Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny

 

NAWIEDZI NAS SŁOŃCE Z WYSOKA

LECH STĘPNIEWSKI


Jak zwykle przed Świętami prócz robienia porządków trzeba będzie jeszcze odpierać ataki Złego. Zły zaś bez wątpienia zacznie od posiania wątpliwości. Drwiąco przypomni, że z kalendarzem to się niejakiemu Dionizemu Małemu trochę pomieszało i Chrystus prawdopodobnie urodził się kilka lat przed narodzinami Chrystusa, a już dzień 25 grudnia to, cóż, chyba z sufitu spadł, bo, jako żywo, w Biblii żadnej konkretnej daty urodzin Mesjasza nie ma. Jakże tu więc godnie zasiąść do Wigilii, gdy po chłodnym, racjonalnym wejrzeniu całe to Boże Narodzenie wygląda po prostu na podróbkę. W każdym razie święty Paweł na pewno go nie świętował!

Rzeczywiście, chrześcijanie przez trzy wieki jakoś sobie radzili bez Bożego Narodzenia. Zaczęto je obchodzić przypuszczalnie za panowania Konstantyna Wielkiego, a data 25 grudnia przyjęła się niemal powszechnie dopiero po kolejnych stu latach - gdzieś w połowie V wieku. Niemniej święto udało się tak zgrabnie, że nawet te nowe wyznania chrześcijańskie, które standardowo protestują przeciwko wszelkim nowinkom, akurat w tym wypadku zazwyczaj przymykają oko na fakty.

Dlatego Złemu to jeszcze nie wystarczy. Jego lepiej wyedukowani agenci z pewnością nie omieszkają również dodać, że Boże Narodzenie nie tylko jest nieważną podróbką "prawidłowego", biblijnego święta, ale w dodatku zostało skradzione poganom.

Otóż wedle mitraistycznej mitologii właśnie 25 grudnia urodził się Deus Sol Invictus Mithra, czyli Bóg Słońce Niezwyciężone Mitra. Także w kulcie Słońca Niezwyciężonego (nie zawsze identyfikowanego z Mitrą), wprowadzonym oficjalnie przez cesarza Aureliana, był to świąteczny dzień narodzin Słońca - Dies natalis Solis Invicti.

Dlatego właśnie w tym dniu w roku 274 została poświęcona Słońcu Niezwyciężonemu wspaniała świątynia na zboczu Wzgórza Kwirynalskiego, gdyż - jak pisze Gibbon w XI rozdziale "Zmierzchu Cesarstwa..." - "szczególne nabożeństwo do boga światła było wyrazem uczuć, którymi ten szczęsny syn chłopa przepojony był od niemowlęctwa; a (...) każde nowe zwycięstwo jego panowania (...) jeszcze bardziej umacniało w nim ten zabobon".

 

Stajenka w śniegu

Czyżby zatem tylko z powodu tej "religijnej pożyczki" u nas, w kraju północy, nad stajenką zawsze prószył śnieg? Ukradziono urodziny Mitrze, bo akurat on wydawał się chrześcijanom groźnym rywalem, ale równie dobrze można było ukraść święto komu innemu: Asklepiosowi, Herkulesowi... I wtedy zamiast przypadkowego 25 grudnia mielibyśmy na przykład przypadkowy letni dzień, a Święty Mikołaj zamiast w kożuchu chodziłby w T-shircie.

A może raczej odwrotnie? Może jednak Jezus powinien był się urodzić 25 grudnia i to Mitra razem z Sole Invicto mieli pecha, że także i oni w tym samym - szczególnym! - dniu w owym czasie gospodarzyli.

Niestety, Ewangelie o dacie Narodzin milczą. Bo też i prawie wcale nie ma w nich żadnych dat, powieściowych opisów, a z "charakterystyki postaci" ewangeliści nawet u łagodnego polonisty dostaliby najwyżej trójkę. Czy Jezus był wysoki czy niski? Ile lat miał Szymon Piotr w chwili powołania: bliżej dwudziestki mu było, czy czterdziestki? I czy aby na pewno święty Józef powinien umacniać w nas wiarę w czystość Najświętszej Maryi Panny dostojeństwem swej siwizny? Same znaki zapytania!

Trzeba bowiem pamiętać, że Ewangelie są przede wszystkim narracyjnym kerygmatem wczesnego kościoła, jego wyznaniem wiary, nie zaś nieudolnym naśladownictwem historiografii w rzymskim stylu, a już na pewno nie czymś w rodzaju nowożytnego reportażu. Oczywiście zwykła ciekawość działała od początku (i dlatego w późniejszych apokryficznych ewangeliach różnych "ciekawych szczegółów" pojawia się coraz więcej), ale chyba dopiero w czasach średniowiecza ludzka wyobraźnia stała się naprawdę głodna zmysłowego oparcia. Dziś jest to już głód niemal wilczy. Dlatego nie zastanawiajmy się, jakich wiadomości jeszcze w Ewangeliach brakuje, ale raczej zastanówmy się nad tym, dlaczego te braki aż tak bardzo nas drażnią.

Uczciwa odpowiedź powinna brzmieć chyba mniej więcej tak: szukamy w Ewangeliach duchowości i wiary, a tymczasem Słowo bezlitośnie pokazuje nam, że w głębi naszych dusz jesteśmy materialistami i niedowiarkami niemal do cna! Łudzimy się, że gdybyśmy wiedzieli więcej, na przykład odnaleźli tajną kartotekę Piłata, w której zapisano, ile Jezus ważył i jakie miał znaki szczególne, byłoby nam bliżej do Niego i zaraz za niewiernym Tomaszem powtórzylibyśmy z wiarą: "Pan mój i Bóg mój". Albo gdybyśmy potrafili rozpoznać Jego twarz... To charakterystyczne, że tzw. Całun Turyński w całej swojej historii nie cieszył się tak wielką popularnością jak dzisiaj.

Tymczasem dla przyjęcia Dobrej Nowiny najważniejsze jest nie to, że Syn Boży urodził się tego a tego dnia, ale to, że naprawdę się urodził i naprawdę mieszkał między nami. Nie to, że miał brodę długą lub krótką, oczy takie czy siakie, ale że był naprawdę człowiekiem.

Przemiany wyobraźni religijnej, która wyżywa się w tropieniu metrykalnych drobiazgów, widać najwyraźniej na obrzeżach chrześcijaństwa, gdyż wielkie Kościoły chroni w pewnym stopniu płaszcz tradycji. Świadkowie Jehowy walczą teraz z Bożym Narodzeniem (chyba głównie dlatego, że ono Boże...), ale ich założycielowi, Karolowi Russellowi, wyszło - bodaj z wymiarów piramidy Cheopsa - że Jezus urodził się w okolicach 1 października. Widać po coś musiał to wiedzieć! Podobny wynik można zresztą otrzymać łatwiej, gdy się założy, że Jezus umarł 1 kwietnia, a swą działalność rozpoczął w dniu urodzin i trwała ona dokładnie trzy i pół roku.

Inni starają się odkryć "prawdziwą datę" urodzin Jezusa nicując Biblię. Ostatnio natknąłem się na taką dowcipną próbę wzniesioną na niepozornym (i zwykle pomijanym) szczególiku: informacji, że Zachariasz, mąż Elżbiety i ojciec Jana Chrzciciela, należał do kapłańskiej zmiany Abiasza (Łk 1,5). Niby niewiele, ale ponieważ każda zmiana przejmowała swą posługę w Świątyni w ściśle określonym czasie (choć był to kalendarz księżycowy, więc dla nas ruchomy!), a Jan Chrzciciel został według Ewangelii poczęty tuż po zakończeniu ojcowskiej posługi, można na tej podstawie wyspekulować jego datę narodzin. Potem wystarczy tylko dodać sześć miesięcy (bo w czasie Zwiastowania archanioł Gabriel mówi Maryi: "krewna Twoja, Elżbieta (...) jest już w szóstym miesiącu") i mamy jak na tacy dzień urodzin Jezusa. Pominę nudne rachunki - dość powiedzieć, że Jezus miał się podobno urodzić na początku żydowskiego Święta Szałasów, 15 dnia miesiąca Tiszri, czyli znowu w okolicach 1 października.

Przeprowadzana w podobnym duchu obrona "prawidłowości" daty 25 grudnia wygląda nie mniej śmiesznie. Najczęściej kończy się ona rozważaniami pastersko-meteorologicznymi wynikającymi z pytania: czy w grudniu można w okolicach Betlejem wypasać owce? Pozytywna odpowiedź zdaje się przy tym sugerować, że anioł Pański, zwracając się do pastuszków słowami "Nie bójcie się", mylnie sądził, że drżą oni na jego widok, podczas gdy oni drżeli zwyczajnie - z zimna.

 

Słońce Sprawiedliwości

Czy chrześcijanie przejęli święto Bożego Narodzenia od pogan? Dla XIX-wiecznych badaczy religii zarażonych ewolucjonizmem było oczywiste, że późniejsza forma wyrasta z form wcześniejszych. Innymi słowy: dodłubanie się w chrześcijaństwie do form analogicznych z pogańskimi świadczy nie tylko o koegzystencji, ale również o porządku rozwoju - niczym odkrycie skrzeli w ludzkim embrionie (których nb. ludzki embrion w żadnej fazie nie ma).

Dlatego najgłośniejszy z gabinetowych dłubaczy, Jakub Jerzy Frazer, bez większych wahań podsumowywał tę kwestię w swej "Złotej gałęzi" słowami - później tysiące razy bezmyślnie powtarzanymi - że "Kościół chrześcijański obrał datę dwudziestego piątego grudnia dla obchodzenia urodzin swego Twórcy w celu odwrócenia nabożności pogan od słońca i przeniesienia jej na tego, który zwany był Słońcem Sprawiedliwości". Równocześnie jednak, jako rzetelny uczony, podawał, że pierwszą datą Bożego Narodzenia był dzień 6 stycznia oraz że po zmianie terminu konieczne stało się nawet przypominanie wiernym, że nie znajdują się na uroczystości ku czci słońca, lecz ku czci Tego, który słońce stworzył. Istotnie, jeszcze święty Augustyn w drugim kazaniu na temat psalmu 25 uważa za stosowne podkreślić, że gdy nazywamy Chrystusa Słońcem Sprawiedliwości, nie mamy na myśli słońca, "które oglądają nawet zwierzęta", ale słońce, które "oświeca naturę ludzką" i "raduje aniołów".

Z wywodu Frazera wynika więc, że choć Kościół miał wcześniej "swoje" święto Narodzenia - a więc niczego kraść nie musiał! - to jednak z jakiejś dziwnej nieroztropności postanowił utrudnić sobie życie, przejął datę 25 grudnia z całym bogactwem jej pogańskiego inwentarza, by potem użerać się ze swymi owieczkami, bo to raczej ich nabożność została w wyniku tej operacji narażona na szwank. Równie dobrze można by sobie wyobrazić, że komuniści przejmując rządy w Polsce wpadli na idiotyczny pomysł przesunięcia święta Pierwszego Maja na Trzeciego w celu przerobienia patriotycznych uczuć ludności na internacjonalistyczne.

Sytuacja wyglądała chyba całkiem odwrotnie: gdy już święto Bożego Narodzenia się pojawiło i trzeba je było osadzić w roku liturgicznym, Kościół czuł się niejako przymuszony do obstawania przy dacie 25 grudnia. Dzień to bowiem niezwyczajny. Według kalendarza juliańskiego właśnie wtedy dokonuje się zimowe przesilenie, światło zwycięża ciemności, dni stają się coraz dłuższe etc., więc naturalnie żadne bóstwo solarne nie może go w swym terminarzu pominąć. Takich dat się nie wymyśla ani nie "obiera", w każdym razie na tej Ziemi, natomiast problem reformy liturgii po skolonizowaniu Marsa zostawmy temu pechowemu papieżowi, na którego pontyfikat to trafi.

Fakt, że Jezus Chrystus zjawia się ludziom jako bóstwo solarne, nie powinien nikogo gorszyć. W nim, który jest "światłością świata" (J 8,12), "światłością dla tych, którzy są w ciemności" (Rz 2,19), spełniają się bowiem nie tylko starotestamentowe przepowiednie, ale również treść pradawnych, archetypowych symboli. "Nawiedzi nas słońce z wysoka" (dokładniej "wschód", anatole) - prorokuje napełniony Duchem Świętym Zachariasz (Łk 1,78). Także po raz wtóry Jezus przychodzi podobny do słońca, lecz już nie wschodzącego, a takiego, co "jaśnieje w swej mocy" (Ap 1,16).

Chrześcijanie nie musieli zatem ograbiać pogańskich bogów słonecznych, by dodać większego blasku Jezusowi. Przeciwnie, to właśnie ich pierwotnie uważano za gorliwych czcicieli słońca! "Inni bardziej po ludzku sądzą - pisał Tertulian pod koniec II wieku, a więc przynajmniej sto lat wcześniej nim po raz pierwszy świętowano "kradzione" Boże Narodzenie - że słońce jest bogiem chrześcijan, jako że jest rzeczą znaną, iż podczas modlitwy zwracamy się na wschód, albo że cieszymy się w dniu słońca [tj. w niedzielę]" ("Do pogan", I, 13).

 

Chrystus niezwyciężony

Pozostaje jeszcze na koniec pytanie: skoro święto Bożego Narodzenia tak ładnie komponuje się symbolicznie z resztą roku liturgicznego, podkreśla solarny charakter Chrystusa etc., to czemu zaczęto obchodzić je tak późno?

Pokrętne tłumaczenia, że trudno było świętować w czasach prześladowań, możemy od razu włożyć między bajki. Ani bowiem te prześladowania nie były tak okropne i nieustanne, jak to się na ogół przedstawia, ani też nie słychać, by chrześcijanie zaniechali z tego powodu świętowania Wielkanocy czy coniedzielnych, więc bardziej ryzykownych, uczt eucharystycznych. Co najwyżej trudno byłoby ujednolicić liturgię, ale to może nawet i dobrze, bo niby dlaczego wszędzie, w Aleksandrii czy w Rzymie, ma być tak samo?

Za ujednolicanie zabrał się na dobry ład dopiero cesarz Konstantyn, traktując chrześcijaństwo jak nową łatę na prujące się imperium (choć w Piśmie mógłby przeczytać, że nie jest to jednak mądry pomysł). Ponieważ takie imperialne przedsięwzięcia muszą odwoływać się do ducha pragmatyki, z pewnością wiele da się wyjaśnić właśnie wymogami wprowadzania nowej, uniwersalnej liturgii, czy koniecznością zrekompensowania ludności zamierających świąt pogańskich.

To jednak nie wszystko. Owszem, można dla ułatwienia przyjąć w "pozbawionym przesądów" stylu nowożytnym, że Konstantyn Wielki był wielkim draniem, który sobie wykalkulował, że z chrześcijanami będzie mu bardziej po drodze, a reszta jest polityką. Niemniej wiara w istnienie czystej polityki to okropny przesąd! Konstantyn bowiem trzeźwo kalkulował, ale równolegle rzeczywiście "nawracał się" na chrześcijaństwo: i to długo, mozolnie, z regresami, a nie w błysku niebieskiego znaku, jak chce legenda. Zarazem, jak w wypadku Aureliana, "każde nowe zwycięstwo jego panowania" umacniało go na obranej drodze.

Nie bez znaczenia jest też fakt, że Konstantyn zbliżał się do Chrystusa właśnie jako czciciel Aurelianowego Słońca Niezwyciężonego. Jego mennice biły monety z legendą Soli Invicto Comiti jeszcze przez wiele lat po rzekomym widzeniu przed słynną bitwą przy moście Mulwijskim. Toteż gdy stopniowo zaczął utożsamiać chrześcijańskiego Boga z prawdziwym Słońcem Niezwyciężonym, nowe święto o podobnej symbolicznej treści z pewnością nie było mu niemiłe. Być może zresztą Konstantyn uważał, że jego osobista droga to jednocześnie specyficzna rzymska praeparatio evangelica - przygotowanie do przyjęcia Dobrej Nowiny. Że tak jak Żydzi mogą dojść do Jezusa przez Mojżesza i proroków, tak Rzymianie mogą dojść do Niego przez zrozumienie, że w słońcu czcili Stworzyciela słońca.

Niemniej, co ważne, cesarz nie wprowadził Bożego Narodzenia żadnym dekretem, choć pewnie był w stanie to uczynić, podobnie jak nakazał świętowanie niedzieli. Boże Narodzenie pojawiło się bowiem w gruncie rzeczy samo, to znaczy wynikło organicznie z życia Kościoła nękanego na początku IV wieku sporami chrystologicznymi, a zwłaszcza herezją ariańską. Krótko mówiąc, Boże Narodzenie pojawiło się dopiero wtedy, gdy chrześcijanie zaczęli się zastanawiać, kto właściwie urodził się w Betlejem: Bóg? Syn Boży? Z urodzenia, czy z przybrania? Doskonały człowiek Jezus? Podobnie święto Bożego Ciała pojawiło się też dopiero wtedy (bagatela! dwanaście wieków po śmierci Chrystusa!), gdy chrześcijanie zaczęli się zastanawiać, co właściwie znajduje się w eucharystii. Z czego płynie morał, że dociekliwość religijna w sumie popłaca, owocując ostatecznie kolejnymi dniami wolnymi od pracy.

Chrystus narodził się. Pytasz się - kiedy dokładnie? A po cóż ci to wiedzieć? "Chrystus narodził się - mówił przed z górą piętnastoma wiekami święty Augustyn w kazaniu na dzień narodzenia Pana - niech nikt nie wątpi, że się nie odrodzi w Nim. (...) Narodziła Dziewica Zbawiciela; niech dusza nasza urodzi zbawienie. Nie bądźmy bezpłodnymi - niech serca nasze w Bogu będą płodne". W istocie nie świętujemy bowiem po prostu urodzin Zbawiciela - On już się raz zrodził w betlejemskim żłobie. Świętujemy ten dzień z perspektywy wielkanocnej Paschy jako początek zbawienia, dzięki któremu i my możemy rodzić Chrystusa w naszych sercach.

A to Boże Narodzenie trwa przez cały rok!


© Lech Stępniewski grudzień 2003

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny