Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny

 

O SUMIENIU

LECH STĘPNIEWSKI


Pan Adam Wielomski oznajmił w "NCz!" (nr 21/1999), że słuchanie głosu własnego sumienia, gdy ma się wątpliwości co do zasad, jest objawem lewicowego "prymatu jednostki nad moralnością". Pouczony łagodnie przez ks. Józefa Świerczka ("NCZ!" nr 22) o pierwszeństwie sumienia w katolickiej teologii moralnej, stwierdził z mocą, że dla konserwatysty zawsze ważniejsze będą zasady ("NCz!" nr 23). Ponieważ nie istnieje, zdaje się, konserwatywna zasada nakazująca odrzucać a priori autorytet księży w sprawach moralności, widać to właśnie owo wzgardzone sumienie podpowiedziało p. Wielomskiemu, żeby trwał niezłomnie przy swych zasadach...

Nie może być tak - powiada dalej sumienie p. Wielomskiego - by zasady moralne dane nam "w nauce Chrystusa Króla" wystawiać na "osąd mizernej jednostki". Toż wtedy każda mizerota "zaczęłaby mieć własny pogląd", "etyka utraciłaby swój uniwersalny charakter", a "człowiek przestałby się czuć skrępowany". Słowem - Sodoma i Gomora. I to "bez krępacji"!

Gdyby komuś owa lista plag nie wystarczyła, p. Wielomski na wszelki wypadek wsadził jeszcze w swe kazanie "demoliberalizm", "lewicowych intelektualistów", a nawet "kryzys duchowy kultury Zachodu", czyli - jak pisze poeta - "najgorsze wyrazy powtarzał po kilka razy". Trudno się więc dziwić, że moraliście tak obficie gorejącemu gniewem czasem plącze się jego twarda mowa: "Czy można uznać wyższość sumienia, jeżeli jego osąd stoi wyżej niźli słowa Syna Bożego?" Jużci można, skoro "stoi wyżej".

Także owo pierwsze twierdzenie, o zgubnym "prymacie jednostki nad moralnością", zostało sformułowane nie najszczęśliwiej. Jednostka bowiem jest moralna (albo i nie), podobnie jak gruszka jest soczysta (albo i nie), natomiast rozważania o "prymacie gruszki nad soczystością" (albo odwrotnie) wydają mi się cokolwiek dziwaczne. Domyślam się, że P.T. Autorowi chodziło po prostu o tezę, że jednostka jest źródłem zasad moralnych, ale w takim razie dlaczego - na Chrystusa Króla! - przypisał ją lewicy?!!

Lewica, z natury kolektywistyczna, daleka jest od podobnych fanaberii (patrz pouczająca polemika Marxa ze Stirnerem). Gdy istotę człowieka pojmuje się jako "całokształt stosunków społecznych", o sumieniu lepiej w ogóle nie wspominać. To najwyżej jakieś - bełkocząc po freudowsku - "superego"; głos, którym wszechobecne społeczeństwo nawet w naszej głowie do nas gada. Moralność zaś sprowadza się z grubsza do "świadomego realizowania wskazań partii" (w wersji totalitarnej), bądź do "przestrzegania zasad współżycia społecznego" (w wersji demokratycznej).

Owszem, permisywizm w dzisiejszych społeczeństwach Zachodu sprawia czasem wrażenie, jakoby każdy tam miał "swoją moralność". Jeżeli dążąc do "samorealizacji" wypada kierować się "wewnętrznym przeświadczeniem", "być sobą", czyż nie jest to właśnie zdanie się na osąd jednostkowego sumienia? Żadną miarą! Prawdziwe sumienie - które Katechizm Kościoła Powszechnego nazywa "sanktuarium człowieka, gdzie przebywa on sam z Bogiem" (kanon 1776) - dotyczy zawsze rozeznania dobra i zła, natomiast owo anty-sumienie najwyraźniej namawia jedynie do lepszego rozeznawania się we własnych chętkach.

"Zrób to, co naprawdę powinieneś" - tak brzmi głos sumienia, choćby było ono pogrążone w największych nawet ciemnościach. "Zrób to, na co masz naprawdę ochotę" - kusi anty-sumienie - w razie czego później jakoś to się uzasadni. To chyba właśnie przeciw tej karykaturze sumienia, degradującej rozum do roli sługi rozkapryszonej woli, kieruje się przeważnie gniew p. Wielomskiego.

Gniew obfity, ale ślepy, skoro p. Wielomski nie dostrzega, że uleganie pokusom anty-sumienia nie wiąże się z żadną "emancypacją" jednostki, lecz - przeciwnie - ze wzrostem skłonności do zachowań stadnych, o czym magicy od reklamy (również politycznej) dobrze wiedzą. Całe to "bycie sobą" rychło sprowadza się do popijania masowo wyrabianego napoju, żywienia się w jadłodajniach dla mas i głosowania na to, co pokaże masom telewizor. A jednostka? Wieszczowie lewicy dawno znają odpowiedź: "Co komu po niej?! Jednostki głosik cieńszy od pisku".

Nota bene, także ów wrzaskliwy zachodni permisywizm ma swoje wyraźne granice. Mogę w ramach "samorealizacji" zostać transwestytą, ale nie antysemitą; mogę nienawidzić mężczyzn, ale nie Murzynów; mogę wreszcie śmiało wydać broszurę, w której powątpiewać będę w istnienie Pana Boga, ale już nie taką, w której powątpiewać będę w istnienie Holocaustu. I tam są bowiem nowe religie i nowe bluźnierstwa, i biada temu, kto by swoją awersję do np. sodomitów tłumaczył jakimś "nakazem sumienia".

Pozostawmy jednak na boku lewicowy męt i zamęt, i zgódźmy się, że grzeszny człowiek ciąży ku złemu, a sumienie jego jest ułomne. Czy zatem nie lepiej zaufać raczej zasadom, nad którymi trudzili się przez wieki Ojcowie Kościoła, papieże oraz "plejada teologów"? "Czy po tej dwutysięcznej pracy można tu jeszcze coś dodać lub zmienić?" - pyta retorycznie p. Wielomski.

Zaiste, cudny argument, i Bogu niech będą dzięki, że nie trzeba było p. Wielomskiego nawracać w czasach, gdy chrześcijaństwo liczyło sobie, powiedzmy, 20 lat. Jako stateczny żydowski konserwatysta zaraz by pewnie porachował: "Prawo Mojżeszowe trwa już 1000 lat. Czy tu można jeszcze cokolwiek zmienić?" Najtęższego apostoła by tymi rachunkami do płaczu doprowadził!

Nie rozumiem też, skąd się p. Wielomskiemu objawiło, że akurat 2000 lat to kawałek czasu w sam raz na wypracowanie wspaniałych i niewzruszonych zasad. Dlaczego nie 1000 albo 3000? Ale to są właśnie te tajemnice ludzkiego sumienia. Sumienie każe mu bronić zasad i nie popuszcza, więc p. Wielomski broni, jak umie! Bardzo to chwalebne i godne szacunku, jednak z drugiej strony stoi powaga Doktora Anielskiego.

Otóż święty Tomasz w "Sumie teologicznej" (I-II, q. 19, a. 5) twierdzi jednoznacznie, iż nawet błędne sumienie obowiązuje! A dalej powiada tak: wierzyć w Chrystusa jest rzeczą dobrą i konieczną do zbawienia, gdyby jednak komuś rozum przedstawiał tę wiarę jako zło, lepiej dla niego będzie, jeśli ją odrzuci, niż gdyby miał ją - wbrew swemu sumieniu - przyjąć. Wola wybierająca zło jest bowiem zawsze zła, choćby to, co rozum jej ukazuje jako zło, było w istocie dobrem. Jeśli na przykład podaję choremu coś, co uważam za truciznę, grzeszę również i wtedy, gdy rzekoma trucizna okaże się zbawiennym lekarstwem.

Podobnie grzeszę zawsze, gdy odrzucając głos sumienia kieruję się jakąkolwiek zasadą, którą rozum przedstawia mi jako złą. Być może zasada jest obiektywnie - jak owo lekarstwo - dobra, ale w momencie wyboru ja o tym nie wiem!!! Gdybym wiedział, żadne sumienie nie byłoby mi do niczego potrzebne, bo do zbadania, czy moje postępki zgadzają się z zasadami, wystarczyłaby cnota roztropności. Naturalnie, posłuszeństwo sumieniu nie gwarantuje nigdy, że postąpiliśmy dobrze - dlatego jest ono naszym ratunkiem jedynie wtedy, gdy mamy wątpliwości co do zasad.

"Miejcie litość dla tych, którzy mają wątpliwości" - powiada apostoł (Jud 22). Bo i któż ich nie miewa?! No, chyba że się dostąpiło - jak p. Wielomski - widzenia "porażającego autorytetu Ojców, papieży, Kościoła i Chrystusa Króla". To wszak oczywiste, że dwutysiącletni autorytet Ojców, papieży etc. etc. będąc dwutysiącletnim i będąc autorytetem, nie może nie porażać nas, a więc "poraża". Ale i w tej zacnej szkółce niedzielnej raz po raz słychać spod ławki zduszony jęk: jakże "poraża", jeśli nie poraża?

Na koniec jeszcze trzy krótkie uwagi.

1. Sumienie (conscientia) nie należy do sfery woli ("pragnę przestrzegać zasad"), czy uczucia ("czuję, że sprzeniewierzyłem się zasadom"), ale jest aktem rozumu. Św. Tomasz określa je po prostu i bez mętnego psychologizowania jako zastosowanie wiedzy (applicatio scientiae) do uczynku. Wiedzę tę należy oczywiście pogłębiać, rozważać i weryfikować, co w praktycznej teologii moralnej nazywa się zazwyczaj "kształceniem sumienia". Zbędne będzie zapewne podkreślenie, że rozumu nie traktuje św. Tomasz postmodernistycznie, tj. jako maszynki do produkowania prywatnych fantazji. Ale w czasach, w których z namaszczeniem powtarza się bezsensowne zdania w rodzaju: "każdy ma swoją prawdę", warto może przypomnieć, że rozum służy do poznawania rzeczywistości.

2. Lewica może sobie lekceważyć sumienie, bo jej cele są doczesne, a ich realizacja nie wymaga koniecznie odwoływania się do wolnej woli. Lenin na wiele lat przed rewolucją pisał, że klasa robotnicza nie wie, co jest dla niej dobre i dopiero "zawodowi rewolucjoniści" muszą ją o tym pouczyć - i zrobić rewolucję. Dlatego nie ma sprzeczności w budowaniu komunizmu wbrew woli tych, których ma on uszczęśliwić. Praktycznie to samo dzieje się w "demokratycznym socjalizmie", gdyż nawet najbardziej "anty-totalitarna" lewica uwielbia "przymusowe dobro": stąd plaga przymusowych ubezpieczeń emerytalnych, zdrowotnych, przymus szkolny etc.

Natomiast każdy katolik rozumie jasno, że do raju nikogo na siłę wepchnąć się nie da i nawet najlepsze ustawodawstwo pod sztandarami Chrystusa Króla nie wyprodukuje zbawionych, jeśli nie będzie na to zgody ich sumień! Jak ładnie pisze Mickiewicz:

"Bóg sam może świat zniszczyć i drugi wystawić,
A bez naszej pomocy nie może nas zbawić.
"
3. Wszystkie te wątpliwości moralne, posługiwanie się zawodnym sumieniem etc., to zajęcia uciążliwe i raczej nie przynoszące satysfakcji. Nie dziwi mnie więc, że p. Wielomskiemu marzy się zapewne jakieś Prawo z 613 zakazami i nakazami, kompletne, solidne i "porażające". Wprawdzie Apostoł Narodów naucza, iż "nie jesteśmy już poddani Prawu, lecz łasce" (Rz 6,15), ale cóż mi szkodzi mieć na podorędziu również i spis "zasad"? Kiedy trzeba, po prostu przejrzę go sobie i już będę wiedział, czy jestem porządnym człowiekiem, czy nie. Całkiem jak w tej przypowieści:
"Dwóch ludzi przyszło do świątyni, żeby się modlić, jeden faryzeusz, a drugi celnik. Faryzeusz stanął i tak w duszy się modlił: «Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie: zdziercy, niesprawiedliwi, cudzołożnicy, albo i ten celnik. Zachowuję post dwa razy w tygodniu, daję dziesięcinę ze wszystkiego, co nabywam». A celnik stał z daleka i nie śmiał nawet oczu wznieść ku niebu, lecz bił się w piersi, mówiąc: «Boże, miej litość dla mnie, grzesznika!»"
Jak łatwo się domyślić, p. Wielomski też nie jest "jako ten celnik" i jego rachunki z Panem Bogiem stoją równie świetnie: "Ja we własnym sumieniu odrzucam kradzież i morderstwo. Nie dałbym jednak nawet złotówki za sumienie moich bliźnich".

Tak to żarliwa miłość do zasad przy pewnej, hmm..., rezerwie wobec bliźniego swego i jego sumienia znowu okazuje się tym, co zawsze - jeszcze jedną odmianą faryzeizmu.


© Lech Stępniewski czerwiec 1999

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny