Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny

 

Ponieważ na tej stronie prócz właściwej CZYTANKI znajdują się również artykuły polemiczne, ma ona swój dodatkowy spis treści:
  1. Lech Stępniewski: "Ach, co za plama!"
  2. Janusz Korwin-Mikke: "Komentarz"
  3. Lech Stępniewski: "Tajemnica Weekendu 2000"
  4. Janusz Korwin-Mikke: "Plamy - cd."
  5. Andrzej Brodziak: "O szarlatanach"
  6. Lech Stępniewski: "Ostatnie słowo zaperzonego"
  7. Jaroslav Hašek: "Przygody dobrego wojaka Szwejka"

 

ACH, CO ZA PLAMA!

LECH STĘPNIEWSKI


Wiosna już. Ptaszki, kwiatki, motylki - wszystko lata, kląska, świergoli i tylko patrzy, kogo by tu zapylić. A nad całym tym miłym rozgardiaszem słonko świeci. Ale świeci, okazuje się, głównie dla picu! Bo naprawdę jest wredne i złośliwe, co łatwo poznać po plamach, które niekiedy mu się na paszczy pojawiają.

Rachowanie owych plam słonecznych oraz fantazjowanie na temat ich straszliwych wpływów na dzieje ludzkości dobrze zgadza się z panującymi dziś nastrojami umysłowymi, skoro nawet na łamach "Najwyższego CZASU!" można było czytać proroctwa, że promieniowanie kosmiczne rzuci się niebawem ludziom na rozumy. Tradycyjne, po niemiecku zamaszyste historiozofie niby bowiem splajtowały, ale ruch w interesie dalej podtrzymują producenci ersatzów. Zamiast fenomenologii ducha proponują odgrzewaną socjobiologię, zamiast walki klas - walkę genów etc. W ostateczności mogą być i plamy - w ilustrowanych tygodnikach prezentują się prawie tak samo efektownie jak UFO, a jednocześnie rzeczywiście istnieją i każdy może je zobaczyć!

Kliknij, by powiększyć [9 KB]
[Słońce robi się nerwowe]

Co astronomowie sądzą o plamach, powiem w grubym uproszczeniu i skrócie, bo nie chciałbym używać wyrazów w rodzaju "jonizacja", "częstotliwość plazmowa", czy "rozszczepienie Zeemana". Wystarczy, jeśli P.T. Czytelnicy zapamiętają, że są one zwiastunami zwiększonej aktywności Słońca, które pluje wówczas na prawo i lewo rojami najróżniejszych cząstek, z czego później na Ziemi robią się m.in. nieznośne trzaski w odbiornikach radiowych i widowiskowe zorze polarne. Jednak właściwością plam najbardziej wodzącą różnych mędrków na pokuszenie, jest ich w miarę regularna cykliczność. Średnio co 11 lat liczba plam na Słońcu osiąga swoje maksimum i wtedy właśnie...

 

Umysł wiruje jak bąk

"Praca C. miała jakby dwa wymiary - racjonalno-naukowy i intuicyjno-artystyczny [...] były to dwa oblicza jednego złożonego zjawiska. Choć wydawały się odmienne, w istocie rzeczy opisywały ten sam szokujący i zarazem przerażający fakt: całkowitą zależność losów ludzkich od cyklów słonecznych. [...] Jeśli C. ma rację, to oznaczałoby, że rozwojem i upadkiem cywilizacji rządzą nieznane nam mechanizmy skorelowane z cyklami słonecznymi. [...] Kiedy wyszliśmy z pracowni, aby zjeść wspaniałą kolację, której głównym daniem był łosoś miejscowego połowu przyrządzony znakomicie przez panią Ann C., czułem że mój umysł wiruje jak nakręcony bąk".
Cytat ten pochodzi z pewnej paranaukowej księgi (przeszło 350 stron dużego formatu w twardej oprawie) o "proroczej wiedzy Majów" i ładnie ilustruje niewątpliwy związek plam słonecznych z teraźniejszą degrengoladą umysłową. Pan C. - nazwiska nie podaję, bo po co robić reklamę hochsztaplerom - twierdzi dalej m.in., że ponieważ według Majów "siódme zderzenie słonecznego bitu przesunięcia, następujące po 25 627 latach, jest w jakimś sensie ważniejsze od innych" 22 grudnia 2012 roku nastąpi nieodwołalnie Koniec Świata! Datę proszę sobie zanotować w notesiku, by potem mieć jasność, których długów już nie trzeba będzie oddawać.

Oczywiście cywilizacje nie rozwijają się i nie upadają w cyklach 11-letnich (nb. pełny podstawowy okres aktywności plam to 22 lata!), ale podobno już w takim malutkim kawałku czasu ujawnia się klarownie prawidłowość: dużo plam na Słońcu - dużo zamieszania na Ziemi, rewolucje, przewroty itp. wybryki; mało plam - nikomu nic się nie chce, a zatem spokój i cisza.

Ludzie sercowi i wrażliwi jużci się z tym zgodzą. Wszak nawet głupie skoki ciśnienia potrafią człowieka poderwać na nogi albo, przeciwnie, słodko uśpić, więc co dopiero mówić, gdy w grę wchodzą burze geomagnetyczne lub promieniowanie gamma o obrzydliwie wielkiej energii. Nic dziwnego też, że wpływem aktywności Słońca na nasze organizmy interesują się - i słusznie! - lekarze. Ale coś takiego się ze Słońcem ostatnio porobiło, że nawet im trudno spokojnie usiedzieć w granicach swych zawodowych kompetencji i z lubością staczają się do poziomu "wiedzy Majów". Sam przekonałem się o tym niedawno na stronie internetowej profesora nauk medycznych Andrzeja Brodziaka «Homepage» profesora Andrzeja Brodziaka. UWAGA! PRAWIE 500 KB!.

 

Szaman z Bytomia

Profesor Brodziak z pewnością jest lekarzem niekonwencjonalnym. Wierzy, zdaje się, w jakichś pracowitych kosmitów, którzy czuwają nad porządkiem we wszechświecie - choć to może tylko terapeutyczna bajka służąca do wyrównywania "deficytu sensu". Odważnie pisuje do licznych periodyków paraumysłowych, a w 1998 roku wydał o plamach i ludziach osobną książkę pt. "Nadchodzi sztorm słoneczny". Zgodnie z własną receptą na przełomowe czasy "sztormów" - "wtrynić swój zapis do pamięci serwera twojej Instytucji" - umieścił ją, wraz z kilkoma podobnymi utworami, na serwerze Śląskiej Akademii Medycznej w Bytomiu Książka «Nadchodzi sztorm słoneczny» - 380 KB!.

Jest także pan profesor osobowością doprawdy renesansową, to znaczy potrafi robić elementarne błędy w wielu dziedzinach wiedzy naraz.

O astronomii ma równie hollywoodzkie pojęcie, jak scenarzyści "Gwiezdnych wojen" i najwyraźniej uważa rok świetlny za miarę czasu, a nie odległości.

W teologii sądzi, że dogmat o niepokalanym poczęciu dotyczy Jezusa i w związku z tym bez sensu wspomina o "problemie dzieworództwa".

Fascynuje się Internetem, ale wyszukiwarki mylą mu się z przeglądarkami. Czasem też określa CD-ROM mianem "dyskietki".

Również z tym "wtrynianiem zapisu" nie za bardzo mu wyszło, bo na samą stronę główną wtrynił prawie pół megabajta obrazków, w związku z czym ładuje się ona w tempie medytacyjnym, a swe dzieła przeniósł do Sieci z nieprzyzwoitą ilością błędów: literowych, gramatycznych i ortograficznych.

Ponieważ jednak jego książka nie traktuje o wpływie plam słonecznych na ortografię, lecz na historię, lepiej przyjrzeć się osiągnięciom profesora Brodziaka w zakresie plamowej teorii dziejów.

 

Historia od plamy do plamy

Cała zabawa polega zasadniczo na tym, by do cyklów aktywności słonecznej dopasować zgrabnie świadectwa aktywności społecznej. Najprzód patrzymy, w którym roku było dużo plam, a potem na dowód, że to właśnie plamy rządzą światem, szukamy jakiejś wojny, rewolucyjki, czy najmarniejszego "wydarzenia historycznego". Jak powiada Pismo: "Szukajcie, a znajdziecie". Kiedy zaś plam jest mało, w ogóle niczego, ma się rozumieć, nie szukamy, bo po co po próżnicy oczy psuć. [Jeśli też chcesz spróbować tej zabawy, obejrzyj w drugim oknie wykresy aktywności słonecznej]

W dodatku w miarę porządne obserwacje plam robione są dopiero od połowy XVIII wieku, więc o ich wcześniejszej liczebności można wnioskować jedynie pośrednio: ze zmian klimatu albo poziomu izotopu węgla C14. Nietrudno domyślić się, jak bardzo rozluźnia to rygory dopasowywania, szczególnie wówczas, gdy próbuje się oszacować długofalowe, idące w setki lat, zmiany aktywności Słońca.

Niestety, dzieje ludzkie od niepamiętnych czasów toczą się tak niechlujnie, że nawet w najbardziej rozciągliwe szufladki trudno je wtłoczyć. Oto "spokojna społeczność starożytnej Grecji" - jak ją określa uprzejmie profesor Brodziak - chyba z czystej przekory rozwijała się "w okresie małej aktywności Słońca". Najpierw spokojniutko mordowała się w czasie wojny peloponeskiej, a potem ze stoickim spokojem pomaszerowała z Aleksandrem Wielkim aż do Indii. W międzyczasie powynajdywała co nieco i z nudów, jakie rodzi nadmiar spokoju, powypisywała furę książek na najrozmaitsze tematy.

Także wyprawy krzyżowe rozpoczęły się stanowczo nie w porę, bo przy lichej aktywności słonecznej, a taki Kolumb miał nawet czelność odkryć Amerykę w trakcie jednego z długotrwałych minimów (lata 1420-1530) - nb. wręcz nieprzyzwoicie obfitującego w pacykarzy, żeglarzy i kacerzy.

W czasach znacznie nam bliższych również nie działo się lepiej. Weźmy choćby wojny światowe: pierwsza złośliwie wybuchła, gdy plam było jak na lekarstwo, wielokrotnie mniej niż w zaplamionym do cna nudnym roku 1893, a i druga powinna była zgodnie z teorią rozpocząć się raczej kilka lat wcześniej. Natomiast w czasie 6 lat jej trwania plamy tak zbrzydziły sobie ziemskie widoki, że było ich zawsze mniej niż tuż przed wojną i tuż po wojnie. Właściwie można by rzec - lata spokojnego Słońca.

P.T. Rewolucjonistów ucieszy zapewne fakt, że za to w roku 1917 plam było chyba więcej niż bolszewików w Piotrogrodzie, lecz - ostudźmy przedwczesną euforię - nadal znacznie mniej niż np. w latach 1958-1960! Hitler zaś doszedł do władzy całkiem po partacku - w kompletnym słonecznym dołku! I wprost zrozumieć trudno, skąd wtedy w Niemcach wzięło się tyle zapału do wymachiwania rękami i wydawania okrzyków, skoro zgodnie z kosmicznymi wyrokami powinni byli leżeć i pić piwo!

 

A w Polsce - jak kto chce...

Przykro o tym mówić, ale wygląda na to, że niegodziwa historia najczęściej ani myśli dopasować się do tego, co zapisano na wielkiej plamie w górze. I pewnie dlatego czasem trzeba jej delikatnie pomóc.

Gdy w książce "Nadchodzi słoneczny sztorm" natrafiłem na wzmiankę o "polskim październiku 1957", zrazu uznałem, że to tylko jedna z tuzinów tamtejszych literówek i machnąłem ręką. Ale nie, w wywiadzie udzielonym przez profesora pismu "Wróżka" znowu pośród ważnych wydarzeń pojawia się "polski październik 1957"...

Być może zresztą nie jest to wcale fałszerstwo (w roku 1957 plam przybyło!), a jedynie świadectwo osobliwej wiedzy historycznej profesora Brodziaka. W tym samym wywiadzie przywołuje on bowiem na potwierdzenie swych słonecznych wizji - "szaleństwo antysemityzmu w 1968 roku we Francji i w Polsce"!

Aliści największą plamę dał pan profesor przy omawianiu często dyskutowanego przez astronomów i klimatologów spadku aktywności Słońca, który przypadł na lata 1645-1715 (tzw. minimum Maundera). Poszedł bowiem na łatwiznę i bez słowa komentarza przepisał taki oto wywód zagranicznego autora:

"Okres ten [...] zbiegał się przy tym prawie co do dnia z okresem panowania Ludwika XIV "króla Słońce", a także z "małym okresem lodowcowym" z siedemnastego wieku i zarazem, co ciekawsze, jednym z najbardziej pokojowych okresów w historii pisanej".
Dla zagranicznego autora brzmiało to może jeszcze dość sensownie. Ludwik XIV wprawdzie też sporo wojował, ale u progu jego panowania zakończyła się straszna wojna trzydziestoletnia i spustoszona Zachodnia Europa istotnie łapała wtedy drugi oddech. Jak jednak zdanie o "jednym z najbardziej pokojowych okresów w historii pisanej" ma nie budzić szczerego śmiechu w kraju, którego najukochańsza książka - sześć tomów pełnych bitew, potyczek, wycieczek, kolubryn, Kamieńców i innych figli - zaczyna się od słów:
"Rok 1647 był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia".
Cykle słoneczne? Plamy? U nas to się nie przyjmie! My, Polacy, wolne ptacy...


© Lech Stępniewski kwiecień 2000

 

W.Cz. Wydawca "Najwyższego CZASU" zechciał opatrzyć powyższy artykuł następującym
KOMENTARZEM

Zamieszczamy zjadliwy (lubię takie!) artykuł p. Lecha Stępniewskiego. Zwracam jednak uwagę, że odwoływanie się do publicystów pisma "Wróżka" jest ułatwianiem sobie roboty. Zajrzeliśmy do internetu na oficjalną stronę NASA - skąd wzięliśmy wykres natężenia plam na Słońcu w ostatnim stuleciu (dane z lat wcześniejszych należy traktować z dużym przybliżeniem - acz natężenie w roku 1789 rzuca się w oczy...).

Jak widać - odwrotnie niż twierdzi Autor - właśnie Polacy wydają się być szczególnie podatni na wpływ plam na Słońcu: maksima w latach 1956, 1970, 1981, 1990 - i to które mieliśmy okazję zaobserwować w zeszły Weekend 2000 - są bardzo wyraźne!

Jednak przypominam, że ZALEŻNOŚĆ JEST CZYSTO STATYSTYCZNA. W okresie nasilenia burz na Słońcu rośnie zapewne energia ludzka - ale oznacza to tylko, że rośnie prawdopodobieństwo, że ta energia się wyładuje!

WRESZCIE PYTANIE ZASADNICZE: dlaczego właściwie większa aktywność ludzka miałaby wiązać się z większą liczbą plam na Słońcu - a nie z większą powierzchnią wolną od plam???"

JKM


 

TAJEMNICA WEEKENDU 2000
czyli komentarz do komentarza

1. Andrzej Brodziak nie jest zwyczajnym "publicystą pisma «Wróżka»", ale profesorem nauk medycznych i praktykującym lekarzem-klinicystą, który plamami zajmuje się - pośrednio - w ramach swej działalności naukowej. Jak sam pisze na swojej stronie Dokonania profesora Brodziaka:

"We współpracy z moją doktorantką, dr n. med. Małgorzatą Sieczkowską wykazałem, że słabe, wolnozmienne pole elektromagnetyczne z zakresu tzw. częstotliwości Schumannowskich wpływa na EEG osób chorych na padaczkę. Była to próba eksperymentalnego przyczynku do rozważań teoretycznych nad możliwym wpływem "sztormów geomagnetycznych", bądź szerzej oddziaływań na mózg ludzki tzw. ekscesów rezonansów Schumanna i mikropulsacji magnetosferycznych." [wytłuszczenie moje - LS]
I dalej:
"Z naszych rozważań, zawartych w pracy pt: "O możliwościach zdalnych oddziaływań geofizycznych na system nerwowy i układ hormonalny człowieka w trakcie snu" (Sztuka Leczenia, 1996, 2, 77-84) wypłynęły praktyczne możliwości zastosowania pól elektromagnetycznych ULF o tzw. częstotliwościach Schumannowskich w leczeniu zespołów depresyjnych." [wytłuszczenie - j.w.]
Tych ustaleń p. profesora nie kwestionuję - nie jestem kompetentny. Sprzeciwiam się tylko wyciąganiu z zależności zaobserwowanych w praktyce klinicznej fantastycznych wniosków. Uznanie plam słonecznych za wytrych do historii ludzkości właśnie do takich wniosków należy. Nie tylko bowiem nie stoją za nim żadne dowody - co mógłbym jeszcze przeboleć w imię tolerancji dla "intuicji badawczej" - ale przeciwko "plamowej teorii dziejów" świadczy szereg faktów, które - jako niewygodne - trzeba albo pomijać, albo fałszować.

2. Przykład pierwszy z brzegu. Wedle W.Cz. Wydawcy "natężenie [plam] w roku 1789 rzuca się w oczy". Otóż rzuca się dopiero wtedy, gdy wiemy już, czego szukać. Proszę zresztą samemu obejrzeć jeden z poniższych wykresów i porównać natężenie plam w roku 1789 z latami 1778-79 albo z końcówką lat trzydziestych XIX wieku. Marsjanin poproszony o wskazanie tego jedynego "rewolucyjnego" maksimum musiałby zgadywać jak w grze w trzy karty... [Nb. oba wykresy pochodzą z oficjalnej strony NASA Podstrona NASA o plamach słonecznych. Zachęcam także do odwiedzenia sponsorowanego przez NASA serwera www.sunspotcycle.com Cały serwer tylko o plamach!]

Kliknij, by powiększyć [18 KB]
[Przeciętna liczba plam w latach 1610-1998]

Kliknij, by powiększyć [24 KB]
[Liczba plam w latach 1750-2000]

Rzecz jasna, porządny plamolog powinien jednocześnie przekonująco wyjaśnić, dlaczego francuska rewolucja potrzebowała plam, angielska zaś potrafiła się bez nich obyć. I dlaczego wojny napoleońskie - jeśli już ograniczyć się ostrożnie do temperamentnych Francuzików - toczyły się namiętnie wśród plamowej mizerii, choć wymagały zapewne obfitszego dopływu energii, niż szturm paryskich przekupek na Bastylię, której załoga składała się w większości z inwalidów...

3. W.Cz. Wydawca powiada dalej cokolwiek nierozważnie, że "właśnie Polacy wydają się być szczególnie podatni na wpływ plam na Słońcu: maksima w latach 1956, 1970, 1981, 1990 - i to które mieliśmy okazję zaobserwować w zeszły Weekend 2000 - są bardzo wyraźne".

Po pierwsze, cóż takiego wydarzyło się "w zeszły Weekend 2000"? Czyżby jakiś niewidzialny przewrót? Po drugie, maksima naprawdę wypadają w nieco innych latach (i dlatego prof. Brodziak pisał o "polskim październiku 1957"). Po trzecie wreszcie, jest to fantazjowanie do kwadratu, gdyż do tajemniczego "wpływu plam na ludzkość" dodaje jeszcze bardziej tajemniczy "szczególny wpływ na Polaków". Tymczasem najpierw należałoby właśnie ów ogólny wpływ plam udowodnić, by potem mówić o jakichkolwiek wpływach "szczególnych". Gdy ktoś twierdzi, że noszenie żółtych spodni zwiększa ryzyko zawału serca, nie może powoływać się na kilka zgonów w Sercówku Słabym, którego mieszkańcy podobno są "szczególnie podatni" na wpływ tego rodzaju garderoby. Zwłaszcza, jeśli zaniedbał wcześniej sprawdzić, czy przypadkiem w ostatnim czasie nie wyprzedawano tam żółtych spodni po bardzo atrakcyjnej cenie...

Zdaję sobie sprawę, że szybkie wyciąganie dziwnych wniosków jest ulubioną rozrywką W.Cz. Wydawcy. Ale to jednak gruba przesada uważać Polaków za naród wybrany przez Słońce tylko dlatego, że udało się dopasować (i to tak "pi razy oko") zaledwie kilka wydarzeń z naszej historii do kilku ostatnich cyklów słonecznych. A co z Powstaniem Warszawskim, rokiem 1920-tym, Powstaniem Styczniowym, Insurekcją Kościuszkowską?... Zwolennik narodowego słońc-plamizmu nie może przecież traktować ojczystych dziejów tak po macoszemu! Ciekaw też jestem, jak W.Cz. Wydawca wytłumaczy, czemu Polacy wbrew teorii gnuśnieli w połowie ubiegłego roku, gdy - jak widać - liczba plam skoczyła raptownie i osiągnęła poziom z gorących lat 1968-70. I czemu z równowagi nie wyprowadziła ich wtedy nawet szeroko reklamowana apokalipsa "pluskwy milenijnej" [Patrz czytanka: "Dziura w kodzie"].

Kliknij, by powiększyć [7 KB]
[Dokładny wykres obecnego cyklu plam słonecznych]

4. Stwierdzenie przez W.Cz. Wydawcę, iż zależność wydarzeń historycznych od plam na Słońcu "jest czysto statystyczna", to w istocie kolejny trik retoryczny sugerujący, jakoby istnienie takiej zależności już zostało dowiedzione i pozostało tylko podywagować sobie o jej charakterze.

W dodatku operowanie prawdopodobieństwami nie ma sensu, gdy nie potrafimy wskazać koniecznych warunków przejawiania się tej zależności (a na pewno są takie, skoro słoneczna euforia nigdy nie ogarnia całej ludzkości!). Wyjaśnię to na przykładzie.

Przyjmijmy, że istnieje "czysto statystyczna" zależność między śmiertelnością ludzi w katastrofach lotniczych a złą pogodą. Załóżmy też, że znamy wieloletni cykl aktywności burzowej i nawet ustaliliśmy, że w mikroklimacie Biedonii burze dają o sobie znać ze "szczególną" gwałtownością. Niemniej cała ta wiedza i tak zda się psu na budę przy ewentualnym szacowaniu prawdopodobieństwa zgonów Biedończyków w katastrofach lotniczych, jeśli nie będziemy wiedzieć skądinąd, że po kolejnej fali postępowych reform obywateli Biedonii nie stać już na latanie samolotami.

Toteż ze słonecznej perspektywy nigdy nie uda się wyjaśnić, czemu np. w roku 1956 Polacy biegali na wiece, Węgrzy na barykady, natomiast bracia Czesi tylko obserwowali ten lokalny kociokwik znad kufli piwa. Można co najwyżej utrzymywać - lecz będzie to teza jak z Moliera! - że plamy na Słońcu zwiększają wprawdzie prawdopodobieństwo wystąpienia "wydarzenia historycznego", ale jedynie tam, gdzie już się na jakieś historyczne wydarzenie zanosi...

Z podobnych powodów ostatecznie zarzucono modną pod koniec XIX wieku teorię brytyjskiego ekonomisty Williama Jevonsa, który próbował powiązać z cyklem słonecznym cykle koniunktury gospodarczej. Jevons rozumował prosto: skoro aktywność Słońca wpływa na pogodę na Ziemi, to wpływa także na wielkość zbiorów, czyli w rezultacie - na ekonomię. Niestety, siła tego wpływu jest każdorazowo wzmacniana lub osłabiana przez tyle dodatkowych czynników, że nie radziłbym grać na giełdzie w oparciu o raporty astronomów.

5. Na "PYTANIE ZASADNICZE: dlaczego właściwie większa aktywność ludzka miałaby wiązać się z większą liczbą plam na Słońcu - a nie z większą powierzchnią wolną od plam???", zazwyczaj odpowiada się, że więcej plam, to większe natężenie najrozmaitszych czynników oddziaływujących na nasze organizmy (np. sztormów magnetycznych). Ot, taka kosmiczna szpila...

Oczywiście, nic nie stoi na przeszkodzie, by fantazjować odwrotnie, tzn. założyć, że ludzie potrzebują do działania raczej ciszy i spokoju, i dopasowywać wszystko od nowa do słonecznych dołków. Można nawet postąpić jeszcze dowcipniej i twierdzić, że ponieważ pełny cykl to 22 lata, w jego pierwszej połowie ważne są górki, a w drugiej - dołki (lub odwrotnie). Przeciwnicy mdłej przeciętności mogą zaś śmiało dowodzić, że do czynu podrywają nas zarówno dołki, jak i górki, natomiast zniechęcamy się do życia i odpoczywamy dopiero wtedy, gdy plam wysypie średnio...

Jak widać, przed teorią plamizmu rysują się wspaniałe perspektywy, albowiem rozum ludzki prócz pożywnych pokarmów duchowych potrzebuje czasem również gumy do żucia. Dlatego proszę nie zrażać się tym, że poprzedni akapit żywo przypomina rozważania, czy jednorożce lepiej łapać na dziewice-blondynki, czy może brunetki, tylko raźno zabrać się do dzieła. I niech Plama będzie z wami!


 

PLAMY - cd.

Pan Lech Stępniewski napisał bardzo miłą (jak na publicystę) polemikę na kilka słów komentarza do Jego tekstu. Natomiast jak na tekst naukowy - jest to horrendum. A właśnie, z uwagi na Święta, pozwalam sobie na kilka uwag naukowych. Czytelnicy: wybaczcie!

1. Ja nie piszę o zależności przyczynowej. Ja w ogóle słowo "przyczyna" uważam za skrót myślowy ad usum delphini. Piszę o zależnościach statystycznych. Dywagacje p. LS, że aby rozważać prawdopodobieństwo, trzeba najpierw udowodnić istnienie zależności, są bez sensu. Dla wyjaśnienia (w przeraźliwym uproszczeniu): zależność statystyczna oznacza, że gdyby w 1956 (a nie 1957) było maximum Plam, to na barykady biegaliby Czesi, Polacy i Węgrzy - a gdyby Plam było mniej, niż było, to biegaliby tylko Polacy, a Węgrzy nie (albo odwrotnie; w rzeczywistości - nadal upraszczając! - trzeba by to ująć tak: gdy liczba Plam rośnie o 30%, prawdopodobieństwo, że na barykady pójdą Polacy wzrasta w tamtych konkretnych warunkach z 60% na 73%, Węgrów z 51% na 60%, Czechów z 20% na 45%...

2. P. LS pisze, iż żadnych zależności (między cyklem plam, a cyklem wydarzeń na Ziemi) nie ma - a przynajmniej nie wolno o tym pisać, dopóki to nie jest udowodnione. Sam jednak bez najmniejszego skrępowania używa słowa "fantazjowanie" - tym samym uznając za udowodnione, że takich związków nie ma!

3. Jest rzeczą oczywistą, że dla ustalenia związku między wydarzeniami, a Plamami na Słońcu, statystyk powinien dysponować dokonanymi przez dwóch niezależnych ekspertów (a) wykresem "temperatury społecznej"; (b) wykresem aktywności Słońca - i dopiero wtedy może wydać orzeczenie o istnieniu (lub nieistnieniu) korelacji między tymi zjawiskami.

4. Takimi niezależnymi ocenami nie dysponujemy; socjologia (o ile wiem - ale moja wiedza jest sprzed ćwierćwiecza!) nie rozwinęła takich metod pomiaru. Można by dziś myśleć o liczeniu przypadków gwałtów i morderstw, częstości używaniu słowa "bandyci" i "złodzieje" o rządzie w druku (tak rzucam "na rybkę") Nb. liczba wolnych miejsc w więzieniach raptownie spada; może o czymś to świadczy?

5. Powtarzam: to, że rośnie "temperatura społeczna", nie oznacza, że coś spektakularnego się zdarzy! W dodatku w Swych rozważaniach p. LS chyba kieruje się zacietrzewieniem: przecież jasne jest, że z Plamami wiąże się prawdopodobieństwo wybuchu wojny; wojna raz rozpoczęta toczy się nieraz i 30 lat - i nie daje się jej powstrzymać, choćby temperatura społeczna (o ile coś takiego istotnie daje się mierzyć!) zdecydowanie opadła. Ważne jest, jakie było natężenie Plam w momencie, gdy tłumy Polaków wołały: "Nie oddamy ani guzika!" - a Józef Beck, wbrew sobie, wygłosił słynną mowę sejmową - a nie podczas bitwy pod Lenino!!

6. Rzecz jasna wybuch czegokolwiek nie musi nastąpić w szczycie nasilenia Plam na Słońcu!!! Granat umieszczony w piecu nie musi wybuchnąć w momencie, gdy temperatura osiąga maksimum!!! Być może liczy się suma otrzymanej dawki - trzeba np. badać korelację z całką krzywej promieniowania za ostatnie 5 lat?

7. W szczególności wyjaśniam, że nic nie pisałem o "Weekendzie 2000"! Dopisała to pod moją nieobecność Redakcja - dumna, że akurat jest szczyt Plam, a my tu tacy aktualni! Natomiast skoro już to Redakcja napisała, to spróbujmy brnąć dalej! Otóż zapewne wtedy podjęto decyzję o rzeczy niesłychanej: demonstracji policjantów pod Komendą Policji demonstracji, podczas której padały okrzyki: "Znajdzie się pała na d**ę generała"! Zaiste: temperatura społeczna narasta... Czyżby znów okazywało się, że Polacy słuchają się Plam?

8. P. LS ma rację, że fakt, iż teoria pasuje do Polaków na przestrzeni 66 lat niewiele znaczy. Jeśli parę miliardów ludzi rozdaje karty, to prędzej czy później komuś przyjdzie na rękę 13 Pików; sporej części będą przychodziły znacznie częściej karty czerwone, niż czarne - i będą przekonani, że akurat u nich jest taki klimat; albo promieniowanie z pobliskich jezior. Korelacja z wydarzeniami w Polsce jest istotnie niesamowicie wysoka; zakładając, że można trafić rok wcześniej lub później szansa, że wynik jest przypadkowy wynosi 1:45 czyli ok. 0,001! Jednak, jeśli gdzie indziej nie stwierdzimy takich zależności, trzeba to będzie uznać za wybryk Natury - lub też przyjąć, że Polacy są nie tyle pod szczególną opieką Matki Boskiej, lecz są w szczególny sposób Dziećmi Wszechświata.

9. Z całą pewnością - są liczne badania - jak na zachowanie się i decyzje grupy wpływa temperatura pomieszczenia. Zapewne więc i promieniowanie magnetyczne. W każdym razie na pewno bardziej wpływa promieniowanie słoneczne, niż np. wybuch reaktora w Czarnobylu! A tym ostatnim się zajmujemy.

10. Nie można przy tym wykluczyć, że efekt jest psychologiczny, zgodnie z zasadą samo-sprawdzającej-się-przepowiedni. Politycy opozycji wiedząc, że będzie maksimum Plam nasilają swoje działania - i, presto: istotnie w tym okresie coś się wydarza! Jednak zgodnie z moją metodyką korelacja jest: coś zaszło - a co było "przyczyną" nie interesuje mnie (na tym poziomie rozważań, oczywiście; gdybym był fizykiem, myślałbym inaczej).

11. P. LS zupełnie nie ma racji pisząc, iż inne czynniki tak zakłócają ewentualny wpływ plam na Słońcu, że analiza zależności jest beznadziejna. Jakie by te czynniki nie były, mając dostateczną ilość materiału porównawczego można metodą regresji wyeliminować inne czynniki. Np. płeć znacznie bardziej wpływa na wyniki testów inteligencji, niż kolor włosów - co nie wyklucza zbadania, czy z tymi blondynkami (lub blondynami!) istotnie coś jest na rzeczy...

12. Psychologicznie najbardziej zdumiała mnie reakcja p. LS na moją uwagę, że może warto by badać zależność nie od Plam, lecz od Braku Plam! P. LS potraktował to jako próbę ratowania Teorii Plam - podczas gdy ja ją właśnie, jako obiektywny uczony, kwestionowałem!!! (Nie jestem fizykiem - i jako laikowi wydaje mi się, że promieniowanie powinno być większe, gdy Słońce jest jednolicie jasne - a nie, gdy jest "zaplamione"...). Do teorii Plam nie jestem szczególnie przywiązany, a wpływ Słońca traktuję jako raczej drugorzędny czynnik w porównaniu np. z jednym dobrym występem telewizyjnym. P. LS robi wrażenie znacznie bardziej przywiązanego do teorii, że Plamy nie wpływają na nas w żadnym stopniu - niż ja do przeciwnej. Jego reakcję traktuję więc jako objaw szczególnego - dopuszczalnego u publicysty, ale nie u naukowca - zacietrzewienia. Ale właśnie dlatego, że p. Stępniewski tak się zaperza, lubimy Go czytać. Bo pisze z pasją - i wierzy w to, co pisze. A czy podziwiamy adwokata, który zamiast płomiennego przemówienia obrończego obiektywnie ocenia słuszność wywodów prokuratora?

Janusz KORWIN-MIKKE


 

O SZARLATANACH

Nie zamierzam polemizować z tekstem Pana Lecha Stępniewskiego, gdyż są to, jak Pan to zauważył "zjadliwe inwektywy". Moją odpowiedź chcę jedynie sprowadzić do kilku stwierdzeń.

Teorie przedstawione w mojej książce pt. "Nadchodzi sztorm słoneczny" nie są wyssane z palca, lecz są oparte na kilkudziesięciu cytowanych pracach naukowych.

Teorie te są sprawdzalne. Na stronie 58 książki w rozdziale pt. "Możliwości falsyfikacji prezentowanej hipotezy" piszę, jakie środki musiałyby być użyte, aby próbować teorie te sprawdzić.

Jeśli sztormy geomagnetyczne mogą zakłócić działanie różnych typów aparatury elektronicznej, to nic dziwnego że wpływają też na ludzi.

Popularne książki prezentujące nowe koncepty naukowe, nawet niesprawdzalne, publikowali liczni naukowcy. Toutes proportions gardées - hipotezy publikowali Francis Crick - odkrywca spirali DNA (np. "O pochodzeniu życia na ziemi" - teza panspermi kierowanej), Roger Penrose ("Nowy umysł cesarza" - o świadomości jako efekcie z zakresu fizyki kwantowej - teoria niesprawdzalna), Stephen Hawking ("Krótka historia czasu"), Fred Hoyle ("Inteligentny Wszechświat" - o wpływie przyszłości na teraźniejszość), Frank Tipler - twórca Zasady Antropicznej ("Fizyka nieśmiertelności"). Książki takie, zagranicznych autorów, wydaje często Prószyński i S-ka.

Wywiad, którego udzieliłem Pani Redaktor Olak z Warszawy, która go opublikowała pod swoim tytułem w piśmie Wróżka", jak sądzę, jest dobrze napisany. Pismo ma podtytuł "O magicznej stronie życia". Ludziom, którzy nie umieją dostrzegać "magicznej strony życia" grozi choroba.

Lekarz, który potrafi wskazać czasami na "magiczne aspekty świata" bywa nazywany Szamanem. Dla lekarza nie jest to obraźliwe. Jak wiadomo Artur Clark powiedział kiedyś, że niepojęta nauka i technologia jest odbierana jako magia.

Z poważaniem
Andrzej Brodziak


 

OSTATNIE SŁOWO ZAPERZONEGO

Pan Janusz Korwin-Mikke zechciał uprzejmie wskazać horrendalne niedostatki naukowe mej "miłej polemiki". Ponieważ mam właśnie zamiar braki te uzupełnić, lojalnie ostrzegam P.T. Czytelników, że tym razem nie będzie ciekawie! Przeciwnie - czekają Was matematyczne męczarnie gorsze niż przy wypełnianiu PIT-ów. Będę bowiem głównie rachował, rachował, rachował... A wszystko to z kamienną twarzą! Sine ira et studio...

Zacznę jednak od suchego naukowego pytania. P. JKM zbeształ mnie, że do rozważań o prawdopodobieństwie mieszam niepotrzebnie "zależności przyczynowe" [Gdy ja prosiłem jedynie o wskazanie koniecznych warunków przejawiania się zależności statystycznej. Nb. w obu moich tekstach słowa "przyczyna", "przyczynowy", "przyczynowość" etc. w ogóle się nie pojawiają!], a potem napisał tak:

"zależność statystyczna oznacza, że [...] gdy liczba Plam rośnie o 30%, prawdopodobieństwo, że na barykady pójdą Polacy wzrasta w tamtych konkretnych warunkach z 60% na 73%, Węgrów z 51% na 60%, Czechów z 20% na 45%..."
Pytam: skąd p. JKM wziął owe wzrosty z 60% na 73% etc.? I co broniłoby mi - przy dzisiejszym stanie (nie)wiedzy - twierdzić, że, owszem, wzrost może i jest, ale raczej z 60% na 60,01%, z 51% na 51,001% etc? Że zatem wpływ promieniowania słonecznego na dzieje ludzkości można w lwiej części przypadków pominąć, a tylko raz na sto lat w jakimś dzikim kraiku staje się on ewentualnie "języczkiem u wagi" i wtedy miejscowa ludność zjada swego ukochanego wodza na surowo.

Sam p. JKM przyznaje niżej, że "nie dysponujemy" żadnymi "niezależnymi ocenami", które statystykowi są niezbędne "dla ustalenia związku między wydarzeniami, a Plamami na Słońcu". Ba, później wręcz powiątpiewa, czy coś takiego, jak temperatura społeczna, "istotnie daje się mierzyć!"

Odnoszę dziwne wrażenie, że w swym artykule pisałem właściwie o tym samym, choć zamiast naukowego słowa "związek" używałem nienaukowego słowa "zależność". Natomiast wyciąganie z kapelusza rosnących (bądź malejących) prawdopodobieństw w sytuacji, gdy "nie dysponujemy" właściwie niczym i nawet nie bardzo wiemy, jak mierzyć jedno ze zjawisk, o których korelacji rozprawiamy, przy jednoczesnym beztroskim pomijaniu niewygodnych faktów (np. wybuch I wojny światowej, chyba w sumie najważniejsze wydarzenie w tym stuleciu) - to wszystko nazywam właśnie "fantazjowaniem"!

Na tym urywam ten wątek, by nie popaść w zgubne zacietrzewienie i niby dusza uwolniona od złych namiętności frunę oto w empireum Czystej Nauki...

W punkcie ósmym Swej repliki p. JKM pisze tak:

"Korelacja z wydarzeniami w Polsce jest istotnie niesamowicie wysoka; zakładając, że można trafić rok wcześniej lub później szansa, że wynik jest przypadkowy wynosi 1:45 czyli ok. 0,001! Jednak, jeśli gdzie indziej nie stwierdzimy takich zależności, trzeba to będzie uznać za wybryk Natury - lub też przyjąć, że Polacy są nie tyle pod szczególną opieką Matki Boskiej, lecz są w szczególny sposób Dziećmi Wszechświata."
Na pierwszy rzut oka prawdopodobieństwo 0,001 rzeczywiście wygląda "niesamowicie", ale - porachujmy!

By nie komplikować nadmiernie rozważań, przyjmuję dobrotliwe (dla Teorii Plam) założenie p. JKM, że korelacja nie musi być idealna i wystarczy trafić "wydarzeniem historycznym" w jedno z trzech lat: rok szczytu plam na Słońcu plus dwa sąsiednie. Dla pojedynczego cyklu słonecznego prawdopodobieństwo przypadkowego trafienia "wydarzeniem historycznym" w "rok zaplamiony" wynosi zatem wg p. JKM 1:4 (3 lata "zaplamione" wobec 12 lat całego cyklu = 3:12= 1:4). Na to na razie zgoda!

[PRZYPIS: Nb. bez tego "dobrotliwego założenia" właściwie nie ma o czym mówić! Istnieje wprawdzie kilka metodologii ustalania maksimów słonecznych, ale wg tej, którą m.in. posługuje się NASA (dane z obserwatorium w Zürichu) szczyty ostatnich 4 cyklów słonecznych przypadały na lata 1957, 1968, 1979, 1991. Mamy zatem ledwie jedno dokładne trafienie (rok 1968) na cztery próby! A prawdopodobieństwo takiej "korelacji" jest już nieprzyzwoicie duże - 0,32. Warto też zauważyć, że p. JKM dokonuje swego założenia niejako "po grze", tj. wie już, jakimi "historycznymi wydarzeniami" rozporządza. To trochę tak, jakby ktoś próbując wyrzucić cztery razy z rzędu szóstkę, wyrzucił jedną szóstkę i trzy piątki, po czym stwierdził, że piątka to też niezły wynik, a prawdopodobieństwo uzyskania podobnej serii (4 razy z rzędu piątka lub szóstka) jest "niesamowicie" małe - (1:3)4, tj. ok. 0,012. Na końcu do tej kwestii jeszcze wrócę.]

Zgadzam się też, by - wedle słów p. JKM z Jego wcześniejszego komentarza -

"właśnie Polacy wydają się być szczególnie podatni na wpływ plam na Słońcu: maksima w latach 1956, 1970, 1981, 1990 - [...] - są bardzo wyraźne!"
rozważać korelację w odniesieniu do 4 cyklów, w których "trafionymi" wydarzeniami są: październik 1956, grudzień 1970, rok 1981 oraz przełom lat 1989-1990 (lata 1970 i 1981 nie powinny wprawdzie być uwzględniane nawet przy "dobrotliwym założeniu" - dokładne maksima to rok 1968 i rok 1979 - ale plam było wtedy rzeczywiście sporo). Prawdopodobieństwo takiej serii to iloczyn prawdopodobieństw z każdego z 4 cyklów, czyli 1:4 razy 1:4 razy 1:4 razy 1:4 (lub prościej - 1:44). Wynosi ono 1:256, tj. ok. 0,004. Jest wprawdzie czterokrotnie większe, niż 0,001 pierwotnie wyliczone przez p. JKM, ale nadal "niesamowicie" małe!

Następny krok wykonujemy jako drobiazgowi naukowcy. Patrzymy bez zacietrzewienia na poniższy wykres

Kliknij, by powiększyć [6 KB]
[Cykle z lat 1954-1997]

i widzimy, że 4 cykle słoneczne od roku 1954 do roku 1997 to nie 48 lat (4 razy 12), ale 44 lata (4 razy 11 lat, bo tyle naprawdę średnio trwa 1 cykl). Korygujemy więc prawdopodobieństwo trafienia "wydarzeniem historycznym" w "zaplamiony rok" w jednym cyklu z 1:4 na 3:11, co sprawia, że prawdopodobieństwo serii znów wzrasta ociupinę. (3:11)4 to 0,0055. Hmm... Ciągle mało!

Pora zrobić kolejny krok! Zanim go uczynię, proszę wyobrazić sobie raz jeszcze, czego prawdopodobieństwo policzył p. JKM. Otóż procedurę trafiania "wydarzeniem historycznym" w odpowiedni wycinek wykresu plam można porównać do rzutu kością - raczej dziwną, bo jedenastościenną, na której 3 ściankach zostały wymalowane szóstki [ta "kostka" to oczywiście tylko użyteczna fikcja - maszyna do generowania zdarzenia losowego o określonym prawdopodobieństwie]. Gdy wypada szóstka - odnotowujemy sukces; gdy wypada cokolwiek innego - przegraną. Obliczenia p. JKM pokazują zatem, że prawdopodobieństwo wyrzucenia taką kością w czterech kolejnych rzutach czterech szóstek wynosi - po uwzględnieniu moich delikatnych poprawek - zaledwie 0,0055!!

I są to obliczenia bez zarzutu! Ale wyłącznie pod warunkiem, że rzucamy kością dokładnie 4 razy! Innymi słowy: że przy szukaniu korelacji bierzemy pod uwagę dokładnie cztery "wydarzenia historyczne". Ani mniej, ani więcej - i czynimy tak nie z wyboru, ale dlatego, że innych wydarzeń historycznych w rozpatrywanym okresie po prostu nie ma. A to już oczywista nieprawda!

Między rokiem 1954 a rokiem 1997 można bowiem bez trudu wskazać przynajmniej siedem-osiem lat dość powszechnie uznawanych u nas za "historyczne": 1956, 1968, 1970, 1976, 1980, 1981, 1989, 1990. Prawdziwy ambaras z nadmiaru! Jeśli np. nie trafi w plamy rok 1976, mamy w zapasie rok 1981, jeśli i 1981 nie trafi, mamy 1980 itd.

I jak teraz miewa się nasze nieprawdopodobne prawdopodobieństwo? Zanim je policzę, przyjmę jednak - z naukowej ostrożności i dla uproszczenia rachunków! - że w latach 1954-1997 było w Polsce nie osiem, lecz jedynie sześć "wydarzeń historycznych". A ponieważ każde takie wydarzenie, to osobny rzut, powinniśmy zatem obliczyć, jakie jest prawdopodobieństwo, że rzucając sześć razy naszą kością przynajmniej cztery razy wyrzucimy szóstkę.

Prawdopodobieństwo wyrzucenia w sześciu rzutach przynajmniej czterech szóstek równa się prawdopodobieństwu wyrzucenia w sześciu rzutach dokładnie 4 szóstek plus prawdopodobieństwo wyrzucenia dokładnie 5 szóstek plus prawdopodobieństwo wyrzucenia dokładnie 6 szóstek. Czyli podstawiając do znanego ze szkoły schematu Bernoulliego:

15(3:11)4(8:11)2 + 6(3:11)5(8:11) + (3:11)6 = ok. 0,05

Tak oto wykonaliśmy skok o rząd wielkości (z prawdopodobieństwa 0,0055 na 0,05) i czas już najwyższy na wyrwanie się z zaścianka i poszerzenie horyzontów!

Wyobraźmy więc sobie na koniec, że podobna do naszej debata o wpływie plam słonecznych na historię narodową toczy się właśnie w dziesięciu krajach. W każdym z nich bada się dzieje ojczyste w latach 1954-1997 i wybiera sześć wydarzeń o historycznej randze. I oni też, rozumie się, szybko wyliczają, że prawdopodobieństwo, by przynajmniej cztery z tych wydarzeń przypadały na lata zaplamionego Słońca wynosi 0,05.

Pytanie brzmi: jakie jest prawdopodobieństwo, że przynajmniej w jednym z tych krajów przynajmniej cztery wydarzenia z sześciu zgodzą się z cyklami słonecznymi tak ślicznie, że tamtejszy Korwin-Mikke będzie mógł ogłosić, iż jego rodacy "są w szczególny sposób Dziećmi Wszechświata"?

Obliczymy to niejako "od drugiej strony", rachując najpierw, jakie jest prawdopodobieństwo, że podobna korelacja (czyli zdarzenie o prawdopodobieństwie 0,05) nie zajdzie w żadnym z 10 krajów. Gdy wynik odejmiemy od jedności, otrzymamy jak na tacy prawdopodobieństwo szukane.

Prawdopodobieństwo braku oczekiwanej korelacji w każdym z krajów wynosi 1 - 0,05, czyli 95:100, natomiast prawdopodobieństwo, że korelacja ta nie zajdzie w żadnym z 10 krajów to (95:100)10, tj. ok. 0,6. A zatem szukane prawdopodobieństwo (1 - 0,6) = 0,4! Po podwyższeniu liczby debatujących krajów do 15 (raptem pół Europy) prawdopodobieństwo wzrasta do ok. 0,55!!!

A co to znaczy? Ano, znaczy tylko tyle i aż tyle, że prawdopodobieństwo, iż przynajmniej w jednym z piętnastu krajów zostanie znaleziona korelacja przynajmniej czterech z sześciu wydarzeń uznawanych tam za historyczne z czterema kolejnymi cyklami słonecznymi jest większe, niż prawdopodobieństwo odgadnięcia, czy w rzucie monetą wypadnie orzeł albo reszka!!!

Zgodnie z zapowiedzią rozważę jeszcze krótko sytuację, gdy nie przyjmujemy dodatkowego założenia p. JKM, "że można trafić rok wcześniej lub później", i za prawdziwą korelację pryncypialnie uznajemy wyłącznie pokrywanie się roku "wydarzenia historycznego" z rokiem słonecznego maksimum. W ciągu ostatnich czterech cyklów podobna korelacja wystąpiła w Polsce tylko raz - w roku 1968. Ponieważ dla czterech prób prawdopodobieństwo, że nie trafimy ani razu wynosi (10:11)4, tj. 0,68, szukane prawdopodobieństwo trafienia przynajmniej raz równa się 1 - 0,68, tj. 0,32. Jeśli jednak mamy w zanadrzu aż sześć "wydarzeń historycznych", prawdopodobieństwo przynajmniej jednego idealnego trafienia w sześciu próbach rośnie do ok. 0,44, czyli - nawet w wypadku budowania teorii słońc-plamizmu w jednym kraju! - sytuacja znów upodabnia się do pospolitej zgadywanki z monetą. A wygraną w takiej zabawie zaiste trudno uznać za "niesamowitą"... QED.


 

CYTAT NA DOBRY KONIEC

Młodziutki żołnierz westchnął serdecznie. Sam żałował swego młodego życia; żałował, że urodził się w takim głupim stuleciu - chyba po to, żeby zostać zarżniętym jak wół w jatce. I na co to wszystko?

Pewien żołnierz, nauczyciel z zawodu, rzekł, jakby czytał w jego myślach:

- Niektórzy uczeni objaśniają wojnę pojawieniem się plam na słońcu. Jak tylko pokaże się taka plama, dzieje się zawsze coś okropnego. Zdobycie Kartaginy...

Zostaw pan sobie swoją uczoność - przerwał mu kapral - i idź pan zamieść izbę, bo dzisiaj kolej na pana. A nam diabli do jakichś tam bałwańskich plam na słońcu. Choćby ich tam było ze dwadzieścia, to i tak za nie nic nie dostanę.

- Ale te plamy na słońcu mają jednak wielkie znaczenie - wtrącił Szwejk. - Razu jednego pokazała się taka jedna plama i jeszcze tego samego dnia zostałem obity "U Banzetów" w Nuslach. Od tego czasu, gdy się gdzie wybierałem, zawsze zaglądałem do gazet, czy nie pokazała się jaka plama. A jeśli się pokazała, to adiu Fruziu, nigdzie nie chodziłem i przesiedziałem plamę w domu. Jak wtedy wulkan Mont-Pellé zgładził całą wyspę Martynikę, to jeden profesor pisał w gazecie "Národni Politika", że już od dawna ostrzegał swoich czytelników przed wielką plamą na słońcu. A ta "Národni Politika" nie trafiła na wyspę i biedni ludzie grubo przez to ucierpieli.

Jaroslav Hašek, "Przygody dobrego wojaka Szwejka", t. I.


© Lech Stępniewski kwiecień-maj 2000

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny