Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny

 

O POGŁOSCE

LECH STĘPNIEWSKI


Nie interesują mnie prywatne sprawy W.Cz. Janusza Korwin-Mikkego: w szczególności to, czy zamierza zostać połykaczem noży, czy też żywym celem w cyrku. Obchodzi mnie natomiast sposób, w jaki swymi prywatnymi sprawami publicznie rozporządza, boli zaś zwłaszcza lekkomyślność, z jaką oddaje pole plotce i fantastycznym domysłom.

"Poeci czynią pogłoskę potworem" - tak zaczyna się niedokończony esej "O pogłosce" Franciszka Bacona. "Opisują ją częściowo subtelnie i wytwornie, częściowo poważnie i sentencjonalnie. Powiadają: patrzcie oto, ile ma ona piór, tyle oczu pod nimi; i tyle języków, i tyleż głosów, i tyleż nastawia uszu".

Polski wydawca "Esejów" Bacona nie zauważył, że ostatnie zdanie jest właściwie cytatem z "Eneidy" Wergiliusza (księga IV). Nieco wcześniej powiada się tam o Famie, że od niej "żadne / Zło nie jest prędsze. Chyżością się wzmaga, / Biegnąc nabiera sił. Zrazu niewielka, / Bo zalękniona, niebawem się wznosi / Aż w niebo" (w przekładzie Zygmunta Kubiaka).

Podobnie opisywał królestwo Famy Owidiusz w "Metamorfozach" (księga XII, w przekładzie Brunona hr. Kicińskiego):

"Tu próżniaków zabawia czcze opowiadanie,
Tam roznoszą nowości; wzrasta fałszu miara,
Bo każdy coś nowego dołożyć się stara.
Tu mieszka Łatwowierność, zmyślone Posłuchy
I lekkomyślne Błędy, i świeże Rozruchy,
Czcza radość z dobrych nowin i smutek ponury
Sama Wieść widzi wszystko, ze szczytu swej góry
".
"Ale zaraziliśmy się już stylem poetów" - kontynuuje Bacon. "Mówiąc teraz w sposób poważny i rozsądny: w rozważaniach dotyczących polityki, nie ma sprawy, o której by mniej traktowano, a o której by warto było więcej traktować niż sprawa pogłoski".

*

Oto W.Cz. Prezes partii, którą wprawdzie trudno zaliczyć do potężnych szermierzy, ale która też nie zmieściłaby się na kanapach nawet w dużym domu meblowym, pojawia się pewnego wieczoru w publicznym szpitalu z ranami od noża. I ma do powiedzenia potem tylko tyle, że uczyni "co się da", by "przyczyna na jaw nie wyszła", a także uprzejmie prosi "o prawo do prywatności" ["O prywatnym nożu publicznie", "Najwyższy CZAS!" 7/2001; w spisie treści tytuł brzmiał lepiej: "O prywatnym nożu publicznym"].

Sama ta publiczna prośba świadczy najlepiej, że całą "prywatność" już i tak szlag trafił, bo mleko dawno się rozlało, już chyża Fama nabiera sił w biegu - i teraz wypadałoby jedynie mężnie stawić jej czoła. Kto zaś domaga się prywatności, niechaj wcześniej sam o nią dobrze zadba, np. powierzając swe zdrowie wyłącznie zaufanemu lekarzowi.

Inna sprawa, czy polityk w ogóle może dzielić swe życie na "prywatne" i "publiczne". Przecież wszystkie wywiady, tajne służby etc. aż piszczą z uciechy, gdy tylko uda im się z "prywatnego życia" polityka wydłubać jakąś smaczną rodzyneczkę. Potem dyskretny szantaż, prośba o drobną przysługę, dalej propozycja nie do odrzucenia, i wreszcie - "mój ci on jest!" JKM dowodząc pożyteczności lustracji sam niejednokrotnie - i słusznie! - ów argument wysuwał. Tymczasem teraz przyznaje, że jest w Jego życiu coś, co chciałby usilnie ukryć. On wie, ale nie powie. Pięknie, lecz co począć, jeśli wie również ktoś inny, i też nie powie - ale pod pewnymi warunkami. Na jakie ustępstwa JKM byłby wówczas gotów?

W.Cz. Prezesa bardzo oburza propozycja, by polityk mieszkał w domu ze szkła. To przecież takie, fuj, d***kratyczne! Nie pamiętam jednak, by "Najwyższy CZAS!" przyklaskiwał Adamowi Michnikowi, kiedy ten w rozmowie z Wacławem Havlem porównywał prokuratora Starra do sowieckiego opryszka, Wawrzyńca Berii, i gorąco bronił "prawa do prywatności" Wilusia Clintona.

JKM dodaje wyniośle, że on przywykł - kiedy? - "do starej, dobrej polityki brytyjskiej, gdzie minister wojny miał zajmować się wojną - a siedzieć nie w «domu ze szkła», lecz niedostępnym zamku z wierną i dyskretną służbą". Jest to wzruszająca legenda, ale nie wydaje mi się, by nawet w "starej, dobrej polityce brytyjskiej" ministra wojny nie pojawiającego się na posiedzeniu gabinetu z powodu ran kłutych brzucha, pytano potem jedynie o pogodę i o to, czy biskwity podawane w szpitalu do herbaty były wystarczająco świeże...

[Nb. chętnie zgodzę się z W.Cz. Prezesem, że "stara, dobra polityka brytyjska" to dobry wzór uprawiania polityki. Ale trudno mi sobie wyobrazić jakiegokolwiek ministra Jego Królewskiej Mości wychodzącego ze swego "niedostępnego zamku z wierną i dyskretną służbą", by ku uciesze gawiedzi ujeżdżać słonie, pożerać publicznie urzędowe formularze, czy też po przejściu do opozycji rozpowiadać, że Normanowie mniej łupili Brytanię niż obecne rządy.]

Niestety, odkąd lud sylabizuje gazety, "prawa do prywatności" nie mają nawet cesarze. Franciszek Józef odwiedzał Katarzynę Schratt nadzwyczaj dyskretnie, ale i tak wszyscy wiedzieli, z kim cesarz zajada poranne rogaliki. A gdy pewnego razu wskutek dworskich intryg pani Schratt wyjechała, cały Wiedeń - jak podaje w swych pamiętnikach Kazimierz Chłędowski - czytał z rozbawieniem ogłoszenie, które ukazało się w jednej z gazet: "Kasiu, wszystko w porządku, wróć do swego nieszczęśliwego, opuszczonego Frania".

Niech się też JKM nie łudzi, że lud, zmienny i wiecznie głodny nowinek, rychło zapomni o jego przygodach z nożem. Prędzej zapomni o tych mądrościach, jakie JKM kładł mu do głowy na rozmaitych mityngach - "o polityce... O nauce... I w ogóle o sprawach publicznych". Plotka bowiem, a nie mądrość, raduje serce człowiecze.

Abba Kasjan, jeden z Ojców Pustyni, których apoftegmaty składają się na "Gerontikon", czyli "Księgę starców", powiadał: "Mówiłem kiedyś do braci na pożyteczne tematy, a ich taki sen zmorzył, że już ani powieką nie mogli poruszać; więc chcąc im wykazać, jaką moc ma szatan nad nimi, przeszedłem na plotki, a oni natychmiast rozbudzili się i ucieszyli".

Jeśli nawet nie szatan, to już na pewno ziemscy wrogowie W.Cz. Prezesa postarają się w stosownej chwili lud "rozbudzić" i "ucieszyć".

Dla "osoby publicznej", a więc także dla polityka, istnieje wszakże rzecz znacznie gorsza od najgorszej pogłoski. "Milczenie - napisała głośna niegdyś hollywoodzka plotkara, Hedda Hopper - jest najboleśniejszym ciosem, jaki w Hollywood można komuś wymierzyć. Jeśli o jakiejś gwieździe przestaje się mówić i pisać, wówczas niemal traci zmysły. (...) Nawet producenci nie są od tego wolni. Sam Goldwyn telegrafował kiedyś do mnie z Hawajów: OD TYGODNIA NAZWISKO SIĘ NIE POJAWIA STOP NIE WIERZĄ TU ŻE JESTEM WAŻNY STOP PROSZĘ CIĘ ZRÓB COŚ".

Ale czy warto aż tak się poświęcać dla niedowiarków?


© Lech Stępniewski luty 2001

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny