Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny

 

ZŁA NOWINA WEDŁUG «GAZETY WYBORCZEJ»

LECH STĘPNIEWSKI


Ostatnie publikacje "Gazety" dotyczące lustracji niczym nie zaskakują: wszystkie te bajeczki już kiedyś opowiadano. A jednak zebranie ich razem we "wstrząsającym" - wedle opinii redakcji - artykule Pawła Smoleńskiego ("I ty zostaniesz konfidentem", "Gazeta Świąteczna" z 14/15 listopada 1998 r.) nieoczekiwanie doprowadziło do prawdziwie marksistowskiego cudu: ilość zmieniła się w nową jakość. W rzeczy samej, "Gazeta" dawno nie ogłosiła tekstu, który by w tak bezceremonialny sposób obrażał inteligencję czytelników.

 

Robo-ubek

Bohaterem i narratorem tej mega-baśni jest tajemniczy "Operator" - oficer SB z 30-letnim stażem, "pełny pułkownik", "siwe, lekko przerzedzone włosy", "mocny uścisk dłoni". Żeby klisza była kompletna, ma on też trochę cech pewexowskiego Jamesa Bonda: "elegancki garnitur", "dobry krawat", "skórzana, solidna teczka". To w końcu profesjonalista, "jeden z najlepszych «operatorów», jacy kiedykolwiek byli w służbie", ba, "nadzwyczaj sprawna maszyna do zdobywania informacji". Krótko mówiąc - niesamowity Robo-ubek!

W przeciwieństwie do filmowych cyborgów "Operator" nie odzywa się monosylabami, owszem, wielki z niego gaduła. Esbeckie rewelacje wypełniają dwie spore kolumny z okładem, więc red. Smoleński nurkując raz po raz w tej istnej powodzi słów wyznaje na ostatek zrezygnowany - "mogłem jedynie jak najprecyzyjniej zanotować to, co miał mi do powiedzenia". Roztropna uwaga: w razie czego - on niewinny, on tylko nadstawiał ucha.

Nie bardzo wprawdzie rozumiem, czemu mogłaby służyć ta "precyzja", skoro z opowieści "Operatora" ten tylko morał wynika, że esbecy kłamali i kłamać będą. Kłamali - gdy dopisywali sobie "z sufitu" fałszywych konfidentów, bo łakomili się na socjalistyczne premie i służbowe mieszkania. Będą kłamać - gdy ich kto w lustracyjnym szale o cokolwiek zapyta, bo... no, nie całkiem wiadomo, dlaczego będą kłamać, ale taka, widać, ich sobacza natura.

Godzę się na nudny aksjomat, że esbecy kłamali, i że niejeden z nich będzie miał interes, by kłamać również w przyszłości. Ciekawsze jest natomiast milcząco przyjmowane przez red. Smoleńskiego założenie, że żadnego z nich nigdy na kłamstwie przyłapać się nie uda. Dlaczego? Też nie bardzo wiadomo, ale pewnie właśnie w ten sposób dają o sobie znać nadludzkie właściwości polskich ubeków. Doprawdy - w konfrontacji z takim przeciwnikiem zwykły człowiek nie ma szans. Kogo zechcą, oczernią, i najlepsze sądy lustracyjne nic na to nie poradzą. Najrozsądniejsze było oczywiście to, co "ludzie rozumni" zawsze radzili: udobruchać ich jakoś, ukoić, ale, Boże broń, nie drażnić widokiem żadnych "teczek" czy nierozsądnym przypominaniem o przeszłości.

 

Paradoks kłamcy

Swoją drogą coś w tym jest, że z esbekami najlepiej w ogóle nie rozmawiać - w każdym razie nie na ich warunkach. Red. Smoleński nieopatrznie złamał tę zasadę, wpadł w krzyżowy ogień ubeckich odpowiedzi i pewnie dlatego jego zapiski roją się od rozmaitych arcynielogiczności oraz paradoksów.

Starożytni Grecy postawili niegdyś intrygujący problem: jak rozumieć Kreteńczyka, który powiada, że wszyscy Kreteńczycy kłamią. Jeśli wszyscy, to i on kłamie, kłamiąc zaś, że inni kłamią, skrywa prawdę o ich prawdomówności. Lecz jeśli Kreteńczycy mówią prawdę, to i on sam nie kłamał oskarżając ich (i siebie) o kłamliwość... Trzeba subtelnych sztuczek logicznych, by się z tej gmatwaniny wyplątać.

Gmatwaniną kończą się również wyznania współczesnego zawodowego kłamczucha, a klasyczny paradoks przybiera w tym wypadku taką mniej więcej postać: czy można wierzyć esbekowi, który mówi, że esbecy kłamią? Nie jest to już, co prawda, paradoks grecki, ale esbecki, lecz i ten wystarczy, by nawet najprecyzyjniejszy redaktor zaczął pławić się w sprzecznościach.

Esbeckie archiwa są kłamliwe, więc nie należy ich ujawniać. Esbecy są kłamliwi, więc jednemu z (rzekomo) najsprytniejszych należy dać dwie kolumny druku w największej polskiej gazecie.

Ów sprytny esbek, z kolei, najpierw proponuje, by "papierzyska" z archiwów zalać betonem jak reaktor w Czarnobylu, a zaraz potem daje jasno do zrozumienia, że te archiwa już od dawna są niekompletne, że sporo akt "zginęło". I pyta niegłupio: "Kto je ma, kto wywiózł, kto zadołował?". Jednocześnie uprawia żałosne esbeckie machlojki w starym stylu, sugerując jakoby ujawnienie tajnych współpracowników policji politycznej i jej niegdysiejszych metod mogło nieodwracalnie zniszczyć znakomity polski wywiad.

W pewnym momencie wtrąca nawet - zwykłym ludziom ku przestrodze - dziecięco naiwną dykteryjkę o esbekach ("panu lub pani") spisujących "namiary" na swoich fikcyjnych konfidentów z... listy lokatorów w bloku! Czego jak czego, ale swobodnego dostępu do rozmaitych danych osobowych esbekom akurat nie brakowało. Więc po co te mistyfikacje o pracy operacyjnej na klatce schodowej? A jeśli przypadkiem naprawdę tak było, jeśli w ogóle podobne numery z "martwymi duszami" przechodziły nie wykryte przez wewnętrzną kontrolę, to proszę mi więcej nie opowiadać o esbeckim profesjonalizmie!

 

Herbata i komputery

Odwoływanie się do logiki nie jest natomiast konieczne tam, gdzie rozmówca redaktora Smoleńskiego całkiem zwyczajnie łże. Ponieważ "istnieje coś takiego jak honor oficera służb specjalnych", niezawodny Robo-ubek zadbał o to, by jego tajni informatorzy i w nowym ustroju mogli czuć się bezpieczni. "Więc kiedy odchodziłem na emeryturę, na dysk twardy mojego komputera przypadkowo wylała się herbata i wszystkie pliki szlag trafił. A dyskietki gdzieś poginęły".

Otóż dysk twardy komputera przypomina, obrazowo mówiąc, solidne pudełeczko hermetycznie zamknięte (a w końcu lat 80-tych był to wręcz spory pancerny klocek) i w dodatku ukryte gdzieś w czeluściach blaszanej obudowy. Dlatego żadną herbatą zalać go nie sposób! Ba - gdyby nawet "Operator" wymontował swój dysk, rozbebeszył i "przypadkowo" utopił w całym samowarze herbaty, albo też bęcnął swym komputerem o ścianę (stare dyski były dość wrażliwe na wstrząsy), to są jeszcze specjaliści, którzy potrafią z takiego, dla laika martwego, dysku niejedno odczytać i nie chce mi się wierzyć, by właśnie w MSW ich nie było. Pozostaje tylko jedno niebłahe pytanie - gdzie "poginęły" dyskietki?

Sam "Operator" oczywiście na ten temat słodko milczy. W jednym bowiem bez wątpienia znać jego profesjonalizm: gadał do red. Smoleńskiego, gadał, ale się nie wygadał! W istocie nie powiedział niczego, co nie byłoby szeroko znane już wcześniej i może dlatego jego wielka spowiedź wygląda raczej jak zrobiona na kolanie kompilacja z wycinków prasowych.

Przykład pierwszy z brzegu. W jednej ze "wstrząsających" historyjek pojawia się student, który za miejsce w akademiku zgodził się donosić na swego współlokatora-cudzoziemca. Tyle że natychmiast go o tym powiadomił, więc wypili "pół litra" i odtąd donosy pisali razem. Pomijając już nonsensowność użycia akurat tej historyjki jako dowodu, że lustracja będzie krzywdzić niewinnych, to do złudzenia przypomina ona autentyczne zdarzenie z życia znanego historyka Normana Daviesa, o którym on sam publicznie opowiadał.

 

Mam nadzieję, że rozpowszechniłem kłamstwa

Taka seria nielogiczności i łgarstw nie mogła nie zaniepokoić ludzi mających pewne pojęcie o pracy tajnych służb. Toteż byli wysocy pracownicy UOP, pp. Piotr Niemczyk, Konstanty Miodowicz i Bartłomiej Sienkiewicz, wysłali do "Gazety" list ("Gazeta Świąteczna" z 21-22 listopada), w którym napisali m.in., że "znaczna część" informacji podanych w artykule Pawła Smoleńskiego "jest nieścisła albo wręcz nieprawdziwa". Dodali również, iż nie mogą "potwierdzić tezy o szczególnym profesjonalizmie Służby Bezpieczeństwa".

Red. Smoleński na te spokojne i delikatnie wyrażone uwagi odpowiedział w zwykłym histerycznym tonie ("tragifarsa", "złamiemy życiorysy i kariery" etc.), po czym zakończył takim oto zdumiewającym rozumowaniem: "Piszecie Panowie, że podane w artykule informacje są w znacznej części nieprawdziwe lub nieścisłe. ja też mam taką nadzieję (podkr. moje -L.S.), co jeszcze bardziej utwierdza mnie w przekonaniu, że w archiwach grzebać nie warto".

Ciekawe, co by red. Smoleński pomyślał o rozumowaniu następującym: «Ktoś podający się za matematyka powiedział mi, że 5 razy 6 to 111. Ludzie umiejący rachować zauważyli, że to bzdura. Ja też mam taką nadzieję, więc na początek proponuję, by na wszelki wypadek pochować głęboko w szufladach wszystkie książki matematyczne. Szczególnie, że matematyka to dziedzina trudna i byle kto się w niej nie rozezna. Wystarczy zaś nawet kilka sfałszowanych działań, by budżet państwa zachwiał się w posadach, niewinni ludzie dostali mniejsze pensje itd. itd.». A może lepiej po prostu wreszcie zacząć liczyć?

 

Biez esbeka nie razbieriosz

Załóżmy jednak, że niegdysiejsi oficerowie SB są naprawdę takimi wszechwiedzącymi demonami kłamstwa, jak wynika z artykułu red. Smoleńskiego. Warto chyba wtedy zadać proste pytanie: cóż robią oni dziś ze swoją wiedzą? Niestety, red. Smoleński zajęty "precyzyjnym notowaniem" o to akurat zapytać "Operatora" zapomniał i wskutek jego gapiostwa pozostajemy na razie bez odpowiedzi z pierwszej ręki. Możemy więc tylko pożeglować sobie po oceanie fantazji, czy teczki te (odpisy, mikrofilmy) są już komuś prezentowane niejako pokątnie - w ramach lustracji, by tak rzec, żywiołowo sprywatyzowanej - i czy pociąga to za sobą jakiekolwiek skutki: choćby w postaci przyjacielskich obietnic czy też skromnych datków na "eleganckie garnitury" i "dobre krawaty".

Bez komentarza i bez dystansu przyjął też red. Smoleński zdumiewającą tezę swego rozmówcy, że "w całej tej lustracyjnej aferze tylko funkcjonariusze SB niczym nie ryzykują". Jedno z dwojga: albo funkcjonariusze SB byli profesjonalistami z "workami sukcesów", subtelnymi psychologami potrafiącymi sprawić, by mąż donosił na żonę, a żona na męża, a wtedy w wyniku lustracji właśnie oni stracą - przynajmniej częściowo - swoje niemałe wpływy. Albo też rzeczywiście nie mają co tracić, bo sukcesy ich żadne, wpływy mizerne - tylko po co wtedy tak uparcie ich demonizować?

Tymczasem okazuje się, iż ex-esbecy nie tylko "niczym nie ryzykują", ale że to właśnie oni na lustracji zyskają najwięcej. Naiwne mniemanie, jakoby porządek w archiwach tajnych służb sięgał dziś standardów choćby szkolnej biblioteki, trzeba bowiem włożyć między bajki. Przeciwnie, po podmuchach wiatrów historii, "przetrząsaniu" przez kolejnych ministrów MSW (oraz - wypadałoby w tym miejscu dodać - przez tzw. komisję Michnika), jawią się te archiwa jako coś okropnie tajemniczego i nieprzeniknionego - podobne raczej do wielkiej sterty potłuczonych sumeryjskich tabliczek zapisanych nieznaną odmianą pisma klinowego.

A skoro tak, to "żeby cokolwiek zrozumieć z archiwów" potrzeba będzie specjalistów. Innymi słowy, bez byłych funkcjonariuszy SB lustracja żadną miarą odbyć się nie może. To oni, straszy red. Smoleński, będą grali w niej pierwsze skrzypce; to oni dopiero teraz, dzięki naiwnym lustratorom, staną się prawdziwymi panami życia i śmierci niewinnych ludzi czy też tych, którzy - przepraszam za lichą imitację cudnej poetyki "GW" - w chwili słabości wpadli w okrutne tryby historii.

W wizjach przyszłości przedstawionych w tekście red. Smoleńskiego lustrujący esbecy występują jeszcze wyłącznie w rolach prokuratorskich, tzn. jako gnębiciele cnoty niewinnej. Ale już w kilka dni później ("GW" z 17 listopada) Agnieszka Kublik twórczo rozwinęła ten wątek. Gdy w rozmowie z p. Krzysztofem Kaubą, zastępcą rzecznika interesu publicznego, usłyszała wyraźnie, że biuro rzecznika "w żadnym wypadku" nie zatrudni byłych esbeków nawet jako biegłych, zapytała rezolutnie, czy były esbek może być przynajmniej świadkiem w jakiejś sprawie. Ponieważ oczywiście świadkiem może być każdy, wątpliwości zaś, ma się rozumieć, będą rozstrzygane na korzyść osoby lustrowanej, red. Kublik od razu to pokojarzyła pytając retorycznie: "A więc wystarczy, by b. esbek zasiał w sprawie podejrzanego o współpracę z SB wątpliwości, a człowiek ten zostanie oczyszczony z zarzutu?".

Mniejsza już, że sędzia Kauba powiedział zaraz coś o konfrontowaniu zeznań z "materiałami archiwalnymi", bo przecież każdy wie, że tych "materiałów" i tak niepodobna "zrozumieć". Godna uwagi myśl red. Kublik pozwala nam ujrzeć wszechmoc ubecką od innej strony. Wychodzi bowiem na to, że jeśli tylko P.T. esbecy zechcą każdorazowo "posiać" nieco "wątpliwości", rychło wszyscy w Polsce będą niewinni i bielsi nad śnieg albo hyzop. No, ale o to przecież chyba właśnie "Gazecie" zawsze chodziło, by wszyscy w Polsce (prócz antysemitów, faszystów i prawicowych cyklistów) byli niewinni, więc jeśli skutki lustracji miałyby okazać się tak wspaniałe, to po cóż było przez tyle lat nad nią grymasić?

 

Sprawiedliwość i szczęście

Ano, grymaszono chyba dlatego, że najważniejsza jest sprawiedliwość. W tekście red. Smoleńskiego o sprawiedliwości mówi się w dwóch miejscach. Raz, gdy "Operator" opowiada, że służba w SB "czy była dobra [...] czy zła, nieważne [...]. Za to z pewnością była sprawiedliwa". Drugi raz - gdy udowadnia, że lustracja w Polsce z pewnością sprawiedliwa nie będzie.

Od tej drugiej opinii moralizującego esbeka red. Smoleński z pewnością się nie dystansuje. W odpowiedzi na list byłych pracowników UOP podkreśla, że "zdecydowana większość przypadków", gdy możliwe stanie się ustalenie, czy "współpraca miała rzeczywiście miejsce", to dla niego stanowczo za mało. Skoro jednak nie ma sprawiedliwości tam, gdzie istnieje ryzyko, że choć jeden niewinny człowiek zostanie skrzywdzony, to znaczy, że jedyną możliwą (czy raczej - właśnie niemożliwą) sprawiedliwością, jest sprawiedliwość absolutna. Mówiąc językiem staromodnym - sprawiedliwość Boska, na którą powinniśmy grzecznie czekać aż do dnia Sądu Ostatecznego. Jak widać, w kwestii sprawiedliwości red. Smoleński okazuje się szczególnie zaciekłym fundamentalistą.

Fundamentalizm ów może niezły jest do wygłaszania patetycznych deklaracji, ale dyskutować z nim w ogóle nie ma potrzeby. W końcu tam, gdzie kończy się "zdecydowana większość przypadków", w których da się rozstrzygnąć o winie, zacznie po prostu działać domniemanie niewinności oskarżonego, i nigdy nikomu - poza niebezpiecznymi fanatykami - nie chodziło o to, by na świecie było stuprocentowo sprawiedliwie, ale jedynie - by było sprawiedliwiej.

Aby jednak było choć trochę sprawiedliwiej, trzeba szukać prawdy - co, nawiasem, zawsze jest z korzyścią, szczególnie na dłuższą metę, właśnie dla osób niewinnych. Charakterystyczne, że wśród wielu "wstrząsających" przykładów pokazujących, jak po otwarciu archiwów SB na spokojnych ludzi pada cień podejrzenia, nigdy nie pojawia się przykład - równie prawdopodobny - gdy ktoś żyjący od lat z piętnem "kapusia" (a ileż takich ploteczek było!) zostaje oto oczyszczony, bo okazuje się, że naprawdę w tej a tej sprawie donosił ktoś zupełnie inny. Czy tacy niewinni nie zasługują na względy? Tej kwestii antylustracyjni moraliści jakoś dziwnym trafem pod rozwagę nie biorą!

Co do szukania prawdy zaś, to, owszem, szukać jej może i przyjemnie, ale znajdować nie warto. Okazuje się bowiem, że prawda ma jedną wadę - nie uszczęśliwia. Bo i rzeczywiście, jakie to szczęście dowiedzieć się, że donosił na ciebie najlepszy przyjaciel? Jakie to szczęście dla matki zamordowanego dziecka, dowiedzieć się kto je zabił i jak cierpiało przed śmiercią?

Więc może nie o prawdę jednak chodzi, ani nie o sprawiedliwość, choćby absolutną, ale właśnie o szczęście? Błogosławieni szczęśliwi?...

 

Zbawiciel z SB

Żarliwa niewiara w lustrację stała się już dla "Gazety Wyborczej" niemal religią. Stąd może pewne zastanawiające rysy, jakie Paweł Smoleński bezwiednie nadał swemu bohaterowi. Na jego twarzy błądzi "łagodny uśmiech", "zna ludzką naturę" i dlatego nie chce "wydawać łatwych wyroków". Nie tylko nie potępia donosicieli, ale nawet ofiarowywał im niegdyś "poczucie wolności od grzechu".

Swoje nauki najchętniej podaje w przypowieściach: jest tam wzruszająca historia o kochającej dziwce, o profesorze-faryzeuszu, nawet o Judaszu z opozycji. Resztę spisał w artykule, który zatytułował podobno "Kto niewinny, niech pierwszy rzuci kamieniem".

Powiedziano kiedyś: "poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli". Św. Paweł mówił o miłości, która "nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą". Zbawiciel z SB przekonuje, że prawdy nie ma, jeśli zaś jest, to tylko taka, co zaboli i zniewoli, a jego mimowolny apostoł Paweł dodaje, że prawdziwa miłość polega na tym, iż niesprawiedliwość pozostawia się w spokoju.

Zaiste - zbawienna rada!


© Lech Stępniewski listopad 1998

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny