Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny

NOWA EWANGELIA WG ŚW. JACKA

 

PORYWAJĄCY ROZMACH

LECH STĘPNIEWSKI


"Gazeta Wyborcza" bywa oryginalnie redagowana. W dziale poświęconym religii niejednokrotnie znaleźć można dziełka całkiem świeckie, od których wieje chłodem sceptycyzmu, natomiast teksty żarliwie religijne publikuje się w zupełnie innym miejscu.

Ot, choćby w świątecznej "Gazecie" z 1-2 lutego [1997 r.]. Najpierw dają do czytania bardzo przytomny artykuł o Ludwiku Erhardzie, a już stronę dalej znany herezjarcha Jacek Kuroń dzieli się ze wszystkimi ludźmi dobrej woli swymi najnowszymi wizjami i przeczuciami. Dla niepoznaki zaczyna swój list pasterski w suchym stylu seminaryjnym i nie jest to nawet seminarium duchowne, lecz raczej akademickie seminarium z historii gospodarczej.

"Proces ujednolicenia gospodarki światowej, czyli kształtowania się społecznego podziału pracy w skali globu przez integrację poszczególnych jego elementów, trwa od bardzo wielu stuleci. (...) W wieku XX można już mówić, że społeczeństwem dzielącym zadania, a tym samym współpracującym ze sobą, staje się cała ludzkość".
Ludzkość to brzmi dumnie, zwłaszcza "cała ludzkość", ale rzecz w tym, że teraz muszą "współdziałać ze sobą ludzie odmiennych kultur, cywilizacji, religii. Zaś współdziałać z ludźmi odmiennymi niż my nie umiemy". Dlatego znaleźliśmy się - jako "ludzkość" właśnie - "na krawędzi".
"Spójrzmy, jak bardzo naładowane jest agresją nasze życie - choćby tylko polityczne, w parlamencie i na ulicach. Myślę, że ludzkości grozi erupcja nienawiści rasowej, religijnej i etnicznej, wielokrotnie silniejszej niż wybuch bomby atomowej". Ale tam, gdzie niebezpieczeństwo, rośnie też i ratunek. "Jak możemy się ratować? Chyba tylko w ten sposób, że wszyscy nauczymy się całkiem nowej, nieznanej dotąd sztuki współżycia ludzi całkowicie od siebie różnych. I że stworzymy odpowiednie po temu warunki".
Zaprawdę, gdy dojdzie do onego "współżycia ludzi całkowicie od siebie różnych", stanie się prawie jakoby lew baraszkował z barankiem. Proletariusze wonczas będą "współżyć" z bankierami, lewica z prawicą, masoni z biskupami, antysemici z Żydami, biali z czarnymi... A wszystko bez agresji, z czułością. Prawdziwa orgia postępu!

Rzecz jasna, do nauki takiego "współżycia" i stworzenia "odpowiednich warunków" należy ludzi najpierw zorganizować. Sam to sobie człowiek może "współżyć" co najwyżej z własną babą, ale do spłodzenia Nowej Ludzkości potrzeba specjalistów. "Chodzi o to, żeby organizować aktywność ludzką, pomagać ludziom organizować się do działania, wspierać ich, kiedy są już gotowi do działania i wtedy, gdy są w stanie dawać sobie radę własnymi siłami". Cóż, Jacek Kuroń dalej wyobraża sobie ludzkość jak zastęp harcerski. On, naturalnie, znowu zostanie drużynowym.

Dobrze byłoby jednak zawczasu wiedzieć, jaka to organizacja zacznie nas tak "organizować do działania". Czy dostaniemy mundurki? Nie bardzo też pojmuję, po co wspierać ludzi, którzy "są w stanie dawać sobie radę własnymi siłami". Przypuszczam, że kryje się tu zalążek jakiegoś nowego, ekstrarewolucyjnego programu walki z bezrobociem, przy którym fantazje labudyzmu będziemy wspominać ze łzami.

Najważniejsze jest jednak "współdziałanie" i żeby "współdziałać" ze sobą nauczyli się wszyscy: mały z dużym, silny ze słabym, a nawet gruby z chudym.

To ostatnie przyjdzie zapewne najtrudniej. Zwłaszcza, że gruby dalej się obżera, a chudy chudnie w oczach. "Niespełna jedna trzecia ludzkości żyje w rzucającej się w oczy ekstrawaganckiej konsumpcji. Natomiast ponad dwie trzecie - w nędzy, na granicy głodu i w głodzie".

O, to to... "Ekstrawagancka konsumpcja". Wprawdzie po latach spędzonych w krótkich majtkach socjalizmu powinniśmy już byli dawno się nauczyć, że w zasadzie każda konsumpcja jest ekstrawagancka, ale nie zaszkodzi przypomnieć. Bo przecież konsumpcjonizm to takie płaskie - "polega najogólniej mówiąc na tym, żeby jak najczęściej zmieniać stare przedmioty na nowe i posiadać jak najwięcej nowych rzeczy". Dziki ten obłęd wywoływany jest przez wolny rynek, na którym opiera się "gospodarcza integracja świata". To właśnie wolny rynek spycha nas na krawędź katastrofy, gdyż nieustannie odtwarza w skali globalnej podział na grubych i chudych.

"Niestety, rynek ze swej natury utrzymuje drastyczne różnice pomiędzy strefami świata. Premiowanie silnych jest niezbędne dla funkcjonowania rynku. Byłoby to korzystne dla ludzkości, gdyby w powszechnym wysiłku udało się nam wyrównać szanse i warunki wszystkim oraz zapobiec 'dołowaniu' słabych. By tak się mogło stać, wysiłek ten musiałby stanowić proces prawdziwie społeczny".
Dotąd kaznodzieje tradycyjnie nawoływali, żeby z biednymi dzielić się czym tam kto ma, ale teraz okazuje się, że akurat wolnym rynkiem, to jest, tfu, konsumpcjonizmem, podzielić się z nimi nie możemy. "Gdyby większość krajów świata przyjęła taki model rozwoju, katastrofa nastąpiłaby natychmiast". Od wolnego rynku kurczą się bowiem zasoby naturalne, kurczy się woda i kurczy powietrze i jedynie gargantuiczna produkcja się nie kurczy, zalewając świat górą śmieci i odpadków. "Tym nieszczęściom możemy stawić czoło tylko w jeden sposób. Konieczne jest wylansowanie nowego modelu życia, nowego modelu wartości".

Zasadniczy efekt owego "prawdziwie społecznego wysiłku" będzie miał jednak charakter, że się tak wyrażę, optyczny. "Musimy przestać widzieć wartość w karierze rozumianej jako praca przynosząca wysokie dochody wydawane na coraz to nowe przedmioty". No proszę: wystarczy "przestać widzieć" i kłopot z głowy! Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. O wysokich dochodach lepiej od razu zapomnieć, ponieważ w epoce Nowej Ludzkości wartością stanie się "czas przeznaczony na kontakt z ludźmi, książką i przyrodą". Zresztą pieniądze - pociesza nas koryfeusz harcerskiej ekonomii - "nie będą nam tak bardzo potrzebne, gdy miejsce nowych zakupów zajmą nowi przyjaciele".

Nareszcie staje się jasne, na czym polega ów "wielki program wyrównywania szans". "Nie chodzi (...) o to, żeby dawać. Samo dawanie jest złe". Nie chodzi o to, żeby biedni znaleźli swą szansę w wolnej gospodarce. Od wolnej gospodarki rośnie konsumpcja i Ziemia się brudzi. Trzeba biednych najpierw zorganizować, a potem się z nimi zaprzyjaźnić! Oto i pointa tej ewangelii wg św. Jacka: zorganizowana i zaprzyjaźniona ludzkość we wspólnym marszu ku świetlanej przyszłości.

* * *
Wszystkie te wspaniałe przemyślenia dość dokładnie oddają tzw. "intelektualny potencjał Unii Wolności". Nie fruwają ci one jednak tam i sam niczym zbłąkane ptaszyny, ale wsparte zostały gruntowną analizą niedawnej historii.
"Po II wojnie światowej ostatecznie ukształtował się pewien globalny system. (...) Powstały dwa wielkie mocarstwa, bloki, dwie wielkie idee, dwie zasadnicze propozycje systemowe. Oba systemy były globalne i miały ambicje, by zapanować nad światem. Oba systemy miały środki i napęd społeczny, wywoływały entuzjazm ludzki".
Był sobie raz "pewien globalny system", a może nawet dwa, bo "oba systemy były globalne", każdy z nich zaś miał "wielką ideę", "ambicję" i wywoływał "entuzjazm ludzki" - tak właśnie bajka się zaczyna. Nie jest to wszakże staroświecka przypowieść o walce Dobra ze Złem, lecz bajka postępowa: o współpracy Dobra z Dobrem. Bowiem również ten ambitniejszy z dwóch systemów - nie wiedzieć czemu występujący incognito - dobrze zasłużył się ludzkości.

"Od ostatniej wojny światowej (...) rolę religii przejęły idee świeckie. To one spowodowały, że dla ludzi powstały motywacje zbiorowe, uniwersalne. Jedna - to idea globalnego wyzwolenia społecznego i sprawiedliwości, druga - wolności indywidualnej. (...) Obie te idee przejmowały od siebie nawzajem to, co było w nich najbardziej atrakcyjne. Efektem było powstanie kanonu praw ludzkich: moralnych, socjalnych i politycznych, które obie strony - z różnym skutkiem - starały się wdrażać, a przynajmniej propagować".
Jak widać, gdyby nie ów tajemniczy system od "globalnego wyzwolenia", ludzkość dotąd pozbawiona byłaby "kanonu praw ludzkich" i wałęsając się niemoralnie nie miałaby, nieszczęsna, ani czego "wdrażać", ani nawet "propagować". Owszem, za czasów tamtej ideowej wymiany atrakcji nie było może całkiem dobrze, ale było przynajmniej porządnie. "Porządek społeczny - jako całość - może być z gruntu wredny, ale zawsze ma jakieś pozytywne cechy porządku, czyli przeważa nad chaosem". Czy również porządny obóz (reedukacyjny, koncentracyjny, socjalistyczny) "ma jakieś pozytywne cechy porządku". Chyba tak, skoro właśnie dzięki "rywalizacji systemów" na świecie dokonały się "rzeczywiście gigantyczne przełomy: emancypacja płci, ras, narodów i klas".

Cóż tedy czeka świat, w którym nagle zabrakło jednego systemu i jego "wielkiej idei". Chyba tylko recesja i postmodernizm. "Czy nie dlatego w różnych punktach globu biorą górę partykularyzmy, nacjonalizmy, fundamentalizmy religijne?" - pyta aż nazbyt retorycznie Jacek Kuroń. I już rozumiemy, dlaczego ludzkość koniecznie trzeba znów "zorganizować" i natchnąć nową "świecką ideą".

Nie taka ona jednak zupełnie nowa ta idea. Opiera się "nie tylko (...) na podatkach, ale na powszechnym uczestnictwie we własności i władzy", na "różnych formach współgospodarzenia", "samorządach wszystkich szczebli", "transgranicznych federacjach samorządowych" i tym podobnych bytach urojonych. Mówiąc z bolszewicką zwięzłością: potrzebna nam władza rad i nacjonalizacja - bo jakże inaczej "powszechnie uczestniczyć we własności i władzy" albo "współgospodarzyć" na cudzym? Wystarczy jednak zdobyć "możność oddziaływania na skutki funkcjonowania globalnego rynku", a już niebawem związek nasz bratni ogarnie ludzki ród. Wygląda na to, że Jacek Kuroń pisze swój kolejny list do Partii. Pytanie brzmi - do której?

Tym razem jego ulubiony ustrój będzie tak cudny, że nie powinni się go obawiać nawet rozkonsumowani kapitaliści (oczywiście - odpowiednio "współżyjący").

Wszak "proces wyrównywania szans i warunków niesie w sobie wielką, dynamizującą życie, ideę. Zawiera olbrzymie zamówienia, inwestycje i rynki zbytu - dla jednych, miejsca pracy, różnorodne kwalifikacje i wykształcenie - dla innych. Wszystkim zapewnia udział we wszechstronnej konsumpcji godnej XXI wieku i wszystkich może porwać rozmachem największego i najwspanialszego w dziejach ludzkości zadania".
Doświadczenie uczy jednak, że gdy ktoś bierze tak potężny rozmach, prędzej czy później jego pięść musi wylądować na cudzym nosie.


© Lech Stępniewski luty 1997

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny