Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny

 

WSPÓLNOTA WĘSZĄCYCH NOSÓW

LECH STĘPNIEWSKI


Pan profesor Andrzej Mencwel ogłosił w "Gazecie Wyborczej" ogromny i ogromnie nudny esej o polskim antysemityzmie ("Gwiazda na starej chałupie", 15-16 czerwca; 22-23 czerwca 2002 r.). Nie ma w tym nic zaskakującego, bo to i miejsce stosowne, a i sam P.T. Autor nie od dziś jest entuzjastą stosunków polsko-żydowskich. Jacek Kuroń zaświadcza ("Wiara i wina"), że już w 1968 roku p. Mencwel zaraz po opuszczeniu "w niesłychanej euforii" więzienia pobiegł do rodziców Ireny Grudzińskiej i powiedział: "- Ja teraz ożenię się z Ireną i pokażę, jak powinno wyglądać prawdziwe małżeństwo Polaka z Żydówką".

Niestety, nie pokazał, ponieważ p. Grudzińska ostatecznie okazała się dość konserwatywna w kwestiach etnicznych i już wkrótce jako Irena Grudzińska-Gross została towarzyszką życia pewnego zdolnego młodzieńca, który najpierw studiował fizykę, później kończył socjologię, aż wreszcie zrobił fantastyczną światową karierę jako historyk obdarzony bujną, lecz zarazem słuszną fantazją. Nb. też drobiazgowo odróżniający rozmaite "etniczności", co w jego dziełkach zostało podniesione nawet do rangi nowej reguły metodologicznej.

Niemniej p. Mencwel wykazał dobre chęci i dlatego może dziś śmiało i z podniesionym czołem tak oto się przedstawiać: "należę do tych, którzy na pewno nie są antysemitami, a nierzadko bywają filosemitami. Jak to pisała Maria Dąbrowska? - jakież przaśne i czerstwe to rodzime towarzystwo, kiedy pozbawić je tego błysku i ognia, jaki wnosili tutaj inteligenci zasymilowani". Bardzo podobnie zresztą przedstawiał się p. Mencwel już przeszło trzydzieści lat temu w innym - choć równie długim - eseju przeznaczonym dla przaśnych i czerstwych oficerów z "organów ścigania i sprawiedliwości". "Słowem nie jestem antysemitą" - zaznaczył wyraźnie. Ale ponieważ uprawiał tę twórczość w pomarcowym więzieniu i - jak podkreślał - miał "pełne zaufanie do wymienionych już organów", pozwalał sobie też wówczas na różne naukowe uwagi o "żydowskim składzie narodowościowym" grupy tzw. "komandosów" i uściślające komentarze w rodzaju: "bawił w Polsce inny Francuz (ściślej Żyd francuski)".

Przykro mi, że dotykam tych bolesnych epizodów z biografii prof. Mencwela (który później, zdaje się, zaczął się uważać za kolejne wcielenie Stanisława Brzozowskiego), ale dopiero na tym tle widać szerokie serce i niepamiętliwość p. Adama Michnika. Można by nawet rzec, że p. Michnik czuje osobliwą słabość do tych, którym niegdyś przydarzyły się chwile słabości: Maleszka, Gross (bo i on do więziennych bohaterów nie należał), Mencwel... Musi to być spore ułatwienie w pracy redaktorskiej; w końcu mało kto potrafi równie twardo trzymać się wyznaczonej linii, jak ludzie o miękkich charakterach.

 

Poznaj antysemitę

Żeby otrzymać odpust zupełny z grzechów młodości, konieczne jest jednak odpowiednie pokajanije. "Zrobię Bogu ofiarę za me dawne grzechy" - powiada u Mickiewicza konający arcygrzesznik. A jakaż może być większa profesorska ofiara niż zbycie się własnego rozumu i pokorne klepanie komunałów?

Najprzód więc p. Mencwel bezlitośnie wyrzuca sobie grzech główny lekceważenia polskiego antysemityzmu. "Sądziłem, że to nawet nie marginesy, lecz marginałki" - wyznaje. Źle - bo przecież polskiego antysemityzmu wszędzie w bród.

Po drugie, p. profesor grzeszył, próbując niekiedy mocować się z tutejszymi antysemitami na argumenty. Tymczasem jak już dziesięć lat temu zauważył W.Cz. Bronisław Geremek, polski antysemityzm bez Żydów "jest patologią w stanie czystym". Czyli chorobą, a "z chorobą" - to znowu głos nawróconego prof. Mencwela - "się nie polemizuje, chorobę się leczy, ten rodzaj chorób leczy się społecznie, a socjoterapia taka należy do sztuk najtrudniejszych".

Są to dogmaty skromne i nietrudne do przełknięcia. "Byle tylko nie myśleć!" - jak mawiał niejaki Kwarcowy z bajki Stanisława Lema o trzech elektrycerzach. W Polsce nie ma Żydów, więc ponad półtora tysiąca wniosków do Komisji Regulacyjnej do Spraw Gmin Wyznaniowych Żydowskich o zwrot mienia złożyły zapewne jakieś pejsate krasnoludki. W Polsce roi się od antysemitów, więc zapewne te same krasnoludki w czasie wyborów prezydenckich grzebią w urnach, by JE Aleksander Kwaśniewski - mimo antysemickiego huczku czynionego każdorazowo wokół jego osoby - mógł wygrać w cuglach.

Bo antysemici w Polsce oczywiście są! Jest u nas, lekko licząc, parę milionów socjalistów, z pół miliona całkiem prywatnych złodziei, circa sto tysięcy niewiast upadłych, do tego przeszło pół tysiąca W.Cz. posłów i senatorów, czemu więc w tym towarzystwie miałoby zabraknąć akurat antysemitów?

Jak jednak poznać rasowego antysemitę? "Umiałbym raczej opisywać jego fizjologię niż logikę" - zastrzega się p. profesor i opisuje, jak umie - "jarzące się narkotycznie źrenice, gorączkowe rumieńce i zaślinione usta". Niekiedy występuje jeszcze hipnotyzowanie słuchaczy "jasnym okiem". Opis to na tyle plastyczny, że nie zaszkodzi, jeśli przed lekturą następnego akapitu każdy na wszelki wypadek przejrzy się w lusterku.

Antysemita "nie potrzebuje argumentów" - ciągnie dalej p. Mencwel tę relację ze swych badań - "ponieważ zna tylko egzorcyzmy (...). Siła tego ducha objawia się naprawdę wydzielinami ciała i zdarzało mi się spotykać samozwańczych egzorcystów, którym cuchnęło z ust". W wypadku antysemitów z kruchty, "akolitów" Kościoła, pewną wskazówką może być dodatkowo sposób "wymowy oraz intonacji". "Rasizm bowiem tak wrósł w ich katolicyzm, że poznaje się ich po głosie".

Wyrazem rasistowskiego antysemityzmu rasowych antysemitów są przede wszystkim "nędzne umysłowo broszurki" - choćby takie z serii "Poznaj Żyda". Żyd ma w nich zawsze oko ciemne, jarzące się od chciwości źrenice, lubieżne rumieńce, sprośne usta, żydłaczy no i, rzecz jasna, cuchnie czosnkiem i cebulą. Jak widać, profesorska analiza fizjologii antysemityzmu to całkiem inny format intelektualny, ponieważ "Gazeta Wyborcza" broszurką z pewnością nie jest.

Prawie pół wieku temu Stanisław Jerzy Lec napisał: "I antysemitów poznaje się po nosie. Węszącym". Dziś trzeba by ten aforyzm jakoś uzupełnić, bo - cóż za niespodzianka! - okazuje się, że równie czuły węch mają też subtelni anty-antysemici. Wspólnota nosów...

 

Buły i spągi czyli Polak-eksterminator

Prócz obwąchiwania p. Mencwel zajmuje się w swym eseju również niespiesznym wyciąganiem wniosków. Już w okolicach jednej trzeciej całości, po wielu umysłowych mękach, formułuje oryginalny postulat, iż "stosunki polsko-żydowskie i żydowsko-polskie (...) trzeba (...) badać szczegółowo, zawsze przez pryzmat określonego czasu i konkretnej przestrzeni". Wzbogaca to niezmiernie nasze spojrzenie, dotąd bowiem mniemaliśmy, że stosunki te, przeciwnie, należy badać tylko ogólnikowo, najlepiej zaś - poza wszelkim czasem i przestrzenią.

Jednocześnie - niczym prawdziwy profesor - czyni dystynkcje. Dowiadujemy się tedy, że prócz zwykłego antysemityzmu istnieje jeszcze "antysemityzm ekonomiczny", "antysemityzm polityczny", "antysemityzm zoologiczny" (to chyba specjalny prezent dla red. Michnika), a nawet "antysemityzm ontologiczny" resp. "antysemityzm integralny". Najpaskudniejszy jest ten ostatni i właśnie z nim głównie mamy w Polsce do czynienia.

Ów "antysemityzm integralny" to, mówiąc najkrócej, odmiana "imperialistycznego rasizmu" skodyfikowanego u nas przez Romana Dmowskiego, który małpował Bismarcka, podczytywał Darwina i w ten sposób nadał nową postać "archaicznym plemiennym przesądom". Czyli Polacy "nie tylko ulegali złu" (jak pokazał choćby casus zbrodni w Jedwabnem), ale "stworzyli też ideologię zło sankcjonującą. Różniła się ona od nazizmu tym, że nie traktowała Żydów jako podludzi, ale eksterminacja była, niestety, w nią wpisana".

Oczywiście nikt poważny - a zwłaszcza chrześcijanin wierzący w realność skutków grzechu pierworodnego - nigdy nie zastanawiał się, "czy Polacy są zdolni do zła". Gdy austriacka władza dała w 1846 roku znak, że panów rżnąć wolno, chętni do rżnięcia ("piłą rżnęli") zaraz się znaleźli. Czemu więc nie mieliby się znaleźć, gdy w roku 1941 niemiecka władza dała znak, że wolno rżnąć Żydów? Także gdy znak dawała władza komunistyczna, nie brakowało chętnych do rozkułaczania, strzałów w tył głowy i tym podobnych dziejowych konieczności.

Owszem, zwolennicy rasowej wizji dziejów mogli się ekscytować faktem, że w Jedwabnem iluś tam "etnicznych Polaków" zamordowało iluś tam "etnicznych Żydów", lecz nie była to "zbrodnia polska" w tym sensie, że ani żadne polskie legalne władze za nią nie stały, ani też - co ważniejsze! - nie ma w kulturze polskiej zalecenia: "bezbronnych Żydów rabuj i pal w stodole". Jednak właśnie to stara się prof. Mencwel uparcie zakwestionować, utrzymując że nasz "integralny antysemityzm" od dawna odwołuje się do najzupełniej rodzimego wzorca Polaka-eksterminatora, który tępi Żyda "jako takiego" zgodnie ze wskazaniami "plemiennego darwinizmu" (sic!).

Dzięki temu p. profesor może do woli bezpiecznie bobrować w geologicznych pokładach archaicznej mentalności, badać jej "ławice, warstwice, szczeliny, buły i spągi", natomiast "pryzmat określonego czasu" wsadzić sobie do kieszeni. Tym łacniej, im czas to bliższy, a związki przyczynowo-skutkowe wyraźniejsze.

Jak to pisała Maria Dąbrowska? - "Żydzi osądzają i na kaźń wydają Polaków. I jak to nie ma szerzyć w Polsce wrednego antysemityzmu?" ("Dzienniki powojenne 1945-1965", tom I).

 

Pokój i bezpieczeństwo

Naturalnie p. Mencwel doskonale rozumie, w jakim to "określonym czasie" teraz żyjemy, skoro przez cały czas chodzi o tę samą fraszkę: by wreszcie wepchnąć nas do Unii choćby i kolanem, a potem prędko zatrzasnąć drzwi. Tam dopiero nas umyją, otrzepią z "archaicznej mentalności" i na dokładkę ani chybi urządzą "socjoterapię". No i troszkę wezmą w karby, bo przecież taki narodek antysemitów z kulturą zatrutą przez miazmaty "imperialistycznego rasizmu" nie powinien pozostać bez dozoru. Pół wieku temu, gdy z Europą też wyprawiały się różne dziwne sztuki, na poparcie tej tezy był jeszcze pogrom kielecki, więc nieswojo się robi na myśl, co może się wydarzyć, jeśli w miarę zbliżania się daty wstąpienia do świetlanej przyszłości walka klasowa zacznie się zaostrzać.

Niewykluczone wszakże, że z naszego antysemityzmu będzie jeszcze w Unii Europejskiej nieoczekiwany pożytek, i kto wie, czy paru dziarskich antysemitów nie warto na tę okazję zakonserwować gdzieś w spirytusie. Unia bowiem, jako stowarzyszenie znacjonalizowanych kupczyków, od dawna cierpi na brak tożsamości: na chrześcijańską wybrzydza, Beethoven z Schillerem zaś wystarczą akurat na hymn. W dodatku lewicowe dziedzictwo wielu unijnych antreprenerów skłania ich raczej do poszukiwań tożsamości negatywnej, opartej na wspólnym wrogu. Dlatego jeśli Unia w ogóle jest jakaś, to jest właśnie - żadna to rewelacja! - antyamerykańska; nieustannie zresztą porównuje się do Ameryki i natęża, by ją "doścignąć i prześcignąć". Coraz wyraźniej też zmierza w stronę Stanów Zjednoczonych Europy: z jednym pieniądzem, jedną armią i jednym rządem.

Ta rywalizacja rzutuje też na sojusze. Na Bliskim Wschodzie głównym sojusznikiem USA jest Izrael (i amerykańscy Żydzi z pewnością postarają się o to, by było tak nadal), natomiast Europa - jak pokazuje choćby atmosfera wokół ostatniej wojny palestyńsko-żydowskiej - nigdy nie zapomina o kokietowaniu świata muzułmańskiego, a Izraelowi dałaby przytyczka wręcz z rozkoszą. Prym wiedzie tu zwłaszcza Francja, tradycyjnie przychylna interesom arabskim (i dlatego m.in. paryski maj 1968 roku był paryski, a nie londyński czy berliński), ale jednocześnie mająca kłopoty z wielomilionową, opornie integrującą się islamską mniejszością, którą zatem kiedyś trzeba będzie albo poszczuć na kogoś, albo spacyfikować. Także Niemcy, dotąd spolegliwy pokutnik przygarbiony pod brzemieniem win, zaczynają rozprostowywać swe szerokie plecy i coraz częściej mają dosyć wysłuchiwania opowieści o Holokauście lub - jak wyraził się kilka lat temu pisarz Marcin Walser - o "moralnej pałce" Auschwitz.

Dla żydowskiej diaspory w krajach Unii nie jest to przyjemna sytuacja i dlatego w Europie bardzo przydałby się teraz np. jakiś widowiskowy akt muzułmańskiego terroru przypieczętowujący "tradycyjną przyjaźń żydowsko-europejską". Z tego samego powodu środowiska żydowskie są przychylnie nastawione do wciąż ponawianych prób zainstalowania w Europie sporego państwa muzułmańskiego (Bośnia, Albania). Będziecie mieć kłopoty z własnymi muzułmanami - zdają się myśleć - to od razu bardziej nas polubicie.

Tymczasem jednak zanosi się na to, że kłopoty tak czy siak będą: z gospodarką nietęgo, recesja trwa, "doścignięcie i prześcignięcie" nie bardzo wychodzi, a narkomani "socjalu" wciąż domagają się coraz większych dawek. Socjalizm bogatych staruszków, rozrzutny i niefrasobliwy, w krótkiej perspektywie wygląda jeszcze dość przyjemnie, ale socjalizm bankrutujący, czy choćby ostro zaciskający pasa, nieuchronnie musi się skończyć narodowym socjalizmem, czyli wyrywaniem miski brunetowi przez blondyna lub odwrotnie.

Ma się rozumieć, jak tam będzie, tak tam będzie, bo jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było. "Miłość w nienawiść czasem jeden dzień zmienia" - mówi poeta, więc jeszcze się nie rozstrzygnęło, co Europejczycy będą palić w najbliższych latach: synagogi, meczety, czy też może i jedno, i drugie. Wprawdzie p. profesor Mencwel zapewnia, że "Zjednoczona Europa jest sceną twardych, ale trwałych negocjacji", lecz cóż jest trwałego na tym kruchym świecie?

Pewien mądry Żyd już dwa tysiące lat temu ostrzegał: "Gdy mówić będą: pokój i bezpieczeństwo, wtedy przyjdzie na nich nagła zagłada, jak bóle na kobietę brzemienną, i nie umkną". Ale czy filosemici słuchają mądrych Żydów?


© Lech Stępniewski czerwiec 2002

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny