starannie unikała tematów światopoglądowych, co np. ludziom poczciwie chodzącym do kościoła i jednocześnie dziko nienawidzącym kleru (a niemało jest u nas takiej schizofrenii) dawało poczucie pewnego komfortu psychicznego - nareszcie wybierając nie musieli wybierać!

Znalazł się też i miły suwenir dla wyborców wyrafinowanych, lubiących tzw. "racjonalne argumenty" - słynny II Plan Balcerowicza. Zauważono wszakże - nie ja jestem autorem tego porównania - jak niepokojąco Plan ów przypomina tajemniczy składnik TAED występujący w reklamowanych proszkach do prania, o którym wiadomo jedynie to, iż działa wspaniale, czym nieskończenie przewyższa pozostałe "zwyczajne proszki". Prawda, poza kilkoma niezawodnymi banałami, że budżet powinien być zrównoważony a deficyt handlowy - mały, nikt nic więcej o treści II Planu Balcerowicza powiedzieć nie umie. Czy aby nie z tego powodu, że trudno barwnie i długo opisywać szyld zawieszony na wystawie?...

Właśnie do zwodniczego szyldu przyrównuje w "Albo, albo" Kierkegaard to, co filozofowie mówią o rzeczywistości. Czyż bowiem słowa profesorów - także profesorów ekonomii! - nie są jak ów zawieszony w oknie antykwariusza szyld: "Tu się prasuje". "Bo kiedy kto przyniesie tu swą bieliznę do prasowania - dodaje smętnie Kierkegaard - okaże się, że tylko szyld jest na sprzedaż".


© Lech Stępniewski październik 1997

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny