Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny

 

OTO ZWIASTUJĘ WAM RADOŚĆ WIELKĄ

LECH STĘPNIEWSKI


Bóg się rodzi, moc truchleje, aniołowie niebiescy zaś wielbią Boga słowami Gloria in excelsis Deo! I my niedługo podobnie zaśpiewamy, powtarzając słowa żwawej kolędy: "Chwała na wysokości, chwała na wysokości, a pokój na ziemi". Ale potem niektórzy może oklapną za wigilijnym stołem i dojdą do wniosku, że chyba jednak P.T. Aniołowie trochę w swym niewidzialnym optymizmie przesadzili. Bo i gdzież ten pokój?

W rzeczy samej: tylko przez chwilę jest błogo, stajenkowo; wół i osioł chuchają na Dziecię, lecz już wśród nocnej ciszy słychać kroki siepaczy Heroda. Wkrótce zacznie się rzeź niewiniątek, potem znów będą wojny - bezbożne i pobożne, sprawiedliwe i niesprawiedliwe; małe i wielkie rewolucje... Kołowrót przelewanej krwi, znad którego spogląda beznamiętny Duch Dziejów:

"Twarz jego wielka jak dziesięć księżyców,
Na szyi łańcuch z nieobeschłych głów."

Mówić tutaj o pokoju? Doprawdy - zbytek ironii!

Wielu wolnomyślicieli i różnych niedowiarków chętnie odwołuje się do takiego trzeźwego oglądu historii w swych procesach wytaczanych Panu Bogu. Dwa tysiące lat chrześcijaństwa - podkreślają z przekąsem - i co? Nic się nie zmieniło. Ani pokoju nie przybywa, ani ludzie nie stali się lepsi. "Poznacie ich po ich owocach". Skoro więc owoców jakoś nie ma, lepiej zwińcie ten interes.

Również dla żydów, nawet tych najżyczliwiej usposobionych do Jezusa, trwanie doczesnej mizerii to przekonujący dowód, że jednak nie był On prawdziwym mesjaszem. Prawdziwy zaprowadzi ład w świecie, a ten tylko narobił ludziom apetytu swoimi obietnicami. Może i miał dobre chęci, ale to najwyżej - używając nomenklatury stosowanej do oznaczeń programów komputerowych - mesjasz w wersji beta, próbny i nie całkiem udany.

Obiekcje niedowiarków i żydów warto brać poważnie, wygląda bowiem na to, że Ewangelia wg św. Łukasza rozmyślnie wprowadza ów radosny obraz narodzin Zbawiciela wśród anielskiego pienia o pokoju, by w takim zestawieniu Jego późniejsza śmierć na krzyżu wydawała się jeszcze bardziej zaskakująca i niepojęta. To właśnie u św. Łukasza dwaj smutni apostołowie w drodze do Emaus mówią do Nieznajomego: "A myśmy się spodziewali...". Także żydzi i poganie spodziewają się wielu różnych dobrych rzeczy, a gdy ich brakuje, robią się smutni. Trudno się więc dziwić, że daremny - z czysto ludzkiego punktu widzenia - krzyż po dziś dzień jest dla nich zgorszeniem albo głupstwem.

Oczywiście, pokój na ziemi to też niezła rzecz, ale, co charakterystyczne, w tym fragmencie, który tradycyjnie uważa się za Łukaszową wersję Kazania na Górze (nb. u św. Łukasza Jezus głosi je na równinie, po zejściu z góry) brakuje błogosławieństwa dla czyniących pokój! ("Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój", Mt 5,9; po grecku brzmi to prawie jak mnemotechniczna wyliczanka dziecięca: makarioi hoi eirenopoioi). Tak jakby ewangelista pragnął za wszelką cenę uniknąć naturalnych skojarzeń nieuchronnie towarzyszących każdej wzmiance o pokoju (u Mateusza zresztą mocno skontrowanych słynnym stwierdzeniem Jezusa: "Nie sądźcie, że przyszedłem pokój przynieść na ziemię", Mt 10,34).

Pewna wskazówka pozwalająca uchwycić inny sens anielskiej zapowiedzi pokoju znajduje się natomiast w tym samym rozdziale ewangelii, ledwo kilkanaście wersów dalej. Oto pobożny starzec Symeon, któremu Duch Święty objawił, "że nie ujrzy śmierci, aż zobaczy Mesjasza Pańskiego", widzi maleńkiego Jezusa wnoszonego do świątyni jerozolimskiej na symboliczne poświęcenie Panu i mówi: "Teraz, o Władco, pozwalasz odejść słudze swemu w pokoju" (Łk 2,29). Z nieba na ziemię nie przychodzi zatem pokój rządów Bożych zaprowadzony rózgą żelazną, lecz pokój serca płynący z przeświadczenia, że sprawy biegną tak, jak należy, bo Bóg ludzi nie zostawił. Ten pokój nie jest przeciwieństwem wojny, ale trwogi umierania; lęku przed ostatecznym opuszczeniem (które stało się także udziałem Jezusa na krzyżu!) w godzinie śmierci naszej.

"Błogosławiony - powiada apokryficzna Ewangelia Tomasza - kto stanie na początku, pozna koniec i nie zakosztuje śmierci". Nasze życie toczy się właściwie dalej tak samo, pośród bólu i cierpień, ale możemy już inaczej umierać - w obliczu Boga. A kto może inaczej umierać, ten może także inaczej żyć. Pobożny Symeon nie umarł, dopóki nie ujrzał narodzonego Jezusa. Zmartwychwstały Chrystus czeka odtąd na każdego z nas aż do końca świata, "aby każdy, kto widzi Syna i wierzy w Niego, miał życie wieczne" (J 6,40).

Czy jednak aniołowie aby na pewno zwiastują pokój wszystkim ludziom?

W najczęściej używanym przez katolików przekładzie, Biblii Tysiąclecia, odpowiedni werset z Ewangelii wg św. Łukasza wygląda dziś tak:

"Chwała Bogu na wysokościach, a na ziemi pokój ludziom Jego upodobania".

Troszkę dziwnie, bo dotąd w liturgii Mszy świętej używa się zwrotu "pokój ludziom dobrej woli". Jest to prawie dokładna kalka z szacownej Wulgaty św. Hieronima (pax in hominibus bonae voluntatis; w mszy łacińskiej bez przyimka in), dziś już jednak niespecjalnie poważanej i dlatego w innych językach od pomysłów translatorskich aż się skrzy. Jeszcze u Włochów pozostali uomini di buona volonta, ale już po hiszpańsku i francusku mówi się o "ludziach, których kocha Bóg", po niemiecku zaś (w wersji ekumenicznej) o "ludziach Jego łaski". Niezbyt to fortunne sformułowania, bo sugerują, że prócz ludzi kochanych przez Boga i obdarzanych łaską, są też i tacy, których Bóg nie lubi, więc pokój im się nie należy. Snucie piętrowych rozważań o predestynacji nie wydaje mi się jednak najlepszym pomysłem na rozwijanie chrześcijańskiej duchowości, Pan "nie chce bowiem niektórych zgubić, ale wszystkich doprowadzić do nawrócenia" (2 P 3,9). Z kolei gładki i niewyrafinowany przekład angielski: "pokój Jego ludziom na ziemi", sprytnie omija kwestię Bożych łask, kochania czy upodobania. Niestety - niewiele ma on wspólnego z oryginałem.

Ale i tradycyjny "pokój ludziom dobrej woli" wcale pod tym względem nie jest lepszy! Najwyraźniej znać to w "Homiliach o Ewangelii św. Łukasza" Orygenesa, które zachowały się właśnie w łacińskim tłumaczeniu św. Hieronima. Gdy w trzynastej homilii Orygenes rozważa, co by też miało znaczyć, że aniołowie w chwili narodzenia Jezusa śpiewają: "Pokój na ziemi", jego wywody wtłoczone w Hieronimową łacinę stają się cokolwiek bełkotliwe, a pokój zamienia się nagle w jakiś dziwaczny "pokój dobrej woli". Na szczęście wcześniej jasno i dowcipnie wykłada, że aniołowie cieszą się z narodzin Zbawiciela nie bez względu na własny interes - to właśnie do ich obowiązków należało bowiem dbanie o duchowe zdrowie rodzaju ludzkiego. Nie wychodzi im to jednak najlepiej, trudzą się nad słabującymi na duchu ludźmi bez skutku, aż wtem "dostrzegają Tego, który mógł przynieść uzdrowienie, i wielbią go mówiąc: Chwała na wysokości Bogu". Można więc w gromkim Gloria! usłyszeć także anielskie westchnienie ulgi: Chwała Bogu, nareszcie trochę odpoczniemy!

Kliknij, by powiększyć [31 KB]
[Św. Hieronim wprawdzie ciut namotał z tymi "ludźmi dobrej woli", ale świętym nie takie rzeczy się wybacza]

Nadto sformułowanie o ludziach dobrej woli prowadzi do problemów teologicznych. Skąd by się bowiem mogła wziąć przed Chrystusem w świecie skażonym grzechem pierworodnym - gdzie "nikt nie jest dobry, tylko sam Bóg" (Mk 10,18) - dobra wola? A jeśliby się już nawet skądś cudem wzięła, to po co w takim razie Chrystus? Stać ludzi na dobrą wolę, to znaczy, że dobrze im, a przecież "nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają" (Mk 2,17). Co innego, gdyby to nie aniołowie Pańscy zwiastowali, ale filozof Emanuel Kant (nb. m.in. autor dziełka o wiecznym pokoju), zaczynający pierwszy rozdział swego "Uzasadnienia metafizyki moralności" od solennego stwierdzenia, że "niepodobna sobie pomyśleć żadnej rzeczy, którą bez ograniczenia można by uważać za dobrą, oprócz jedynie dobrej woli". Czy jednak Pan Bóg naprawdę chciałby nas widzieć kantystami?

Sięgnięcie do greckiego tekstu Ewangelii wg św. Łukasza nie usuwa trudności. Owszem, jeszcze je mnoży. Jak się zdaje, już w starożytności miejsce to sprawiało kłopot i nawet najstarsze manuskrypty bywają pokreślone (np. Sinaiticus pochodzący z IV wieku). Najczęściej przyjmowana lekcja brzmi: kai epi ges eirene en anthropois eudokias. Kai epi ges eirene to jasne - "i na ziemi pokój". Ale dalej zaczynają się schody i dlatego tłumacze do dziś próbują najrozmaitszych rozwiązań, nierzadko wstawiają pomocnicze słowa i szukają jakichś pozatekstowych podpórek. I tak w najnowszej wersji Biblii Tysiąclecia zamiast "a na ziemi pokój ludziom Jego upodobania" (który, przypominam, zastąpił dawny "pokój ludziom dobrej woli") zdecydowano się na: "a na ziemi pokój ludziom, w których sobie upodobał", dodając jednocześnie przypis, że podobny zwrot występuje w przedchrześcijańskich pismach z Qumran!

Zasadnicze kontrowersje są dwie. Pierwsza to wielki spór o małą literę "s". Czy ewangelista napisał eudokias (dopełniacz), jak wolą katolicy, czy raczej eudokia (mianownik) - za czym znowu opowiadają się protestanci i prawosławni. Druga - jak tę grecką "eudokię" najlepiej oddać w przekładzie. Swego czasu wielki polski filolog klasyczny, Tadeusz Zieliński, rozstrzygnął ten spór jednoznacznie: ma być eudokias i do tego przekładane bez żadnych nowinek, czyli tak, jak stoi w łacińskiej mszy: bonae voluntatis - "dobrej woli". Nie trzeba dodawać, że sam Zieliński był żarliwym katolikiem, a żarliwość tę podsycał jeszcze fakt, że znaczną część życia - i to od dzieciństwa - spędził wśród Niemców i Rosjan.

Proponowanie jednej słusznej wykładni - zrozumiała ambicja każdego filologa - nie wydaje mi się wszelako w tym wypadku trafnym rozwiązaniem. Ostatecznych argumentów brak - tym bardziej, że znajdujemy się na terenie, gdzie zazębia się kilka języków (gdy np. gramatyka grecka kuleje, zawsze można jeszcze się upierać, że to tylko kulawo przełożony przez ewangelistę semityzm). Lepiej zatem wskazywać na bogactwo znaczeń zawartych w anielskim zwiastowaniu i co najwyżej pewne z nich delikatnie wypychać do przodu. Któż bowiem odważyłby się zadeklarować, że do końca rozumie mowę aniołów!

Kliknij, by powiększyć [24 KB]
[Anioły (nawet prerafaelickie blondynki) wiedzą, co mówią - to tylko my mamy czasem problem z ich zrozumieniem]

Po tej uwadze usprawiedliwiającej moją zuchwałość powiem tak. Co do samej eudokii to wolę rozumieć ją jako 'upodobanie' lub 'łaskę', niż nieco naciąganą 'dobrą wolę', bo właśnie w takim znaczeniu używa tego słowa Septuaginta, grecki przekład Starego Testamentu powszechnie używany przez wczesnych chrześcijan. Zresztą dodatkową wskazówkę znowu można znaleźć w samej ewangelii: zaraz w następnym rozdziale św. Łukasz opowiada o chrzcie Jezusa, w czasie którego też rozlega się głos z nieba: "Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie". Po grecku: en soi eudokesa. Czasownik, ale z tego samego rdzenia, co eudokia. Dalej jednak nie bardzo wiadomo, czy aniołom idzie o "pokój na ziemi ludziom [Jego] upodobania" (eudokias), czy może o "pokój na ziemi, [i/bo] ludziom [Boże] upodobanie" (eudokia), i co by to razem miało znaczyć.

Teologiczny sens całości stanie się jaśniejszy, gdy umieścimy narodziny Jezusa na tle dotychczasowej historii zbawienia.

Na początku, czyli przy stwarzaniu świata, wszystko się Panu Bogu niezmiernie podobało. Wprawdzie o człowieku Bóg wprost nie powiedział, że jest dobry, ale ponieważ uczynił go na swoje podobieństwo, rozumie się to chyba samo przez się. W każdym razie Bóg wtedy ludziom błogosławił i "widział, że wszystko, co uczynił, było bardzo dobre" (Rdz 1,31). Ale już w czasach pokainowych przyjrzał się światu dokładniej i doszedł do znacznie mniej optymistycznych wniosków. "Kiedy zaś Pan widział, że wielka jest niegodziwość ludzi na ziemi i że usposobienie ich jest wciąż złe, żałował, że stworzył ludzi na ziemi, i zasmucił się" (Rdz 6,5-6). Postanowił tedy wygubić rodzaj ludzki potopem. I choć ocalił Noego, a potem trochę złagodniał i obiecał wspaniałomyślnie, że kolejnego potopu już nie będzie, to jednak Jego opinia o ludziach bynajmniej się nie zmieniła: "Nie będę już więcej złorzeczył ziemi ze względu na ludzi, bo usposobienie człowieka jest złe już od młodości" (Rdz 8,21). I na tej to zepsutej i splugawionej przez ludzi ziemi rodzi się teraz Syn Boży - Zbawiciel! O co tu chodzi?

Z naszej perspektywy, pogiętej w soczewce historii, wygląda to tak, jakby Bóg nas nagle bardziej ukochał. Oto przemija Boży gniew, przemija Jego sceptyczne zniechęcenie i Bóg znowu - tak jak wcześniej w rajskim ogrodzie - spogląda na człowieka z upodobaniem. Oczywiście Bóg jest wierny i nie kaprysi, ale nie odrzucajmy pochopnie tego naiwnego antropomorfizmu, bo odbijają się w nim przecież nasze własne dzieje, a nadto wskazuje on dobitnie, że to nie my, pełni chęci i "dobrej woli", natężyliśmy się i wspięliśmy na palce, żeby sięgnąć do nieba, ale że samo niebo znalazło się jakby niżej. I właśnie dlatego aniołowie śpiewają:

Chwała Bogu na wysokościach! Pokój zstępuje na ziemię, bo On znów ma w ludziach upodobanie!

Prawda, nic się właściwie nie zmieniło: lew dalej zżera baranka, celnik (po naszemu - urzędnik skarbowy) obdziera sieroty i wdowy, sprawiedliwych tyle, co w Sodomie... Także dobrej woli jak zawsze brakuje. Ale drabina w otchłań tego świata została spuszczona. Kto ma uszy do słuchania, niechaj tedy słucha śpiewu aniołów, a potem niech postawi swą nogę choć na pierwszym szczeblu...

Albowiem przybliżyło się Królestwo Boże!


© Lech Stępniewski grudzień 2001

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny