Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny

 

O PIEKLE
(W PIEKIELNYM SKRÓCIE)

LECH STĘPNIEWSKI


O piekle Pan nasz, Jezus Chrystus, naucza w podobieństwach. I są one jednocześnie dojmująco jasne - jak piekielny "ogień nieugaszony" (to pyr to asbeston - Mk 9,43). Ale też i ciemne - jak "ciemności zewnętrzne" (to skotos to eksoteron - Mt 25,30), gdzie trafia sługa nieużyteczny, i gdzie będzie "płacz i zgrzytanie zębów".

 

1.

Ewangelie synoptyczne (szczególnie Mateuszowa) używają na określenie piekła przeważnie słowa geenna, będącego pożyczką z aramejskiego gehinnam, czyli po naszemu gehenna. Pierwotnie oznaczało ono dolinę pod Jerozolimą osławioną całopalnymi ofiarami z dzieci składanymi tam przez czcicieli Molocha. Potem gehenna trafiła (obok szeolu-otchłani) do żydowskiej eschatologii jako dolina płomieni - miejsce kary grzeszników. To właśnie na karę "gehenny ognia" (ten geennan tou pyros Mt 5,22) zasługują wedle Jezusa ci, co bratu swemu mówią "Bezbożniku"!

Jak się zatem zdaje, niektórym może zrobić się gorąco - zwłaszcza że czasu będą mieli pod dostatkiem. W znanym obrazie z ewangelii Marka (nb. cytacie z Izajasza mówiącym o trupach!) gehenna to miejsce "gdzie robak ich nie umiera (nie ginie) i ogień nie gaśnie" (Mk 9,48). Wulgata, wbrew wielu greckim rękopisom, powtarza ten wers z robakiem - chyba dla lepszego efektu - aż trzy razy (i dlatego w Biblii Tysiąclecia brak w tym rozdziale Marka wersów 44 i 46). Jeśli zaś idzie o ogień, to nie gaśnie (ou sbennutai) on zapewne nigdy i może dlatego św. Paweł odwołuje się do tej samej metafory w swym znanym napomnieniu: "Ducha nie gaście" (me sbennute - 1 Tes 5,19).

Nadto piekło nie jest bynajmniej jakąś Bożą niedoróbką w ekonomii zbawienia. Gdy Syn Człowieczy przyjdzie na koniec w chwale i powie niegodziwcom: "Idźcie precz ode mnie, przeklęci, w ogień wieczny", zarazem doda też, że ogień wieczny (eonowy: to pyr to aionion - Mt 25,41) został specjalnie "przygotowany diabłu i jego aniołom"! Są rękopisy, w których te słowa Jezusa brzmią jeszcze dobitniej: "przygotował Ojciec mój diabłu..."

 

2.

Czy jednak diabeł i jego aniołowie mają aby już teraz w swym zakładzie pensjonariuszy? W przypowieści o chwastach posianych między dobre zboże Pan roli temperuje gorliwość swych sług rwących się do pielenia i napomina ich, by pozwolili "obojgu róść aż do żniwa". Jezus objaśniając tę przypowieść uczniom wyraźnie dopowiada, że wrzucanie "w piec ognia" (ten kaminon tou pyros) odbędzie się dopiero przy końcu świata (wypełnieniu się eonów: en te synteleia tou aionos - Mt 13,40). Więc może na razie pod piekielnymi kotłami hajcuje się wyłącznie dla efektu?

Ale z drugiej strony w przypowieści o żebraku Łazarzu wczasującym się post mortem na łonie Abrahama występuje też bogacz, który po śmierci natychmiast odnajduje się "w Otchłani, pogrążony w mękach" (Łk 16,23). Wynikałoby z tego, że i teraz piekło puste być nie musi... Jednak Duch Święty ani razu, chwała Bogu, nie dopuścił, by Kościół Powszechny ogarnęła pokusa orzeczenia, kto konkretnie (np. kto z ohydnych wrogów Kościoła) w piekle rezyduje. Jak zwięźle ujął to Leszek Kołakowski: "Kościół w rzeczy samej zadeklarował, że wielu ludzi z imienia określonych doczekało się zbawienia, nigdy natomiast nie nazwał kogokolwiek, kto został potępiony". Jeśli tedy Dante opisuje męki Judasza w paszczy Lucyfera (nb. wespół z Brutusem i Kasjuszem!), to jest to licencja poetycka bez pieczątki dogmatycznej.

 

3.

Zostajemy oto na koniec z piekłem ognistym, raczej solidnie - bo Bożą ręką - wykonanym i bez listy obecności. Aliści nawet ta skromna wiedza (wiedza w co wierzyć, rzecz jasna) prowokuje do licznych wątpliwości. Czy na przykład biblijny eon to na pewno to samo, co wieczność - zwłaszcza taka, jak ją pojmujemy dziś, gdy matematycy bezbożnie dodają do siebie nieskończoności. Prawda, robak nie umiera, ale - tak sobie teraz spekuluję a vista - jeśli nie umiera robak zjadający po śmierci moje ciało, to znaczy to chyba tyle, że Bóg kości mych w dzień Sądu nie wzbudzi i na zawsze pozostanę pogrążony w nicości. A co z bogaczem, który przeżywa męki w Otchłani? No właśnie - on w Otchłani (czyli hadesie: en to hade) siedzi, a nie w gehennie, więc może kara jego czasowa? A znowu przypowieść o chwastach podsuwa myśl, że owo wrzucenie w piec rozpalony będzie wprawdzie karą radykalną, unicestwiającą, ale trwającą niedługo - ot, tyle, ile trzeba na spopielenie wiązki słomy...

 

4.

W nauce Kościoła rozważania eschatologiczne od samego początku wiązały się też z tajemnicą tego, co działo się ze Zbawicielem między Jego śmiercią na krzyżu a zmartwychwstaniem. W Składzie apostolskim dzieje te wykłada się zwięźle: "ukrzyżowan, umarł i pogrzebion; zstąpił do piekieł. Trzeciego dnia zmartwychwstał".

Jeśli więc Chrystus nawiedził piekło, to widać ktoś tam już siedział! Nie musieli to jednak być zaraz świeżo upieczeni potępieńcy, lecz np. czcigodni patriarchowie, porządni poganie etc., czyli krótko - ci sprawiedliwi, co mieli pecha urodzić się, zanim na ludzi, w których Bóg znalazł upodobanie, wylała się obfitość łaski.

Ale z drugiej strony św. Piotr pisze, że Chrystus poszedł głosić zbawienie także "duchom zamkniętym w więzieniu, niegdyś nieposłusznym" [apeithesasin pote - czyli takim, które wcześniej nie dały się przekonać...] (1 P 3,19-20). Św. Paweł zaś łączy zstąpienie Chrystusa do otchłani z Jego wniebowstąpieniem, gdyż "Ten, który zstąpił, jest i Tym, który wstąpił ponad wszystkie niebiosa, aby wszystko napełnić" (Ef 4,10). Wygląda to prawie na powszechną amnestię, bo jakże Chrystus mógłby "wszystko napełnić" (plerose ta panta), gdyby w piekle różni obwiesie dalej zgrzytali zębami?

I aż chciałoby się ową amnestię rozumieć nie jako wydarzenie wyłącznie jednorazowe, lecz jako dokonujące się bez ustanku - przez analogię do często cytowanego zdania Pascala: "Jezus będzie konał aż do skończenia świata; nie wolno nam spać przez ten czas". (fragment 736 wg Chevaliera). Innymi słowy, Chrystus jest z nami aż do skończenia świata również i w Otchłani, i gdy tylko jakaś smolista dusza tam trafia, On bramę piekła uchyla i dusza, blaskiem oblicza Pańskiego wybielona, fiuu..., ulatuje w górę...

Niestety, ta piękna wizja zupełnie się nie zgadza z nauką zawartą w Katechizmie Kościoła Katolickiego, co - jako uczciwy heretyk - wyraźnie zaznaczam. W kanonie 633 zakres piekielnej misji został bowiem jednoznacznie ograniczony: "Jezus nie zstąpił do piekieł, by wyzwolić potępionych, ani żeby zniszczyć piekło potępionych, ale by wyzwolić sprawiedliwych, którzy go poprzedzili". Amen.

 

5.

Skoro zatem powszechnej amnestii dotąd nie było, to może przynajmniej wolno mieć nadzieję, że dojdzie do niej przy końcu czasów, przy - jak powiada sam Jezus - "odrodzeniu" (en te palingenesia - Mt 19,28). Właśnie do tego wątku nawiązuje św. Piotr w swej znanej mowie-kerygmacie do ludu żydowskiego:

"Pokutujcie więc i nawróćcie się, aby grzechy wasze zostały zgładzone, aby nadeszły od Pana dni ochłody [co by chyba znaczyło, że już teraz jest cokolwiek gorąco, bo w czasach ostatecznych każdy grzesznik żyje niejako na skraju gehenny!], aby też posłał wam zapowiedzianego Mesjasza, Jezusa, którego niebo musi zatrzymać aż do czasu odnowienia wszystkich rzeczy, co od wieków przepowiedział Bóg przez usta swoich świętych proroków" (Dz 3,19-21).

 

6.

Słowa "aż do czasu odnowienia wszystkich rzeczy" brzmią po grecku achri chronon apokatastaseos panton i stąd właśnie rozmyślania, na czym to odnowienie miałoby konkretnie polegać, nazywa się nauką o apokatastazie [nie "apokastazie", jak czterokrotnie napisał p. Przemysław Wipler w artykule "Koniec piekła?" ("NCZ!" 10/2000)].

Ojcem jej rzeczywiście był Orygenes, teolog tęgi i śmiały, który atoli - wbrew temu, co pisze p. Wipler - nie został za życia "potępiony przez lokalny synod, i usunięty z gminy współwyznawców" [to jedynie legenda rozpuszczana przez złośliwego Epifaniusza z Salaminy, psa na heretyków]. Przeciwnie, póki żył, cieszył się w Kościele tak wielkim autorytetem, że czasem nawet fałszowano jego pisma, byle tylko wykazać zgodność z nimi własnych poglądów - co było niemal gwarancją prawowierności!

Zwykłą koleją losu miał Orygenes po śmierci i zwolenników, i przeciwników, ale prawdziwe z nim kłopoty zaczęły się dopiero grubo 100 lat później. I trzeba było jeszcze prawie 200 kolejnych lat, by doszło do potępienia jego niektórych poglądów - m.in. nauki o apokatastazie - mocno tymczasem powykręcanych, choćby przez pospiesznych kopistów, o czym wspomina św. Hieronim w liście (CXXIV) do Awita.

Sam Orygenes, podkreślam, nie utrzymywał, że piekło nie istnieje. Nurtowały go wszakże wątpliwości, czy jeśli Bóg zarządzi u kresu eonów odnowienie wszystkiego, to piekłu uda się od tego wymigać. A jeśli się nie uda - pytam już ja, nie Orygenes - to czy ograniczy ono swoją odnowę jedynie do pomalowania piekielnej bramy, a może nawet wyłącznie do odświeżenia widniejącego tam dantejskiego napisu ("Porzućcie wszelką nadzieję" - nb. napisu wyzywająco wręcz anty-chrystowego!).

 

7.

Niepokojąca myśl o apokatastazie nie przepadła wraz z potępieniem orygenizmu. W średniowieczu jej echa pobrzmiewają u Eriugeny (którego Kołakowski policzył między prekursorów marxizmu), a w naszym stuleciu - u szalonego jezuity Teilharda de Chardin (o którym najprzyjemniej dysputowało się zawodowym dialogistom w czasach tzw. dialogu marxistowsko-chrześcijańskiego). Także w mistycyzmie żydowskim ujawniła się w XVI wieku w jednej z odmian Kabały pokrewna idea odrodzenia - tikkun, o której nauczał ARI, czyli wielki Izaak Luria.

Żywotność owej nadziei - iż nawet piekła Bóg nie zostawi na koniec samemu sobie - świadczy przypuszczalnie o tym, że dogmat o wieczności pośmiertnych mąk mocno uwiera duszę współczesnego człowieka. Do jego rozumu zaś najgładziej trafia proste spostrzeżenie Schopenhauera, że skoro Bóg stworzył mnie z niczego, to do tej pierwotnej nicości zawsze zachowuję sprawiedliwe prawo...

 

8.

Tak oto gruntowna niewiara w piekło kończy się metafizycznym nihilizmem (Nietzsche później domknie tę drogę w kręciołek Wiecznego Powrotu). Jest wszakże i druga twarz nihilizmu - jeszcze rumiana i niesmętna, bo aż na zabój pragmatyczna i oddana rzeczom realnym:

"O tym, czy Piekło jest, czy nie - i jaka jest temperatura smoły - przekonamy się (lub nie...) po śmierci. Mój niepokój jako polityka wzbudza to, że wiara w Piekło, kotły ze smołą itd. skutecznie powstrzymywała ludzi od kradzieży, morderstw itp. uczynków. Niewiara w Piekło powoduje konieczność wydawania ogromnych pieniędzy na policję, na kontrolę policjantów, na kontrolę kontrolerów..."
Kiedy czytałem te słowa W.Cz. Prezesa UPR, Janusza Korwin-Mikkego, poczułem się prawie jak w Rzymie u schyłku republiki, gdy pontifex maximus, Gajusz Juliusz Cezar, już w życie pozagrobowe nie wierzył (o czym zaświadcza Salustiusz), ale obrzędy religijne, składanie ofiar, objaśnianie wróżb etc. szło pełną parą. Arystokracja bowiem naczytała się Polibiusza, a przynajmniej nauczyła się na pamięć tej jego myśli, na pozór rozsądnej i trzeźwej, że cudowne znaki i wróżby pomagają utrzymywać w posłuszeństwie lud. Lud jednak - dożywiany darmowym zbożem i dobawiany multimedialnie w amfiteatrach - brykał coraz bardziej...

Działo się tak dlatego, ponieważ przekonanie Polibiusza jest podwójnie fałszywe.

 

9.

Po pierwsze, gdy lud nie bardzo już spodziewa się po śmierci nagrody lub kary, straszenie piekłem prowadzi jedynie do wzmożenia powszechnej grzeszności. Albowiem po takiej katechezie więcej ludzi w ogóle przestaje wierzyć w Boga - i wtedy grzeszy na całego! Natomiast gdy ludzie w wieczne piekło wprawdzie nie wierzą, ale do "miłosiernego Boga" czują jeszcze niejaki sentyment, wówczas z grzeczności ograniczają się czasem do grzechów mniej ciężkich.

Po drugie, cyniczne głoszenie (a lud szybko wyczuwa tę melodię...) zdań w rodzaju: "Nieważne, czy piekło jest, czy nie, grunt że ludzie się go boją", prowadzi na dłuższą metę do spustoszeń moralnych - bo tu pomiata się Prawdą! I nie łudźmy się, że w wypadku "prawd wiary" trudniej o ich weryfikację, skoro ona i tak w zasadzie dopiero pośmiertna. Owszem, łatwiej! Gdy ktoś mówi mi, że w Londynie pada deszcz, musiałbym w ostateczności pojechać tam i sprawdzić, więc zazwyczaj z lenistwa wolę wierzyć. Ale gdy ktoś mówi mi, że powinienem wierzyć w piekło, nie muszę nigdzie jechać - patrzę jedynie i sprawdzam, czy on sam w nie wierzy...

Dziś całkiem w duchu Polibiusza postępują na przykład niektórzy postępowi ekolodzy! Nie przejmują się zgoła tym, czy ich proroctwa są prawdziwe, ale odmalowują z zapałem przyszłe piekło na Ziemi, usprawiedliwiając się zapewne po cichu, że gdy przestraszą mnie skutecznie, to od jutra nie będę wyrzucał w lesie papierków - co jest i dobre, i godne pochwały. Platon w "Państwie" zaleca taką metodę rządzącym jako "szlachetne kłamstwo" (gennaion pseudos), ale moim zdaniem jest to po prostu zwykłe draństwo.

Ma ono nieodmiennie krótkie nogi, o czym szczególnie konserwatysta - patrzący poza termin najbliższych wyborów - powinien zawsze pamiętać! I niech lepiej "pragmatycznie" nie liczy, że zanim się kłamstwo wyda, komuś już zbieranie papierków z trawy wejdzie w pożyteczny nawyk. Człowiek bowiem jest istotą rozumną (trochę) i obraźliwą (bardzo), i gdy poczuje się oszukany, potrafi potem z niezwykłym skupieniem i nakładem sił robić - wbrew swym najlepszym nawykom - rzeczy, do których nie skusiłby go nawet najsprytniejszy diabeł...

 

10.

Jedne z najważniejszych zdań o piekle, jakie znam, napisał Clive Staples Lewis. Brzmią one (w mojej pamięci) tak: "Człowieka nie można skazać na piekło, ani nie można posłać do piekła. Może on tam trafić tylko własnym wysiłkiem".


© Lech Stępniewski marzec 2000

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny