Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny

 

ROZKUWANIE ZAKUTEGO KRZYŻOWCA
CZYLI STĘPNIEWSKI CONTRA NOGACKI

LECH STĘPNIEWSKI


Ci, którzy znają publicystykę Pana Roberta Nogackiego, wiedzą, że jest On nieugiętym krzyżowcem zakutym od stóp do głów. Słysząc brzęk, jaki wydaje, zapewne sam utwierdza się w przekonaniu, że oto nosi zbroję Bożą, zgodnie ze słowami św. Pawła z Listu do Efezjan: "Obleczcie pełną zbroję Bożą, byście mogli się ostać wobec podstępnych zakusów diabła". Rzadziej chyba pamięta o innych zaleceniach Apostoła Narodów: "Wszystko badajcie, a co szlachetne - zachowujcie! Unikajcie wszystkiego, co ma choćby pozór zła" (Pierwszy List do Tesaloniczan). W tej kolejności: badajcie - zachowujcie - unikajcie. Tymczasem to właśnie unikanie wychodzi p. Nogackiemu pierwszorzędnie, badanie - już nie tak bardzo.

Jakiś czas temu niedostatek pieczołowitości badawczej zarzuciła p. Nogackiemu "Fronda" w tajemniczym "Wyjaśnieniu" w nr 21/22. Po prawdzie nie przedstawiono tam żadnych dowodów, ale p. Nogacki zamiast ich po prostu zażądać, wystąpić z jędrnym i krótkim oskarżeniem o oszczerstwo etc., wypalił w odpowiedzi olbrzymi essay biograficzno-teologiczny odnośnik nieaktualny!, który można obecnie przestudiować na Jego stronie internetowej. Sprawa jakości badań p. Nogackiego wprawdzie dalej pozostała nie wyjaśniona, ale za to okazało się, iż p. Nogacki w istocie padł ofiarą prześladowań ze strony potężnej siatki "modernistycznej konspiracji we współczesnym Kościele" - Neokatechumenatu.

Wszystko to było mi już znane, gdy 21 lipca niespodziewanie otrzymałem od p. Roberta Nogackiego e-mail. Zachęcał mnie w nim do obejrzenia nowego portalu internetowego [www.wandea.org.pl Portal p. Roberta Nogackiego] i polecał go mojej uwadze. Spełniłem Jego prośbę, spojrzałem z uwagą, a nawet kilka uwag odesłałem odwrotną pocztą. I tak to się zaczęło!

Niżej przedstawiam pełny zapis polemiki, jaką toczyliśmy zażarcie przez kilka następnych dni. Czynię tak przynajmniej z trzech powodów:

Po pierwsze, w trakcie dyskusji zostałem oskarżony o nieuczciwość polemiczną i rad bym wiedzieć, co inni o tym myślą.

Po drugie, p. Nogacki zapowiedział ogłoszenie mocno skróconej wersji naszej polemiki - a właściwie jej streszczenia - na swojej stronie internetowej i boję się, że wytnie moje najlepsze dowcipy.

Po trzecie, tematy sporu nie były najbłahsze. M.in. spieraliśmy się o to, czy prawicowiec może stosować w Sieci metody lewackiego terroryzmu. O to, czy moja żona dobrze wyszła za mąż. A nawet o to, kto właściwie jest papieżem: Karol Wojtyła czy może jednak Robert Nogacki? Lwią część dyskusji zajęło nam wszakże roztrząsanie kwestii, czy można bez specjalnego trudu dowiedzieć się, co głosi i jak odprawia msze ów tajemniczy Neokatechumenat. Tak, tak - ten sam, który bezlitośnie prześladuje p. Roberta.

Choć w czasie przygotowywania całości do publikacji wielokrotnie korciło mnie, by dodać jakieś celne komentarze, powstrzymałem się od tego pełnego pychy kroku. W końcu była to uczciwa dyskusja, obaj mieliśmy równe szanse i jeśli czegoś zaniedbałem - przepadło. Ograniczyłem się jedynie do spolonizowania tekstu, poprawiłem literówki oraz błędy ortograficzne i błędy stylu (z wyłączeniem przytaczanych przez p. Nogackiego cytatów). Te miejsca, gdzie cytujemy nawzajem swoje listy zaznaczyłem kursywą z wcięciem. Kilkakrotnie wprowadziłem jasno oznaczone wstawki o charakterze czysto informacyjnym.

P.T. Czytelników lojalnie ostrzegam, że forma tej polemiki może być dla nich nużąca. Nie brak tu namolnych powtórzeń, dłużyzn, zapętlających się i ginących wątków etc. Skoro jednak nawet obrzucające się wyzwiskami przekupki zyskują sobie natychmiast licznych kibiców, czemu również i my - p. Nogacki i ja - nie moglibyśmy liczyć na jakieś zacne audytorium. Niecierpliwi mogą, rzecz jasna, przejść od razu na koniec: jest tam coś w rodzaju pointy.

Dla tych, którzy bez czytania całości chcieliby po prostu wiedzieć, "kto wygrał", mam, niestety, złą nowinę. Aby rozstrzygnąć tę kwestię będą bowiem musieli potrudzić się sami: nie dowierzać naszym wywodom; sprawdzać, czy rzetelnie się nawzajem cytujemy; które zarzuty adwersarza zbywamy milczeniem etc. Jako człowiek omylny i dysponujący ograniczoną wiedzą sam również nie znam ostatecznej odpowiedzi. Mniemam wszelako, iż w najgorszym razie udało mi się Szanownemu Krzyżowcowi przynajmniej odłupać przyłbicę.

Już nie będzie mógł jej zatrzasnąć!


 

Nogacki do Stępniewskiego, 20 lipca 2001 [bez tytułu]

Szanowny Panie

Po kilku miesiącach pracy - Piotra Swirydowicza (RAAK) oraz mojej - udało się przekształcić moją Stronę Tradycji w jeden z największych w Polsce portali "mocnej" prawicy: www.wandea.org.pl

Chciałem go polecić Pana uwadze oraz poddać pod rozwagę pomysł zamieszczenia w Pana Domenie jakiejś recenzji na temat Wandei albo linku.

Obecnie link z mojej strony do Prawicowych Czytanek jeszcze nie istnieje, ale to tylko z tego powodu, że cały dział POLSKIE LINKI POLITYCZNE jest jeszcze w opracowaniu.

Poniżej przesyłam dokładny opis zawartości naszego portalu.

Z wyrazami szacunku, Robert Nogacki.


 

Stępniewski do Nogackiego, 21 lipca 2001 [Stępniewski odpowiada]

Szanowny Panie;

dziękuję za informacje o Wirtualnej Wandei. Zdążyłem już trochę się po niej rozejrzeć, więc proszę przyjąć tych kilka - różnej wagi - spostrzeżeń.

- Jak większość Polaków łączę się z Internetem przez modem i za własne pieniądze, dlatego strony mające ok. 200 KB (w tym ponad 90% obrazki!) traktuję jako agresję wymierzoną w moje finanse. Czy Pana webmaster nie mógłby trochę powściągnąć swych artystycznych wizji?

- Uważam za skandal namawianie na prawicowej stronie do spamu jako metody "wywierania nacisku"! Jak Pan wie, nie jestem purystą, jeśli idzie o tzw. "netykietę". Gdy mam prawo przypuszczać, że jakaś informacja (krótka!) może pewną konkretną osobę zainteresować, wysyłam ją bez pytania o pozwolenie. Natomiast rozsyłanie "jak leci" - do wszystkich posłów, wszystkich publicystów, wszystkich zboczeńców etc. etc. - rozmaitych memoriałów, postulatów, apeli etc. etc. pachnie mi lewackim terroryzmem - taką "zadymą" w Sieci. I proszę też pamiętać, że jest to broń obosieczna! Razem z tym listem pozwolę sobie Panu zaprezentować mały pokazowy mail-bombing. Tylko 40 niewielkich przesyłek, ale równie dobrze mogłoby ich być 4000. Czy Pana skrzynka to wytrzyma?

- "Prawicowe czytanki" nie są portalem i dlatego nie mają osobnego działu odnośników (łączników? "link" to na pewno nie jest po staropolsku! [p. Nogacki zadeklarował, że jako konserwatysta ma zamiar w swoim portalu używać XIX-wiecznej polszczyzny - dopisek LS]). Obiecuję jednak, że jeśli kiedyś się o coś pospieramy, odnośnik w tekście na pewno będzie.

- Nb. dlaczego akurat XIX-wieczna - mocno już "zdemokratyzowana" - polszczyzna ma być dobra dla integralnego tradycjonalisty? Proponowałbym raczej nie wychylać nosa poza drugą połowę XVIII wieku. Nie bardzo też wiem, do jakiej to tradycji należą liczne literówki. Czyżby Pan nie robił korekty? Zawsze mam wątpliwości, czy warto czytać artykuł, którego nawet autor nie przeczytał dokładnie.

- O kwestie teologiczne pewnie się jeszcze pospieramy, bo wydaje mi się, że wbrew temu, co pisze Pan expressis verbis, duch judaizmu (nb. tradycjonalizmu b. integralnego!) przenika na wskroś Pańskie myślenie. Historia Kościoła jako nowy Talmud, umiłowanie formuł, no i ta potrzeba, by zawsze mieć pod ręką jakichś Amalekitów. Wydaje mi się też, że nawet żydowskie obsesje prześladowcze już Pana trapią... Oczywiście - przesadzam! (być może - niesprawiedliwie) Ale chcę, by sytuacja była jasna, i by Pan wiedział, co Pana czeka, gdy się zdenerwuję :-)

- Być może pospieramy się też kiedyś o neokatechumenat [dalej często w skrócie NK - dopisek LS]. Tak się składa, że moja żona należy do tej modernistycznej sekty już od ponad piętnastu lat (sam Pan widzi, co ja muszę cierpieć!) i na pohybel Świętemu Kościołowi Powszechnemu konspiruje tak sprytnie, że wcale a wcale tego nie widać. Dla niepoznaki modli się brewiarzem, czytuje Ojców Kościoła i rozważa Credo. Co oczywiście świadczy jedynie o tym, jak groźna jest to konspiracja!

- Nawet jeśli Franio (Kiko) [założyciel NK, Kiko Argüello - dopisek LS] jest heretykiem (mnie, jako bezwyznaniowca, to aż tak bardzo nie rajcuje) i o eucharystii wypisuje brednie, to czy porównywanie czyjejkolwiek ofiary życia do "Hostii niepokalanej" [zob. pierwszą stronę portalu p. Nogackiego - dopisek LS] nie nosi aby również znamion bluźnierstwa i herezji?

- Należę do tej grupki Pańskich czytelników, którzy byliby bardzo zobowiązani, gdyby zechciał Pan jednak umieścić w Sieci katalog swych błędów w artykułach z "Frondy" wraz z jednoznacznymi i ostatecznymi wyjaśnieniami. Pański obszerny, pełen aluzji, niedopowiedzeń etc. etc, tekst o "Frondzie" (a raczej o neokatechumenalnych prześladowaniach, żydowskich tańcach, hostiach w szufladach etc. etc.) prowokował jedynie do spekulacji - co w kwestiach tak delikatnych moralnie nie jest chyba najzdrowsze. "Tak, tak", "Nie, nie".

Serdecznie Pana pozdrawiam

Lech Stępniewski


 

Nogacki do Stępniewskiego 22 lipca 2001 [Re: Stępniewski odpowiada]

Pana pomysł spammowania mojej skrzynki uważam za wysoce niesmaczny.

Moim celem - wyraźnie o tym piszę - nie jest zatykanie cudzych skrzynek, ale wywieranie obywatelskiego nacisku poprzez uświadamianie kołom rządowym poglądów opinii publicznej o pewnych sprawach. Jest to dokładnie ta sama strategia, którą stosuje np. Amnesty International. Tam również celem nie jest złośliwa wojna ekonomiczna z państwem (przez zmuszanie go do obsługi dodatkowej poczty), ale przekazywanie liderom wyraźnego sygnału, jak wiele tracą w oczach świata więżąc pana X czy panią Y.

Nie widzi Pan różnicy?

Co do neokatechumenatu - bez obrazy, ale taka jest prawda - to, że Pana żona związała się z kimś o Pana poglądach (i jak sądzę wyrazistej osobowości, co nie rokuje na poprawę sytuacji w przyszłości) jak najgorzej świadczy o formacji duchowej, którą uzyskała w neokatechumenacie.

Pozdrawiam,

Robert NO GUEVARA Nogacki.


 

Stępniewski do Nogackiego, 22 lipca [Żeby było jasne!]

Szanowny Panie;

to nie ja mam "pomysł" na spamowanie (przez jedno "m" - jak "spam", mielonka) Pańskiej skrzynki. To Pan otwarcie namawia swych konfratrów do stosowania lewackich, terrorystycznych metod (a może Amnesty to dla Pana wzór prawicowości?). Ja chciałem jedynie Panu pokazać, jakie to łatwe i (nie)przyjemne - żeby się Pan opamiętał. Pan jednak, jak widzę, uparł się tkwić w grzechu - w dodatku z Imieniem Bożym na ustach. Trudno... Węgle na Pańską głowę...

Pańska argumentacja, że celem nie jest zatykanie skrzynek, przypomina, niestety, deklaracje różnych postępowych lewaków. Oni też oczywiście "walczą o sprawiedliwość" i inne szczytne cele, a że przy okazji parę samochodów się spali, kilka sklepów obrabuje, to, ma się rozumieć, w żadnym wypadku nie jest ich celem. Ot, koszty rewolucji.

I na koniec - żeby było jasne - pytam: czy wysoce obraźliwe dla mnie zakończenie Pańskiego listu mam traktować jako wypowiedzenie wojny? Nie wiem, dlaczego zdecydował się Pan na tak haniebny postępek. Czy aby nie ze strachu, że mogę łatwo obnażyć Pańskie kłamstwa na temat neokatechumenatu. Tak, kłamstwa! Dotąd traktowałem Pańskie wypowiedzi na ten temat jako wyraz pewnych Pana osobistych, traumatycznych doświadczeń, pochopnie uogólnionych, oraz polemicznej przesady, ale zmusza mnie Pan do zrewidowania tego stanowiska.

Przykład kłamstwa szczególnie perfidnego:

"celebracje neokatechumenatu są zamknięte dla osób z zewnątrz i w praktyce bez zgody "katechistów" (w uproszczeniu: osób wysoko postawionych w hierarchii neokatechumenalnej, które przeszły pewne stopnie inicjacji), nikt z profanów tam nie wejdzie. Nawet na taką uroczystość jak ślub!" [cytat z "Cięższą podajcie mi zbroję..." - dopisek LS]

Już ta jedna bzdura dyskwalifikowałaby Pana jako "znawcę tematu". Teraz jednak mam powody przypuszczać, że jest to celowa dezinformacja...

Oczekuję jasnej odpowiedzi - może w końcu podniesie Pan przyłbicę...

Lech Stępniewski


 

Nogacki do Stępniewskiego, 23 lipca 2001 [Bez przesady]

"I na koniec - żeby było jasne - pytam: czy wysoce obraźliwe dla mnie zakończenie Pańskiego listu, mam traktować jako wypowiedzenie wojny".
ODPOWIEDŹ: Nie. Nie ma Pan. Po prostu zwróciłem uwagę, że sprawia Pan wrażenie postaci o silnej i dominującej osobowości. Przyznaje się Pan do bycia "bezwyznaniowcem". W tej sytuacji ja nigdy bym nie zaryzykował złożenia publicznej obietnicy wychowania dziecka w duchu Wiary Katolickiej (co w Tradycji jest głównym celem małżeństwa!), bo to byłoby z mojej strony trudne do realizacji. Kościół nigdy nie zabraniał małżeństw mieszanych (chyba nigdy?), ale zawsze (tj. do II Soboru Watykańskiego) uważał je za wielką tragedię, świadczącą o pewnej niedojrzałości osób, które się w nią pakują.
"Przykład kłamstwa szczególnie perfidnego:

"celebracje neokatechumenatu są zamknięte dla osób z zewnątrz i w praktyce bez zgody "katechistów" (w uproszczeniu: osób wysoko postawionych w hierarchii neokatechumenalnej, które przeszły pewne stopnie inicjacji), nikt z profanów tam nie wejdzie. Nawet na taka uroczystość jak ślub!"

Już ta jedna bzdura dyskwalifikowałaby Pana jako "znawcę tematu". Teraz jednak mam powody przypuszczać, że jest to celowa dezinformacja..."

Przykład z imienia i nazwiska: Robert Friedrich i Dobrochna Friedrich. Robert pseudonim Litza, znany muzyk rockowy Acid Drinkers i Arki Noego. Rocznica ślubu z odnowieniem ślubowania. Katechiści zgodzili się na cokolwiek po sporych pertraktacjach. I tu już może mnie pamięć zawieść: zgodzili się chyba tylko na najbliższą rodzinę na celebracji (tj. rodzice), a reszta dołączyła dopiero na przyjęciu weselnym. Inny przykład: Marcin Dybowski, szef Antyku, chciał wziąć udział w celebracji, by sprawdzić, czy zarzuty Zoffoli są prawdziwe. Odmowa katechistów.

Pozdrawiam i przepraszam,

Robert Nogacki.


 

Stępniewski do Nogackiego, 23 lipca 2001 [Re: Bez przesady]

Szanowny Panie;

odpowiadam - ponieważ w zakończeniu Pańskiego listu znalazło się słowo "przepraszam". Niemniej wciąż mam wrażenie (list zatytułował Pan "Bez przesady"), że chyba nie bardzo zdaje Pan sobie sprawę, co Pan w istocie w swym poprzednim liście napisał. Przypominam:

"Co do neokatechumenatu - bez obrazy, ale taka jest prawda - to, że Pana żona związała się z kimś o Pana poglądach (i jak sadza wyrazistej osobowości, co nie rokuje na poprawę sytuacji w przyszłości) jak najgorzej świadczy o formacji duchowej, którą uzyskała w neokatechumenacie".
Czyli: o NK "jak najgorzej świadczy" m.in. to, że pewne neokatechumenki wiążą się z takimi (i nie rokującymi nadziei na poprawę) typami, i o tak podejrzanych poglądach, jak Stępniewski. A Pan mi teraz pisze rozbrajająco:
"Po prostu zwróciłem uwagę, że sprawia Pan wrażenie postaci o silnej i dominującej osobowości."
"Silną i dominującą osobowość" mają też nierzadko bandyci, więc może jednak rzecz w moich poglądach? Czy zatem naprawdę uważa je Pan za tak odrażające? Natomiast to, że Pan osobiście by "nie zaryzykował" zrobienia czegoś "trudnego do realizacji", to już jest rzeczywiście tylko Pański problem. Łatwiej kogoś pospamowac?

Obraził Pan mnie (poglądy), moją żonę (formacja duchowa), a mimochodem także biskupa Świętego Kościoła Powszechnego, który mocą swej władzy apostolskiej udzielił nam zezwolenia na zawarcie tego związku. A nie był to - zapewniam Pana - jedynie formalny "papier". Sprawa była badana, były rozmowy... etc., bo nigdy swych poglądów nie ukrywałem i nie robiłem min sugerujących, że tycio-tycio a Duch Pański spocznie na mnie i tak się prawidłowo nawrócę, że mucha nie siada... Żeby Pana uspokoić - zgodnie z sumieniem podpisałem zobowiązanie, że nie będę czynił przeszkód w katolickim wychowywaniu naszych dzieci.

Nie wiem, jak było na rocznicy ślubu Litzy (ale postaram się sprawdzić!). Byłbym także wdzięczny za e-mail p. Dybowskiego. Mimo że do NK nie należę, sądzę, że uda mi się złamać opór Mędrców Syjonu, tj., tfu, "katechistów" i przekazać p. Dybowskiemu adresik, pod którym będzie mógł z wypiekami na twarzy obejrzeć tak podniecającą go "celebrację".

Przepraszam, że ironizuję, ale na moim ślubie - z mszą neokatechumenalnie celebrowaną we wspólnocie - był, kto chciał, i żadni "katechiści" nie mieli tu nic do gadania (aaa, prawda, może to efekt mojej "silnej osobowości" - nawet modernistyczna konspiracja się jej ulękła). Wielokrotnie też potem byłem na owych gorszących "celebracjach" (daj Boże, żeby w "zwykłych" kościołach z takim skupieniem i szacunkiem - i tak licznie! - przyjmowano Hostię Przenajświętszą, jak tam!), a i żona przyprowadzała na nie - bez zapowiedzi! - różne osoby z zewnątrz. Ba, jest to nawet mile widziane - zwłaszcza w czasie uroczystych celebracji Wielkanocnych, specjalnej celebracji dla dzieci przystępujących do Pierwszej Komunii etc.

Jeśli zatem nie kieruje Panem niska chęć zdyskredytowania NK za wszelka cenę, nawet za cenę fałszywego świadectwa (chciałbym, żeby tak było!), to wydaje mi się, że przeoczył Pan zupełnie ducha NK, który jest na wskroś misyjny. Nb. właśnie z tego powodu z wielkim dystansem (najdelikatniej mówiąc) odnoszą się do NK środowiska żydowskie, bo dla NK zadanie nawracania żydów jest bezdyskusyjną oczywistością. Podejrzewam też, że żydów do białej gorączki mogłaby doprowadzić wiadomość (rzeczywiście, niezbyt reklamowana), że podczas celebracji NK nieraz śpiewa się Szema Israel (po hebrajsku!) - na znak, że to właśnie Kościół jest jedynym prawdziwym Izraelem. Inne znaki, które Panu trąca "judaizowaniem", mają dokładnie ten sam sens: to my jesteśmy "prawdziwymi żydami", czyli tymi, którzy wiernie doczekali Mesjasza i dają o nim świadectwo. Amen.

Lech Stępniewski


 

Nogacki do Stępniewskiego, 23 lipca 2001 [Re: Re: Bez przesady; druga część odpowiedzi]

"o NK "jak najgorzej świadczy" m.in. to, że pewne neokatechumenki wiążą się z takimi (i nie rokującymi na poprawę) typami i o tak podejrzanych poglądach, jak Stępniewski."
ODP: O "typach" nie było mowy. Celem małżeństwa jest katolickie wychowanie potomstwa. Zawiązanie małżeństwa z człowiekiem o silnej i dominującej osobowości - sądząc z publikacji taką właśnie Pan ma (nie wiem, czemu Pan to od razu skojarzył z bandytami?) - oraz o poglądach sprzecznych z Wiarą Świętą niesie ze sobą ryzyko, duże ryzyko, że ich dzieci będą naśladować Ojca, a nie matkę. Czyli że nie uda się po katolicku wychować potomstwa. W "Kościele posoborowym" jest już nieco inaczej, bo tu głównym celem małżeństwa jest wzajemne uświęcanie się małżonków. Ryzyko pozostaje, ale nie już tak wielkie.

Pozdrawiam, r.n.

P.S. Osobiste pytanie (nie musi Pan odpowiadać): Czy macie Państwo dzieci, a jeśli tak, to czy biorą przykład z ojca czy z matki?

"Obraził Pan mnie (poglądy),"
ODP: Pana poglądy są bluźnierstwem i intelektualną perwersją. To stwierdzenie ma charakter obiektywnie istniejącego faktu opartego na nauczaniu Kościoła Świętego. Chce Pan cytatów?
"moją żonę (formacja duchowa),"
ODP: Jeśli formacja duchowa małżonki Panu tak odpowiada, to czemu się Pan do neokatechumenatu nie zapisał?
"a mimochodem także biskupa Świętego Kościoła Powszechnego, który mocą swej władzy apostolskiej udzielił nam zezwolenia na zawarcie tego związku".
ODP: Zezwolenia nie udzielił Panu Kościół Święty, ale "Kościół posoborowy" (choć mimo to związek pozostaje ważny! Małżeństwa udzielają sobie sami nupturienci, nie kapłan!!!), ale to, że było wymagane specjalne zezwolenie jest najlepszym dowodem na to, z jaką rezerwą Kościół podchodzi do związków mieszanych. Nawet przy założeniu, że ślub odbył się przed 1965 r. (promulgacja dokumentów II SW i zamiana Kościoła rzymskiego z Kościoła katolickiego w "Kościół posoborowy", Kościół katolicki staje się Kościołem w diasporze, Kościołem na wygnaniu) - to ja Panu po prostu zwróciłem uwagę, że w przeszłości papieże wielokrotnie proklamowali, że małżeństwa mieszane to decyzja, na którą w skrajnych przypadkach się godzą, ale uważają ja za nieroztropną, bo wystawiającą na szwank główny cel małżeństwa, wychowanie katolickiego potomstwa. Czy papieże obrazili Kościół Święty?
"Wielokrotnie też potem byłem na owych gorszących "celebracjach""
ODP: małżonkowie neokatechumenów zawsze maja wstęp na celebracje. Jeśli małżonek jest już na pewnym wyższym etapie, drugi małżonek może dołączyć do tego etapu, do jego wspólnoty, bez konieczności przechodzenia niższych stopni. Dotyczy to tylko małżonków. Dzieci już nie. Tym bardziej nie kogo innego.
"Jeśli zatem nie kieruje Panem niska chęć zdyskredytowania NK za wszelka cenę, nawet za cenę fałszywego świadectwa (chciałbym, żeby tak było!), to wydaje mi się, że przeoczył Pan zupełnie ducha NK, który jest na wskroś misyjny".
ODP: Misyjny, ale w celu nawrócenia na co? Misyjność Drogi - czytamy w Katechezach - polega na nawracaniu w aktywnej współpracy z różnymi sektami odszczepieńczymi. Nie jest to nawracanie na katolicyzm, ani nawet na chrześcijaństwo. Celem jest czynienie życia innych lepszym bez względu na wyznanie. Informuję Pana - dogmat - że czynienie lepszym jest nierozerwalnie związany z nawracaniem na katolicyzm. Droga jest szalenie misyjna, ale jej misyjność idzie więc w innym kierunku niż misyjność Kościoła.

Dybowski miałby oczywiście wstęp na celebracje... pod warunkiem wysłuchania Katechez i przyjęcia rygorów związanych z należeniem do konkretnej wspólnoty. Jego mail: proszę z mojej strony wejść na link do Antyku i poszukać.


 

Stępniewski do Nogackiego, 23 lipca 2001 [Re: druga część odpowiedzi]

"ODP: Pana poglądy są bluźnierstwem i intelektualną perwersją. To stwierdzenie ma charakter obiektywnie istniejącego faktu opartego na nauczaniu Kościoła Świętego. Chce Pan cytatów?"
Dziękuję za nareszcie jasne postawienie sprawy. Nie rozumiem tylko jednego. Otóż ponad miesiąc temu dostałem z Pańskiego adresu pocztowego list podpisany "Robert Nogacki" następującej treści:

"Cieszę się, że będzie Pan stałym felietonistą CZASU!."

Miałem wówczas poglądy takie same jak dziś, a w świetle tego, co raczył Pan teraz napisać, znaczy to, iż cieszył się Pan, że będę stale rozsiewał swe bluźnierstwa i intelektualne perwersje. Myślę, że jest to moralna perwersja, która wymaga natychmiast pomocy jakiegoś dobrego spowiednika - oczywiście "przedsoborowego".

Czy chcę cytatów? Oczywiście, że chcę! Niech Pan nie myśli, że pozwolę Panu wyżywać się na mnie tak niskim kosztem (spamem intelektualnym też się brzydzę). Proszę zatem starym obyczajem tomistycznej Sorbony przedstawić mi 10 moich bluźnierstw (nie - błędów teologicznych, bo nie każdy błąd jest bluźnierstwem) wraz ze stosownymi dowodami. Perwersje intelektualne już Panu daruję...

"ODP: Zezwolenia nie udzielił Panu Kościół Święty, ale "Kościół posoborowy" (choć mimo to związek pozostaje ważny! Małżeństwa udzielają sobie sami nupturienci, nie kapłan!!!), ale to, że było wymagane specjalne zezwolenie jest najlepszym dowodem na to z jaka rezerwa Kościół podchodzi do związków mieszanych. Nawet przy założeniu, że ślub odbył się przed 1965 r. (promulgacja dokumentów II SW i zamiana Kościoła rzymskiego z Kościoła katolickiego w "Kościół posoborowy", Kościół katolicki staje się Kościołem w diasporze, Kościołem na wygnaniu)".
Ponownie dziękuję za jasne przedstawienie swego stanowiska, bo rozumiem, że - w przeciwieństwie do naszej ostatniej emailowej dyskusji [z sierpnia 2000 r - dopisek LS] - nie referuje Pan, lecz deklaruje. Tak, ta diaspora nawet do Pana pasuje... Plus Talmudzik nazywany Tradycją (sentencje Ojców) i dziesiątki grupek, z których każda ma swego rebego, a jednoczy je już tylko litera i pogarda dla "gojów", pardon, Kościoła posoborowego...

Nb. nigdzie nie napisałem, że sakramentu małżeństwa udziela kapłan!!! Czym innym jest kanonicznie wymagane zezwolenie na zawarcie małżeństwa, a czym innym udzielenie sakramentu.

"ODP: małżonkowie neokatechumenów zawsze maja wstęp na celebracje. Jeśli małżonek jest już na pewnym wyższym etapie, drugi małżonek może dołączyć do tego etapu, do jego wspólnoty, bez konieczności przechodzenia niższych stopni. Dotyczy to tylko małżonków. Dzieci już nie. Tym bardziej nie kogo innego".
Oprócz mnie na celebracjach bywały także osoby spoza bliskiej rodziny - bez czyjejkolwiek zgody! Natomiast to, co napisał Pan o "dołączaniu" drugiego małżonka do wspólnoty, znowu świadczy o Pańskiej ignorancji. Jest akurat odwrotnie!!! Gdybym teraz zapisał się do spisku modernistycznego, moja żona musiałaby zacząć spiskować od początku!!! Sam znam takie właśnie sytuacje.
"Misyjność Drogi - czytamy w Katechezach - polega na nawracaniu w aktywnej współpracy z różnymi sektami odszczepieńczymi. Nie jest to nawracanie na katolicyzm, ani nawet na chrześcijaństwo. Celem jest czynienie życia innych lepszym bez względu na wyznanie".
Bardzo proszę o jednoznaczny cytat z Katechez (mogą być Frania, mogą być innych katechistów) stwierdzający, że celem drogi NK nie jest nawracanie "nawet na chrześcijaństwo" (ten Jezus Chrystus z Matką Boską to tak dla ozdoby albo dla zmyłki?), ale "czynienie życia innych lepszym bez względu na wyznanie". Jeśli to prawda, to chociażem bezwyznaniowiec (ale Chrystusowy!), natychmiast polecę i zrobię im nieziemską awanturę, a moja "silna osobowość" gwarantuje, że nie pozostanie to bez echa. Z tego względu byłbym bardzo wdzięczny za przesłanie mi oryginału wzmiankowanych katechez. Chyba że właśnie go Pan pisze...

Lech Stępniewski


 

Nogacki do Stępniewskiego, 23 lipca 2001 [listy od Dybowskiego; Re: Re: druga część odpowiedzi]

Przesyłam Panu dwa listy od Dybowskiego. Oprócz nich komentarz do sprawy wstępu na spotkania neokatechumenatu.

Mówiąc, że na celebracje neokatechumenatu wstęp ma każdy, broni Pan straconej pozycji. Mogę sobie wyobrazić, że istnieje jakaś wspólnota NK, w której rzeczywiście tak jest - ale to nie jest reguła, a Pan nie powinien wysnuwać wniosku z pojedynczych obserwacji.

Po pierwsze: katechiści domagają się, by po wysłuchaniu Katechez każdy wziął udział w konwiwencji założycielskiej. Od tej chwili w celebracjach mogą uczestniczyć tylko te osoby, które na nią pojechały albo takie które np. były obłożnie chore, ale obiecują że w najbliższym czasie pojada na konwiwencje założycielską innej wspólnoty.

Po drugie: sporadycznie zdarza się, by w spotkaniu brał udział ktoś z zewnątrz, ale chodzi tu o osoby mające swojego "wprowadzającego" ze wspólnoty, a nie ludzi z ulicy. Klasycznymi przykładami są małe dzieci we wspólnocie rodziców (ale jak dorosną to muszą zaczynać od początku!), niewierzący małżonkowie, osoby które chcą należeć do neokatechumenatu, ale wcześniej zobaczyć jak wygląda. To zdarzało się, kiedy byłem w Kielcach. Była to jednak wspólnota założona przez x. Edwarda Skotnickiego, który potem został wyrzucony z neokatechumenatu, bo odkrył, że NK nie ma oficjalnej zgody Kościoła na komunię na siedząco i wyrzucanie Credo z Mszy i chciał te praktyki zmienić (parafia Najświętszej Maryji Panny w Kielcach, ulica Urzędnicza). Nota bene ten przykład wreszcie pomógł mi przekonać Rodziców, że NK stosuje praktyki sekciarskie: rodzice świetnie wiedzieli, że x. Skotnicki został wyrzucony, a potem usłyszeli katechistów rozpuszczających plotkę, że odszedł dobrowolnie. Jako że biskup i wspólnota stanęła za x. Skotnickim, katechiści rozwiązali całą wspólnotę, a x. Edwarda nazwali "agentem".

Ale już w Poznaniu nawet wprowadzanie takich osób bliskich było zabronione. Należałem do wspólnoty prowadzonej przez x. Jacka Stępczaka (redaktor naczelny "Przewodnika Katolickiego"), a w której byli Tomasz Budzyński i Litza z rodzinami. Tu mało, że już zupełnie nikt z zewnątrz nie miał wstępu, to nawet mnie wyrzucano sprzed drzwi, gdy kiedyś nieopatrznie przyszedłem na spotkanie wspólnoty innego szczebla.

Odnośnie małżeństw międzywyznaniowych (czy z "bezwyznaniowcami"). Znajomy kapłan poleca Panu lekturę encykliki Summo Jugiter Studio Grzegorza XVI z 27 maja 1832 roku. I sam twierdzi, że jest to okaleczenie małżeństwa, które co prawda Kościół akceptuje (w wypadku nieugiętej woli nupturientow), ale lojalnie ostrzega wierzącego małżonka, że to akt skrajnie nieodpowiedzialny, który może przynieść wielkie trudności w realizacji podstawowego celu związku małżeńskiego tj. wychowania katolickiego potomstwa.

List ze środy, 14.03.2001 kontekst listu jest taki: zakwestionowałem prawdziwość zarzutu ANTYKU wobec Drogi w pewnej szczegółowej kwestii co do I skrutinium. Dybowski żali się, że błąd powstał dlatego, że jemu zezwolono na udział tylko pod warunkiem przyjęcia do siebie Katechez, warunkiem niewykonalnym ze względu na ich heretycki charakter, oraz dodaje:

"Jeśli w tym co uszczegóławiam są jeszcze jakieś nieścisłości, nic nie szkodzi by neokatechumeni ujawnili jak jest dokładnie, rezygnując ze swych tajemnic. Nieścisłości bowiem właśnie z tego mogą się wziąć, że sprawy jakie poruszyłem i poruszam są objęte nakazem tajemnicy i także z tego, że informacje podawane są w pewnym wewnętrznym żargonie neokatechumenalnym, specyficznej nomenklaturze, którą łatwo jest pomylić, jeśli jest się na zewnątrz tej grupy".

Drugi list: data: piątek, 16.03.2001

"Koniecznie proszę się zabrać do napisania książki o neokatechumenacie i rozwinięcie tego wszystkiego, co Pan do tej pory napisał. Przede wszystkim należy od wewnątrz opisać strukturę, zwyczaje, liturgię etc tego ruchu, bo jak mi powiedział jeden z zatroskanych Księży z Kurii, Panie Marcinie, na dobra sprawę my nie wiemy, jak wygląda przebieg tych ich Mszy i spotkań".

Komentarz Nogackiego

Czy widzi Pan już w czym jest problem? Problem z tajemnicą spotkań polega na tym, że kapłani z kurii biskupich bardzo często nie mają na ten temat kompletnych danych. Znam to z przykładu Kielc. Ksiądz Skotnicki po kilkunastu latach uczestnictwa w NK zaczął nabierać pewnych wątpliwości. Kiedy skonsultował Katechezy Kiko z profesorami z kieleckiego seminarium, ci się złapali za głowy z przerażenia (a i tak to są niepoprawni moderniści!). Nagle zrobiła się wojna w całej diecezji, która podzieliła księży (nota bene głównie według linii, czy wyświęcony przed Soborem czy po...): okazało się, że przez kilkanaście lat funkcjonowania drogi w Kielcach, nikt z kompetentnych władz kościoła nie wiedział o treści katechez i wyglądzie celebracji. Odpowiedzialny z ramienia Kurii za kontakty z NK był x. Skotnicki, a jemu zabrakło wiedzy teologicznej lub odwagi by przez te wszystkie lata podnieść wątpliwości. Dopiero po konsultacji z seminarium i wydaniu książki o. Zoffoli ujawnił swoje wątpliwości.

Dokładnie o tym samym zjawisku pisze Dybowski z punktu widzenia Warszawy.

W tej chwili zaczyna to wyglądać nieco inaczej: Droga instaluje swoich ludzi na wyższych funkcjach, a ci zajmują się uzyskiwaniem różnych zezwoleń na zmiany dla Drogi, ale wciąż całość jest robiona zupełnie po cichu i w konspiracji przed resztą kleru diecezjalnego (oczywiście inaczej jest z kapłanami np. Odnowy w Duchu Świętym - przed nimi nie ma co ukrywać).

Ta konspiracja jest zupełnie oczywistą konsekwencją innej zupełnie oczywistej prawdy: że Katechezy zawierają co najmniej kilkanaście jawnych herezji, a w Kościele posoborowym jest wciąż zbyt wielu księży wyświęconych jeszcze w Kościele katolickim, by się z tym pogodzili. Szczegóły tych herezji znajdzie Pan w książce x. Zoffoli, będącej rzetelną analiza treści Katechez. Są ta herezje tak ewidentne, że nie da się ich obronić w toku dyskusji. Dlatego np. (1) nikt ze wspólnot nie ma dostępu do katechez oprócz katechistów ze starszych wspólnot, (2) katechiści po wygłoszeniu katechez musza oddawać swoje egzemplarze przełożonym jeszcze wyższego szczebla, (3) zakazuje się xerowania oraz innego upubliczniania tekstu.

I niechże daruje sobie Pan te wstawki, że u żony to jest inaczej, bo jeden wypadek to nie jest reprezentatywna próbka do badań. Kiedy x. Skotnicki, jakby na to nie patrząc, sam będący jeszcze wtedy katechistą, ogłosił że Katechezy są trzymane w tajemnicy, "odpowiedzialni" innych wspólnot zarzucili mu kłamstwo. Działo się to na łamach Sieci, więc publicznie. X. Skotnicki poprosił więc o wskazanie księgarni, w których dostępne są katechezy. Odpowiedzialni najpierw fałszywie wskazali, o ile mnie pamięć nie myli, Bydgoszcz z adnotacja, że tam "aż półki księgarni się uginają od Katechez". Ale po sprawdzeniu okazało się to kłamstwem. Wtedy odpowiedzialny wycofał się, powiedział, że "się pomylił", ale nie wskazał sensownego wyjaśnienia dlaczego Katechezy nie są publikowane.

Oczywiście, z czasem kler wywodzący się z Kościoła katolickiego będzie wymierał, a NK będzie mógł coraz jawniej prowadzić działalność. Myślę, że w przeciągu jednego pokolenia "Katechezy" trafią do zwyczajnej dystrybucji w księgarniach. Co będzie najlepszym dowodem na tezę że Kościół posoborowy nie jest Kościołem katolickim i nie cieszy się asystencją Ducha Świętego.

Robert Nogacki.

P.S. Niechże mi Pan wytłumaczy, o co Panu chodzi z tym spamem. Myślałem, że się Pan piekli o to, że podałem Pana adres mailowy w "Podręczniku Politycznego Żołnierza". Ale widzę, że ma Pan żal o to, że w ogóle Panu wysłałem wiadomość typu korespondencji bezadresowej. Przecież Pan mi coś takiego wysyła regularnie! I ja też o to nie prosiłem: po prostu po pierwszej wymianie naszej korespondencji zacząłem otrzymywać od Pana korespondencję bezadresową. Dlaczego ma Pan do mnie pretensje o coś, co sam Pan robi???

P.S. Według moich danych Żydzi w Polsce podchodzą do Drogi bardzo życzliwie i utrzymują przyjacielskie kontakty (choć być może sporadyczne?) z takimi osobami jak Tomek Budzyński. Działa to również w drugą stronę - nigdy nie pamiętam, by Katechiści określali Żydów inaczej jak "nasi starsi bracia w wierze".

"Dziękuję za nareszcie jasne postawienie sprawy. Nie rozumiem tylko jednego. Otóż ponad miesiąc temu dostałem z Pańskiego adresu pocztowego list podpisany "Robert Nogacki" następującej treści:

"Cieszę się, że będzie Pan stałym felietonista CZASU!.""

ODP: Napisałem tak, bo jest Pan świetnym felietonistą. Wypowiada się Pan na wiele różnych tematów - a w tych, na które się Pan wypowiada, ma Pan bardzo często rację i umie Pan tę rację ładnie wyłożyć.

Rano Panu wyślę cytaty z "Katechez"

Pozdrawiam, Robert Nogacki.


 

Stępniewski do Nogackiego, 24 lipca 2001 [Re: Re: Re: druga część odpowiedzi]

"Napisałem tak, bo jest Pan świetnym felietonistą. Wypowiada się Pan na wiele różnych tematów - a w tych, na które się Pan wypowiada, ma Pan bardzo często rację i umie Pan tę rację ładnie wyłożyć".
Jeśli naprawdę jestem, jak Pan był łaskaw napisać, "świetnym felietonistą", to jeszcze gorzej!!! Bo będę ładnie wykładał swe bluźnierstwa i perwersje, i narobię więcej szkód w duszach, co do których powinien Pan pragnąć, by nie były wystawione na pokusę fałszywych nauk. Dalej uważam, że to moralna perwersja.
"Rano Panu wyślę cytaty z "Katechez"
Proszę też nie zapomnieć o moich dziesięciu bluźnierstwach (wraz z dowodami)

Co do neokatechumenatu, to czy przyznaje się Pan, jako człowiek honoru, do błędu z owym "wstępowaniem" współmałżonka, czy też udajemy, że nic nie było, niczego się nie twierdziło etc.

Nie bardzo też rozumiem dlaczego "przypadek warszawski", tj. wspólnota mojej żony [a właściwie: dwie wspólnoty, gdyż w pewnym momencie nastąpiło połączenie dwóch równoległych i mało licznych wspólnot w nową; kilkakrotnie też zmienił się prezbiter] o niczym nie świadczy, natomiast "przypadek kielecki", czyli przygody i perypetie ks. Skotnickiego - świadczy o wszystkim? Dodam, że bywałem też na celebracjach z udziałem innych wspólnot (celebracje Wielkanocne zazwyczaj są właśnie takie wielowspólnotowe) i nie tylko nikt nie zabraniał zapraszać ludzi z zewnątrz, ale wręcz było to dobrze widziane. Nb. tłok był taki, że uniemożliwiało to wszelką kontrolę - czyli praktycznie, jak do zwykłego parafialnego kościoła, wchodził, kto chciał. Ale to może tylko u nas w Warszawie taka wolność. Wiadomo, stolica! A na prowincji wciąż jeszcze nawyki z minionego ustroju: słuchać, nie gadać i ruki pa szwam...

W liście Dybowskiego jest mowa nie o celebracji, a o skrutinium, które - o ile wiem - "zwykłą" celebracją o tyle nie jest, że porusza się na nim zasadniczo wewnętrzne sprawy wspólnoty. Domagać się, by na takie zebranie mógł wejść ktoś "z ulicy", to trochę tak, jakby domagać się, by np. na zebranie zakonne, na którym ocenia się odchodzącego opata, mógł wejść każdy ciekawski. Absurd! A czy katolicy integralni są gotowi wpuszczać każdego na każde swoje zebranie? Jeśli nie, to znaczy, że tak samo spiskują...

Poproszę o jakieś życzliwe wypowiedzi Żydów na temat NK. Ja takich nie znam. Czytałem natomiast bardzo kąśliwe uwagi Krajewskiego, że jest wielką niedelikatnością ze strony chrześcijan podtykać Żydom do rozmów ochrzczonych Żydów - chodziło o Grosfelda, który należy do NK i jest bodaj członkiem jakiejś rady chrześcijańsko-żydowskiej.

Że kapłani z kurii często nie mają pojęcia o NK to żaden argument - świadczy to jedynie o ich lenistwie. Czy z faktu, że dzisiejsi kapłani nie znają łaciny, wyciągnie Pan wniosek o konspiracji łacinników? A wziąć podręcznik i pouczyć się! Albo: ruszyć dolną część pleców i pójść na tę tajemniczą "celebrację", czy choćby popytać się prezbitera jakiejś wspólnoty. Czy zna Pan choć jeden wypadek, że księdza, który chciał pójść na neokatechumenalną mszę, nie wpuszczono!!! Nawet u was, na prowincji...

Co do spamu, to proszę nie udawać, że Pan nie wie, o co chodzi. Wysyłał Pan do mnie wielokrotnie różne zawiadomienia i nigdy nie miałem o to pretensji. Idzie mi o obrzydliwie lewacki apel pomieszczony w pliku spamm.txt, w którym bez żenady namawia się do emailowego terroryzmu ("wspólnie dysponujemy znaczącą siłą rażenia"). Dziękuję za milutką informację, że mój adres też tam jest. Przyjrzałem się przy okazji innym adresom i wynika z tego, że jak ktoś przygotuje sążnistą petycję pro-palestyńską i wyśle ją do redakcji "Midraszu", to ja też ją dostanę. Za jakie winy? Choć moja żona tańczy swe bluźniercze żydowskie tańce w judaizującej modernistycznej sekcie, ja naprawdę nie jestem kumplem Ariela Szarona!!!

I na koniec. Zauważyłem, że bardzo łatwo przychodzi Panu wypisywanie różnych brzydkich rzeczy o bliźnich. Wg Pana opisu katechiści (nie jakiś konkretny katechista X, ale katechiści "w ogóle") notorycznie kłamią, rozpuszczają pomówienia, wyrzucają, zabraniają etc. etc. Nie wątpię, że ma Pan bardzo mocne dowody - proporcjonalne do wielkości oskarżeń. Niemniej, czy nie zechciałby Pan sobie w wolnej chwili przypomnieć, kogo to w Apokalipsie św. Jana nazywa się "oskarżycielem braci naszych"... Chyba że właśnie w ten szczególny sposób pragnie Pan dać znać Najwyższemu Sędziemu, jaką miarę powinien przyłożyć do Pana, gdy nadejdzie dzień Straszliwego Sądu.

Lech Stępniewski

P.S. W załączniku do tego listu przesyłam Panu jedną z katechez Frania (bez trudu dostępnych w Internecie) [Katecheza "Rodzi się wśród biednych" Katecheza Frania (Kiko) - dopisek LS]. Chciałbym by przeczytał ją Pan spokojnie i przemyślał [do tego samego zachęcam wszystkich Czytelników tej dyskusji - dopisek LS], dlatego nie oczekuję natychmiastowego i błyskotliwego komentarza. Umówmy się, że - jeśli w ogóle zechce Pan to uczynić - wstrzyma się Pan z komentarzem przynajmniej na tydzień. Ale oczywiście wszystko zależy od Pana...


 

Nogacki do Stępniewskiego, 24 lipca 2001 [Re: Re: Re: Re: druga część odpowiedzi]

"Nie bardzo też rozumiem dlaczego "przypadek warszawski", tj. wspólnota mojej żony [a właściwie: dwie wspólnoty, gdyż w pewnym momencie nastąpiło połączenie dwóch równoległych i mało licznych wspólnot w nowa; kilkakrotnie też zmienił się prezbiter] o niczym nie świadczy, natomiast "przypadek kielecki", czyli przygody i perypetie ks. Skotnickiego - świadczy o wszystkim?"
ODPOWIEDŹ: niech Pan zajrzy do linków z mojej strony i do linków z tamtych stron. To nie jest "przypadek kielecki", ale stała praktyka NK.

"Dodam, że bywałem też na celebracjach z udziałem innych wspólnot (celebracje Wielkanocne zazwyczaj są właśnie takie wielowspólnotowe)"

ODPOWIEDŹ: na Wielkanoc zawsze są zapraszane osoby z zewnątrz. Tylko na Wielkanoc.

"W liście Dybowskiego jest mowa nie o celebracji, a o skrutinium, które - o ile wiem - "zwykłą" celebracją o tyle nie jest, że porusza się na nim zasadniczo wewnętrzne sprawy wspólnoty. Domagać się, by na takie zebranie mógł wejść ktoś "z ulicy", to trochę tak, jakby domagać się, by np. na zebranie zakonne, na którym ocenia się odchodzącego opata, mógł wejść każdy ciekawski. Absurd! A czy katolicy integralni są gotowi wpuszczać każdego na każde swoje zebranie? Jeśli nie, to znaczy, że tak samo spiskują..."
ODP: problem był chyba i z dostaniem się na zwykłe eucharystie. Ale proszę zapytać Dybowskiego.
"Poproszę o jakieś życzliwe wypowiedzi Żydów na temat NK. Ja takich nie znam".
ODP: wypowiedzi prywatne, znane mi z relacji samych neokatechumenów
"katechiści "w ogóle" notorycznie kłamią",
ODP: nie wiem czy notorycznie i tak nie napisałem. Ale rzeczywiście znam kilka takich wypadków
"rozpuszczają pomówienia",
ODP: tak rozpuszczają.
"Wyrzucają",
ODP: tak, wyrzucają. Ponownie polecam linki. Wiadomości z całego świata, a nie tylko "przypadek kielecki"
"Czy chcę cytatów? Oczywiście, że chcę! Niech Pan nie myśli, że pozwolę Panu wyżywać się na mnie tak niskim kosztem (spamem intelektualnym też się brzydzę). Proszę zatem starym obyczajem tomistycznej Sorbony przedstawić mi 10 moich bluźnierstw (nie - błędów teologicznych, bo nie każdy błąd jest bluźnierstwem) wraz że stosownymi dowodami. Perwersje intelektualne już Panu daruję...

[...] Plus Talmudzik nazywany Tradycją (sentencje Ojców) i dziesiątki grupek, z których każda ma swego rebego, a jednoczy je już tylko litera i pogarda dla "gojów", pardon, Kościoła posoborowego..."

ODPOWIEDŹ: Pozwolę sobie na kilka ogólnych deskrypcji - proszę poprawić, jeśli którąś przypisałem Panu omyłkowo:

1. Bluźnierstwo szukania prawdy poza Kościołem Świętym "opłakiwania godnym jest widok, gdy obserwuje się do czego dochodzą brednie rozumu ludzkiego, skoro ktoś ulegnie nowatorstwu i, pomimo przestróg Apostoła, zapragnie więcej wiedzieć, aniżeli jest nam dane; gdy ufając sobie nadmiernie, mniema, że można znaleźć prawdę poza Kościołem katolickim, w którym przecież znajduje się ona w całej swej niepokalanej czystości" (Grzegorz XVI, encyklika "Singulari Nos"),

2. Bluźnierstwo nazywania Tradycji "talmudzikiem"

(przypis: odniósł Pan to określenie do Tradycji przez duże "T" co w nauczaniu Kościoła oznacza prawdy ustnie przekazane przez apostołów lub implicite w nich zawarte, które zostały potem spisane w orzeczeniach papieży i soborów, składach wiary, księgach liturgicznych, aktach świętych męczenników, pismach Ojców, Doktorów i pisarzy Kościoła, w historii Kościoła, zwłaszcza historii herezji oraz pomnikach sztuki chrześcijańskiej. Jest to zupełnie coś innego niż ludzkie "tradycje" pisane przez małe "t", które też w Kościele występują obficie). II Sobór Nicejski potępił "ośmielających się w ślad za bezbożnymi heretykami lekceważyć Tradycję kościelną, a wprowadzać natomiast nowe poglądy". Takich orzeczeń jest jeszcze kilkanaście oraz niekończąca się plejada wypowiedzi papieży, mówiących o bredniach, majaczeniach, rojeniach, fantazmatach, etc. osób odrzucających Tradycję.

3. Bluźnierstwo popierania wolności religijnej (zakładam, że jako "bezwyznaniowiec" popełnia je Pan). Potępione dziesiątki razy - myślę, że jest Pan wystarczająco oczytany, by bez mojej pomocy wymienić kilkanaście aktów tego typu. Ja sobie pozwolę zacytować piękną (choć nie autorytarną) wypowiedź prałata Roberta Maedera z książki "Jestem katolikiem!" - "jest szaleństwem domagać się od Boga wolności sumienia, wolności religii, nabożeństwa, słowa, zgromadzeń i prasy. Wobec Wszechmocy, odwiecznej mądrości, sprawiedliwości i miłości nie istnieją w ogóle żadne prawa, są tylko obowiązki. To rozumie każdy, komu nowoczesny liberalizm nie odebrał resztek zdrowego rozsądku".

4. Skłanianie innych osób do zawarcia małżeństwa mieszanego. Papież Pius XI w encyklice "Casti connubii": "w małżeństwach mieszanych dochodzi nierzadko do tego, że dzieci w pożałowania godny sposób odwracają się od religii, a w najlepszym razie zaskakująco szybko wpadają w tak zwany indyferentyzm religijny, niewiele różniący się od areligijnosci czy całkowitej negacji Boga".

To zupełnie oczywiste! Jeden z Pana ulubionych "pierwszych chrześcijan" ("bezwyznaniowcy" ich uwielbiają, bo wiemy o nich niewiele, więc można im przypisać dowolne poglądy...), św. Atanazy pisał na podsumowanie swojego Wyznania Wiary (uznanego przez Kościół) - "takie są dogmaty katolickiej religii, a kto by w nie ściśle i mocno nie wierzył, zbawić się nie może". Dziecko z małżeństwa mieszanego, które chciałoby zostać szczerym katolikiem, musiałoby więc uznać ewentualność potępienia wiekuistego jednego z rodziców. W związku z tym psychicznie bardziej wygodne jest dla niego wyznawanie poglądu o powszechnym zbawieniu, chrześcijaństwie anonimowym czy innego podobnego. Czyli skazywanie samego siebie na potępienie razem z rodzicem! Oczywiście w Kościele wojtyliańskim ta prawda o tragicznym charakterze związków mieszanych została zupełnie odwrócona (vide list apostolski "Familiaris consortio" z 22 listopada 1981 r.).

5... 6... 7...

Muszę się teraz jeszcze zająć nieco bardziej prozaicznym pisaniem regulaminu pracy dla spółki Żywiec-Trade, pozostałe punkty niechże sobie Pan sam dopisze - myślę, że sam ma Pan świetną świadomość w których miejscach jest Pan heretykiem (co zresztą świadczy przeciw Panu)

Bardzo proszę o jednoznaczny cytat z Katechez (mogą być Frania, mogą być innych katechistów) stwierdzający, że celem drogi NK nie jest nawracanie "nawet na chrześcijaństwo" (ten Jezus Chrystus z Matką Boską to tak dla ozdoby albo dla zmyłki?), ale "czynienie życia innych lepszym bez względu na wyznanie". Jeśli to prawda, to chociażem bezwyznaniowiec (ale Chrystusowy!), natychmiast polecę i zrobię im nieziemską awanturę, a moja "silna osobowość" gwarantuje, że nie pozostanie to bez echa. Z tego względu byłbym bardzo wdzięczny za przesłanie mi oryginału wzmiankowanych katechez. Chyba że właśnie go Pan pisze...
ODPOWIEDŹ: Po raz trzeci mnie Pan obraża zarzucając nieuczciwość intelektualną. Jeśli ma Pan zastrzeżenia do rzetelności tekstów Katechez wg Zoffoliego i Skotnickiego (jeśli chodzi o moją pamięć, to potwierdzam je w 100%), to proszę je wyrazić publicznie - na przykład zaproponować ich publikację Dybowskiemu w domenie ANTYKU w oryginalnej wersji z wyszczególnieniem gdzie Zoffoli je sfałszował. Póki co, ja nie słyszałem ani jednego merytorycznego zastrzeżenia do rzetelności ich tekstów, za to nieustannie słyszę całą masę takich chamskich docinków, jak ten Pański powyżej (to jeszcze pół biedy. Inni porównywali Zoffoliego do Antona LaVeya, czarnego papieża Kościoła Szatana).

Cytuje za Zoffolim, ponieważ sam z pamięci mógłbym co najwyżej przytoczyć ogólny sens tekstu, a nie dosłowne brzmienie. Oryginału panu nie mogę przysłać, ponieważ katechiści kilkakrotnie odmówili mi prawa do sxerowania katechez, a orientamenti w ogóle nie chcieli mi udostępnić. Jeśli ma Pan znajomych Katechistów o innych poglądach, będę wdzięczny za materiały z konwiwencji Kiko dla biskupów w 1997 roku. Katechiści nie chcieli udostępnić mi takiego kolorowego drugu po polsku na ten temat (nie chcieli tego zrobić jeszcze kiedy byłem w neo). Szkoda, bo teraz chętnie dałbym kilka z tego wydawnictwa zdjęć do Sieci, bo pokazać ludziom zasięg konspiracji neokatechumenalnej.

CYTATY:

"misja (Kościoła) nie polega na tym, by wszystkich skłonić do wejścia i uczestnictwa w znaczeniu jurydycznym, lecz na tym, by ludzie zostali oświeceni przez Kościół i doszli do Ojca" (Orientamenti dla katechistów na etap nawrócenia, Rzym, 1982, s. 81).

O tym właśnie Panu pisałem: Kiko nie chodzi o to, by ludzie przyjmowali chrzest tj. weszli do Kościoła sensie jurydycznym (choć zapewne nie obrazi się, jeśli będą to robić), lecz by pod wpływem przykładu ludzi ochrzczonych stawali się lepsi. Kiko kontrastuje dwa elementy, które według Tradycji maja harmonijnie współgrać. Absurdalność tego rozumowania bardzo pięknie wyjaśniała encyklika "Mystici Corporis", która potępiała tych wszystkich, którzy usiłowaliby kontrastować Kościół jako "wspólnotę jurydyczna" i jako "wspólnotę miłości", opowiadając się za ta drugą.

"my tak myślimy o Kościele: bez triumfalizmów, bez prozelityzmów (sic!!! - RN), bez zamiaru zanoszenia Jezusa Chrystusa nie wiem już dokąd, aniżeby [sic - dopisek LS] wszyscy do Kościoła wchodzili" (tamże, s. 86)

U mnie katechiści lansowali doktrynę soli ziemi (określenie samo w sobie biblijne) - nie chodzi o to by całą ziemie zamienić w sól (tj. by wszyscy zostali katolikami), ale by chrześcijanie nadali ziemi smak (tj. by inni stali się lepsi stykając się z katolikami), tak mi to tłumaczyli, kiedy ich zapytałem.

"może powinniśmy myśleć, że misją Kościoła jest wziąść [sic - dopisek LS] wszystkich tych ludzi, którzy znajdują się poza Kościołem i wprowadzić ich do środka (...) Gdyby taka była prawda, moglibyśmy słusznie powiedzieć, że Jezus Chrystus zbankrutował po dwóch tysiącach lat, ponieważ dzisiaj tych, co rzeczywiście są w Kościele jest bardzo mało. Jeśli jest misją Kościoła, by wszyscy do niego weszli, jakże Bóg mógłby pozwolić, że jest bardzo mało tych, którzy dzisiaj są w Kościele?" Orientamenti dla katechistów na etap nawrócenia

"ten Jezus Chrystus z Matką Boską to tak dla ozdoby albo dla zmyłki?"
ODP: Fałszywy ekumenizm nie polega na tym, że się nie wierzy w Chrystusa i Matkę Boską, ale na tym, że jest się przekonanym, że taka wiara nie jest konieczna do Zbawienia. Samemu można wierzyć w ich istnienie, ale nie ma sensu naciskać na innych, by przyjęli ten punkt widzenia. W pewnym sensie ma Pan rację, że oznacza to redukowanie Boga do roli "ozdobnika".

W dłuższym ciągu czasu, całych pokoleń, oznacza to również deizm, a potem ateizm. Bo skoro można się zbawić rezygnując z oglądania "Zmienników" i odmawiając w tym czasie różaniec - i równie dobrze można się zbawić preferując "Zmienników" nad rozważanie tajemnicy różańcowych, to każdego ciągnie do tego drugiego. Potem okazuje się, że można się Zbawić nie chodząc na niedzielną Mszę (Żydzi nie chodzą, a Wojtyła powiedział, że mogą się Zbawić), potem okazuje się, że można się Zbawić w ogóle nie należąc do Kościoła, ale wierząc w Chrystusa, potem okazuje się... etc.


 

Stępniewski do Nogackiego, 24 lipca 2001 [Re: Re: Re: Re: Re: druga część odpowiedzi]

Szanowny Panie;

Duch Święty jednak działa! Gdy wczoraj wieczorem wysyłałem do Pana list, nie mogłem oczywiście wiedzieć, że dziś zażyczy Pan sobie ode mnie katechez Frania głoszonych do biskupów w 1997 r. - rzekomo okropnie tajnych, co by potwierdzało Pańskie oszczerstwo o konspiracyjnym charakterze NK. Ale mój Anioł Stróż delikatnie podsunął mi właśnie taką katechezę i bez wahania ją Panu wysłałem.

Już od dawna materiały z konwiwencji dla biskupów dostępne są w Internecie - wraz z bogatym materiałem zdjęciowym. Można je też, zdaje się, zamówić w postaci książkowej, a zatem Pańskie wielokrotnie powtarzane fundamentalne oszczerstwo zostaje ostatecznie obnażone! Z przykrością obserwuję, jak pogrąża się Pan w swym zaślepieniu i dopuszcza karygodnych zaniedbań, jednocześnie rzucając bez umiaru najcięższe oskarżenia. Nie pofatygował się Pan bowiem nawet, by do wyszukiwarki internetowej wpisać kilka słów i te katechezy odnaleźć. Lud dawniej w takich sytuacjach mawiał, że "diabeł ogonem nakrył"...

Przepraszam za mój "chamski docinek" tj. złośliwą aluzję - domagając się od Pana jasności powinienem sam był napisać jasno, że Pan kłamie! "Kłamie" a nie "błądzi", gdyż człowiek dobrej woli, gdy wskazuje mu się popełniony przezeń błąd, stara się błąd ten naprawić, a przynajmniej się do niego uczciwie przyznaje, Pan natomiast "idzie w zaparte".

1. Oszczerczo twierdzi Pan, że tajność NK jest "stałą praktyką". Gdy grzecznie Panu tłumaczę, że w Warszawie panują jednak inne obyczaje, Pan zamiast ustosunkować się do tej prawdy materialnej powołuje się na... swoje linki do kilku innych oszczerców, w tym tak wiarygodnych, jak jakieś kompletnie zateizowane gazetki, dla których NK to "fundamentalistyczna sekta". Gratuluję zacnego towarzystwa...

2. Gdy zwróciłem Panu uwagę, że nie ma Pan pojęcia o temacie, o którym tak kategorycznie się Pan wypowiada (owo nieszczęsne twierdzenie, że świeżo nawrócony współmałżonek może opuścić etapy Drogi), nabrał Pan wody w usta. A kwestia nie jest marginalna! Wysuwanie takich twierdzeń świadczy albo o kompletnym niezrozumieniu duchowości NK (Droga w żadnym wypadku nie jest i nie może być "drogą na skróty"!), albo o świadomym kłamstwie, mogącym np. sugerować jak to sprytnie modernistyczna konspiracja "nagradza" tych współmałżonków, których też udało się w końcu zwerbować.

3. Utrzymywał Pan, że celebracja NK jest tajna - na dowód przytaczając przypadek p. Dybowskiego, którego na msze NK nie wpuszczono. Teraz okazuje się, że chodziło o skrutinium... Owszem, łaskawie Pan ustąpił w sprawie celebracji Wielkanocnej (nb. bardziej obfitującej w różne "znaki" - zawsze dokładnie objaśniane ludziom z zewnątrz - niż zwykłe celebracje), ale dalej kłamliwie Pan utrzymuje, że dzieje się tak "tylko na Wielkanoc". Proszę to powiedzieć rodzicom mojej żony (niestety, zdeklarowanym ateistom - tak się składa, że moja żona ochrzciła się już jako osoba dorosła, bo właśnie dzięki NK spotkała Chrystusa, a Pan mi powiada, że Franio nie chce, by ludzie się chrzcili!!!), którzy byli na uroczystej celebracji NK z okazji pierwszej komunii ich wnuka (i innych dzieci z NK). Dla jasności dodam, że sama pierwsza komunia miała miejsce zwyczajnie, w kościele parafialnym - choć nie wiem, czy to jest dla Pana kościół, a nie np. "budynek bezprawnie użytkowany przez posoborowych uzurpatorów".

4. Argumentem za tezą, że NK jest hołubiony przez Żydów, ma być fakt, że Pan coś tam od kogoś słyszał. Daruje Pan, ale na takim poziomie nie dyskutuję. Sam Pan wie, czego to nie można usłyszeć np. o Nogackim...

5. Straszył mnie Pan, jakie to "cytaty" z moimi okropnymi "bluźnierstwami" Pan przedstawi, a gdy o nie poprosiłem, zdobył się Pan zaledwie na kilka oczywistych supozycji w oparciu o wiedzę, że jestem bezwyznaniowcem. Trzeba było od razu napisać "bezwyznaniowiec" = "bluźnierca" i co zrobi, to "bluźnierstwo". Wprawdzie św. Tomasz na takie rozumowanie zatrząsł by się ze zgrozy: dla niego ludzkie sumienie to nie była hetka-pętelka, a nie może bluźnić ktoś, kto nie ma intencji bluźnienia. Może bredzić, mówić nieprawdę etc. - ale nie bluźnić! Żeby bluźnić musiałby np. powiedzieć: wiem, że ten a ten kościół jest Kościołem Bożym, ale i tak mam go w d...

6. Nawet jedyny "cytat" - i to z mojego listu późniejszego niż Pana twierdzenie o moich bluźnierstwach - przekręcił Pan kłamliwie ("Bluźnierstwo nazywania Tradycji "talmudzikiem""). Ja nie nazwałem Tradycji "talmudzikiem", ale napisałem akurat odwrotnie - że to Pan swój nowy Talmud nazywa Tradycją ("Plus Talmudzik nazywany Tradycją").

Tak jest, świadomie twierdziłem i twierdzę, że Pan na wzór protestanckich odszczepieńców, kierując się swym rozumem i sam dla siebie będąc papieżem (dlatego o obecnym wyraża się Pan z wyraźną zawiścią per "Wojtyła") konstruuje sobie własną religię. Tyle że protestanci robili to powołując się na Pismo, a Pan tej operacji dokonuje w oparciu o historię Kościoła. Oni wydłubywali wedle woli różne cytaty z Pisma, Pan wydłubuje różne dokumenty Kościelne. Oni z Pisma odrzucili księgi, które wydały im się nieładne, Pan tak samo - wyrzuca z historii Kościoła to, co "posoborowe", bo - wedle Pańskiej teologii - ta historia jest już be. Oni skończyli jako rojowisko sekt (nie może być inaczej, gdy ktoś jest dla siebie najwyższym autorytetem - realnie, bo "na zewnątrz", owszem, głośno krzyczy o autorytecie Ewangelii, czy - jak Pan - Tradycji), i podobnie kończą Pańscy katolicy integralni: wśród swarów, kłótni etc., bo ten jest od Lefebvre'a, ten od..., a Chrystus dla nich to jak kurek na wietrze. Obym się mylił!!!

Nie chcę kontynuować tego smutnego rejestru Pańskich kłamstw (z przyjemnością odwołam to określenie, gdy przyzna Pan, że Pan zbłądził i zaślepiony przez ciemne duchy rzucał na prawo i lewo oskarżenia bez rzetelnego - będącego w zasięgu Pańskich możliwości - zapoznania się z faktami. Nb. tu już nie chodzi, jak w artykulikach do "Frondy", o kilka wątpliwych cytatów - ta sprawa ma wymiar moralny!).

Na koniec wspomnę jednak o pewnym fakcie, którego nie podważam - wierzę bowiem Panu na słowo, że trzymał Pan Hostię Przenajświętszą w szufladzie [p. Nogacki pisał o tym w "Cięższą podajcie mi zbroję..." - dopisek LS]. Wiem, że swego czasu fakt ten, przez Pana podany jako przykład oddziaływania formacji neokatechumenalnej, zrobił wielkie wrażenie na naszym wspólnym znajomym, p. Szymonie Grabowskim. Zapytałem wówczas żony, czy podobne zdarzenie mogłoby się jednak jakoś mieścić w ramach NK, tj. choćby w tym sensie, że ktoś np. mógłby opacznie zrozumieć jakiekolwiek uwagi katechistów, jakieś "znaki" etc. i dojść do wniosku, że szuflada pełna starych szpargałów jest najstosowniejszym miejscem dla Pana Jezusa. Zrobiła wówczas oczy jak talarki, ciężko westchnęła i wspomniała jedynie, że, owszem, zdarza się, iż na początku Drogi do wspólnot trafiają osoby niezrównoważone psychicznie, szukające właśnie psychologicznej pomocy (np. uczucia akceptacji, albo przeciwnie - surowego autorytetu), które wszakże stosunkowo szybko ze wspólnoty odchodzą.

W świetle naszej dyskusji, gdy wszystkie Pana ogólne twierdzenia na temat NK okazały się, jak dotąd, kłamstwami (podkreślam, twierdzenia ogólne, bo nie neguję, że np. w Kielcach mógł być jakiś katechista drań i intrygant), dochodzę do wniosku, że bardzo dobrze świadczy o formacji neokatechumenalnej, iż tacy ludzie jak Pan - również nie pozbawieni silnej i wyrazistej osobowości - z NK odchodzą.

Lech Stępniewski

P.S. Moja prośba o spokojne i rzetelne przeczytanie katechezy Frania jest dalej aktualna. Będę czekał cierpliwie, bo rzeczywiście trudno pogodzić Żywiec-Trade ze sprawami Bożymi (mam wszelako nadzieję, że pewne rozchwianie logiczne Pańskich wywodów nie wynikło stąd, że płacą Panu "w naturze")


 

Nogacki do Stępniewskiego, 24 lipca 2001 [Jest Pan nad wyraz nieuczciwym polemistą]

"nie mogłem oczywiście wiedzieć, że dziś zażyczy Pan sobie ode mnie katechez Frania głoszonych do biskupów w 1997 r. - rzekomo okropnie tajnych, co by potwierdzało Pańskie oszczerstwo o konspiracyjnym charakterze NK".
ODP: Nie pisałem, że są okropnie tajne - tajne są tylko Katechezy i ewentualnie różne wskazania dla katechistów. Pisałem, że mnie odmówiono dostępu, co wcale nie znaczy tajności w ogóle (równie dobrze np. katechista mógł mieć zły humor). Najlepszy tego przykład, że x. Skotnicki w swojej książce zamieścił obszerne fragmenty z bardzo życzliwym komentarzem i zaznaczeniem, że tezy teologiczne Kiko w tych materiałach są sprzeczne z Katechezami i przez to bardzo dużo bardziej katolickie. A mnie na nich zależy ze względu na liczne fotografie Kiko w otoczeniu wielu biskupów, co ilustruje wpływy NK. W całym moim tekście nie padło słowo, że rozważania Kiko z 1997 r. są "tajne"!
"Już od dawna materiały z konwiwencji dla biskupów dostępne są w Internecie - wraz z bogatym materiałem zdjęciowym. Można je też, zdaje się, zamówić w postaci książkowej, a zatem Pańskie wielokrotnie powtarzane fundamentalne oszczerstwo zostaje ostatecznie obnażone!"
ODP: Czy można, nie wiem. Ale Pan chyba pisze o materiałach z konwiwencji w 1997 r. A ja pisałem o Katechezach i o tym, że to one nie są dostępne. A to świadczy o tym, że Pan wcale nie przeczytał mojego tekstu, tylko co najwyżej go przejrzał i zabrał się do pisania odpowiedzi. Nigdzie nie pisałem, że nigdy żaden druk Kiko nie był dostępny publicznie. Pisałem, że Katechezy nie są dostępne. To zresztą też zaczyna już być fikcją, bo chyba na stronie Antyku Dybowski je całe zeskanował. Ale to nie wynika z woli samej Drogi.
Z przykrością obserwuję, jak pogrąża się Pan w swym zaślepieniu i dopuszcza karygodnych zaniedbań, jednocześnie rzucając bez umiaru najcięższe oskarżenia. Nie pofatygował się Pan bowiem nawet, by do wyszukiwarki internetowej wpisać kilka słów i te katechezy odnaleźć. Lud dawniej w takich sytuacjach mawiał, że "diabeł ogonem nakrył"...
ODP: Monitoruję sytuację bardzo często. Na materiały z konwiwencji w 1997 r. nie trafiłem.
"Oszczerczo twierdzi Pan, że tajność NK jest "stałą praktyka". Gdy grzecznie Panu tłumaczę, że w Warszawie panują jednak inne obyczaje, Pan zamiast ustosunkować się do tej prawdy materialnej".
ODP: ustosunkowywałem się już dwa razy. Robię to po raz trzeci i ostatni: usiłuje Pan wysnuć ogólny wniosek z jednostkowej obserwacji. Z perspektywy Kielc, Poznania i kilkudziesięciu miejsc na całym świecie, skąd pochodzi materiał w moich linkach, wygląda to inaczej.
"Gdy zwróciłem Panu uwagę, że nie ma Pan pojęcia o temacie, o którym tak kategorycznie się Pan wypowiada (owo nieszczęsne twierdzenie, że świeżo nawrócony współmałżonek może opuścić etapy Drogi), nabrał Pan wody w usta".
ODP: Wypowiadałem się na podstawie znanego mi wypadku. Widocznie postąpiono wbrew ogólnej regule.
"Utrzymywał Pan, że celebracja NK jest tajna - na dowód przytaczając przypadek p. Dybowskiego, którego na msze NK nie wpuszczono. Teraz okazuje się, że chodziło o skrutinium..."
ODP: Niechże Pan czyta, co pisze. Stwierdziłem, że na pewno nie wpuszczono go na skrutinium, ale również chyba na zwyczajne Eucharystie. O sprawdzenie tego szczegółu poprosiłem Pana - ale ja jestem przekonany, że kiedyś od niego słyszałem również o zwykłych eucharystiach.
"Owszem, łaskawie Pan ustąpił w sprawie celebracji Wielkanocnej"
ODP: Nie, nie ustąpiłem. Nigdy nic innego o niej nie twierdziłem!
"(nb. bardziej obfitującej w różne "znaki" - zawsze dokładnie objaśniane ludziom z zewnątrz - niż zwykle celebracje), ale dalej kłamliwie Pan utrzymuje, że dzieje się tak "tylko na Wielkanoc". Proszę to powiedzieć rodzicom mojej żony (niestety, zdeklarowanym ateistom - tak się składa, że moja żona ochrzciła się już jako osoba dorosła, bo właśnie dzięki NK spotkała Chrystusa, a Pan mi powiada, że Franio nie chce, by ludzie się chrzcili!!!), którzy byli na uroczystej celebracji NK z okazji pierwszej komunii ich wnuka (i innych dzieci z NK)".
ODP: W moim tekście - widać to wyraźnie po sposobie narracji - piszę o swoich perturbacjach z NK, a nie monografię tego ruchu. Spotkałem się z takimi a takimi zjawiskami i z ich powodu odszedłem. Kropka. Nie ma tam słowa na temat stanowiska NK w Bhutanie, na Nowej Zelandii czy nawet Warszawie. O tym, że mój przypadek nie jest jedyny - również polecam przeglądarkę sieciowa. Być może istnieje wiele wspólnot, w których jest inaczej. Jak będę pisał jakąś monografię NK, zajmę się tym problemem.
"Dla jasności dodam, że sama pierwsza komunia miała miejsce zwyczajnie, w kościele parafialnym - choć nie wiem, czy to jest dla Pana kościół, a nie np. "budynek bezprawnie użytkowany przez posoborowych uzurpatorów".

4. Argumentem za tezą, że NK jest hołubiony przez Żydów, ma być fakt, że Pan coś tam od kogoś słyszał. Daruje Pan, ale na takim poziomie nie dyskutuję. Sam Pan wie, czego to nie można usłyszeć"

ODP: Nie coś tam od kogoś tam, ale wypowiedzi najbardziej znanych w Polsce świeckich członków NT na temat swoich kontaktów z najbardziej znanymi w Polsce przedstawicielami społeczności żydowskich. Więcej Panu nie powiem, bo to echo słowa, ale z łatwością z innych moich maili sobie Pan zrekonstruuje, o kogo chodzi i może się Pan z nimi skonsultować.
"że to Pan swój nowy Talmud nazywa Tradycją ("Plus Talmudzik nazywany Tradycją").
ODP: zwrot w cudzysłowiu nie znaczy dokładnie to samo, co pana wyjaśnienie. Zwrot w cudzysłowiu nazywa Tradycję talmudzikiem. Zdanie przed oskarża mnie, że stworzyłem sobie talmudzik a potem nazwałem go Tradycją.
"dlatego o obecnym wyraża się Pan z wyraźną zawiścią per "Wojtyła"
ODP: ten człowiek tak się nazywa. Nie ma we mnie do niego żadnej zawiści. Ma ważną sakrę biskupią, więc jest to właściwie JE x. bp Wojtyła - ale w praktyce publicystycznej utarło się, że wobec biskupów bez szkody dla ich godności można pisać po prostu po nazwisku.
"oczy jak talarki, ciężko westchnęła i wspomniała jedynie, że, owszem, zdarza się, iż na początku Drogi do wspólnot trafiają osoby niezrównoważone psychicznie, szukające właśnie psychologicznej pomocy (np. uczucia akceptacji, albo przeciwnie - surowego autorytetu), które wszakże stosunkowo szybko że wspólnoty odchodzą".
ODP: niezupełnie. Zdarzało się to bardzo często w różny sposób: a to ktoś nie wiedział, że chleb pozostały po łamaniu na tacy wciąż jest konsekrowany i po prostu zabierał go ze sobą, a to mój kolega sprzątając ze mną po I skrutinium wylał krzyżmo święte, bo nie wiedział, co to jest za olej, a chciał umyć naczynie etc.


 

Stępniewski do Nogackiego, 24 lipca 2001 [Re: Jest Pan nad wyraz nieuczciwym polemistą]

A tak Pana prosiłem, by wziął Pan sobie chwilowo na wstrzymanie, spokojnie się zastanowił, przemyślał, może pomodlił... Ale nie - Pan znowu szybciej pisze niż myśli, byle tylko mieć przez chwilę złudzenie, że Pańskie jest na wierzchu. To chyba nerwicowe...

1. Najpierw Pan opisuje, jakim to szczelnym murem tajemnicy otacza się NK ("nawet mnie wyrzucano sprzed drzwi"), cytuje z aprobatą listy p. Dybowskiego, w których skarżą się jacyś bezradni księża ("Panie Marcinie, na dobrą sprawę my nie wiemy, jak wygląda przebieg tych ich Mszy i spotkań"), czyli odmalowuje Pan obraz perfidnej i nieprzeniknionej konspiracji. Jest Pan zbyt wytrawnym publicystą, by nie wiedzieć, że taka manipulacja robi duże wrażenie. A teraz, gdy wykazałem Panu, że każdy chętny przy niewielkim wysiłku może zapoznać się z katechezami Frania, czy też pójść i na własne oczy obejrzeć, jak wygląda celebracja neokatechuemenalna, erystycznym chwytem zmienia Pan temat i powiada: "Nigdzie nie pisałem, że nigdy żaden druk Kiko nie był dostępny publicznie".

Ależ drogi Panie! Rzecz w tym, że nie napisał Pan, że niektóre ważne druki są łatwo dostępne publicznie. Nie napisał Pan też, że są dostępne - przynajmniej w niektórych miastach - celebracje NK - a np. Wielkanocne celebracje są już dostępne szczególnie łatwo i szeroko. A nie napisał Pan tego, bo gdyby to Pan zrobił, Pana teza, że NK jest groźną konspiracją wyglądałaby żałośnie. No bo czy tak zachowują się groźni konspiratorzy...?

2. Nb. nawet o te ilustrowane katechezy Frania prosił mnie Pan po to, by "pokazać ludziom zasięg konspiracji neokatechumenalnej". A tu głupio wyszło - rzekomi konspiratorzy sami się zdekonspirowali, i to w Internecie! Chociaż kto wie, może teraz się Pan przyczepi, że te zdjęcia jednak jakieś mało wyraźne, zamazane, zakonspirowane... Bo rzeczywiście technicznie nie bardzo się im udało. Może Duch Święty nie udzielił daru skanowania...

3. Zgoda, nie napisał Pan explicite, że są to katechezy "tajne", ale z Pana prośby wprost wynikało, że aby do nich dotrzeć, koniecznie trzeba mieć znajomych katechistów i to o bardzo nietypowych jak na NK poglądach ("Jeśli ma Pan znajomych Katechistów o innych poglądach, będę wdzięczny za materiały..."). Czyli: jeśli ma Pan znajomego w Pentagonie niezbyt lojalnego wobec Firmy, to będę wdzięczny za ten planik mobilizacji... Dokumenty, które wymagają takiego trudu, by je zdobyć, zazwyczaj nazywamy "tajnymi".

4. Popada Pan w sprzeczność. Beszta mnie Pan najpierw, że ja "usiłuję (...) wysnuć ogólny wniosek z jednostkowej obserwacji", a na koniec sam Pan pisze o sobie tak: "W moim tekście - widać to wyraźnie po sposobie narracji - piszę o swoich perturbacjach z NK, a nie monografię tego ruchu. Spotkałem się z takimi a takimi zjawiskami i z ich powodu odszedłem. Kropka". Czyli Pan też wysnuł swe ogólne wnioski z jednostkowej obserwacji, ale, nie wiedzieć czemu, Pańskie "snucie" jest lepsze. Aaa, prawda! Pański przypadek nie jest jednostkowy. Ale bieda w tym, że mój też nie. Poza tym to Pan używał dużego kwantyfikatora (tezy w rodzaju: "NK jest taki a taki", "celebracje NK są niedostępne"), a - jak Pan chyba wie z logiki - do obalenia takich ogólnych tez jednostkowy przypadek wystarczy. Do potwierdzenia - już nie...

5. Skrutinium i Dybowski. Ruga mnie Pan tak:

"Niechże Pan czyta, co pisze. Stwierdziłem, że na pewno nie wpuszczono go na skrutinium, ale również chyba na zwyczajne Eucharystie. O sprawdzenie tego szczegółu poprosiłem Pana - ale ja jestem przekonany, że kiedyś od niego słyszałem również o zwykłych eucharystiach".
Otóż przypominam, że zaledwie we wczorajszym liście (23 lipca, godz. 9.00) napisał Pan: "Inny przykład: Marcin Dybowski, szef Antyku, chciał wziąć udział w celebracji by sprawdzić czy zarzuty Zoffoli są prawdziwe. Odmowa katechistów". To dopiero po moich uwagach zaczął Pan to twierdzenie rozmydlać, okazało się, że to było właściwie skrutinium etc. etc. Czyli na końcu jak w radiu Erewań: nie tyle dają samochody, ile kradną rowery. Poza tym wszystko się zgadza. A ostrzegałem: albo polemika, albo piwo! Już nawet tzw. pamięć krótkookresowa Panu nie dopisuje. Widzę też, że do szczegółów żywi Pan prawdziwy wstręt. Dlaczego niby ja mam sprawdzać Pańskie szczegóły. Frondyści nie posprawdzali, to wyzwał ich Pan od konspiratorów, Ja nie chcę sprawdzać, to wyzywa mnie Pan od bluźnierców. A może by tak raz Nogacki dokładnie sprawdził i wziął odpowiedzialność za swoje słowa? (A propos "bluźnierstw" - będą te cytaty, czy nie?)

6. No tak, o tych filosemitach i żydach filoneokatechumenach coś Pan wie, ale nie powie, bo to było echo. Fajnie to Pan sobie obmyślił. Jeśli to było echo, czyli wyznania poufne, to dżentelmen o takich rzeczach nie tylko nie wspomina, ale nawet nie daje poznać po sobie, gdyby kto inny puszczał mu jakieś aluzje. W dawnych czasach za takie "chlapnięcie" już by Pan miał sprawę honorową, a Pan mi jeszcze podpowiada: "Więcej Panu nie powiem, bo to echo słowa, ale z łatwością z innych moich maili sobie Pan zrekonstruuje, o kogo chodzi i może się Pan z nimi skonsultować". No proszę, jaki talmudyczny koncepcik: niby nie powiedział i sumienie czyściutkie jak po praniu, ale wiadomo, o kogo chodzi. Pan z tego NK na pewno sam odszedł, czy może wyrzucili na zbitą twarz? Za elementarny brak lojalności (która Panu pewnie od razu kojarzy się z "konspiracją").

7. Tu już ręce opadają. Ja piszę "Talmudzik nazywany Tradycją", a Pan na to: "Zwrot w cudzysłowiu nazywa Tradycję talmudzikiem". Pan, zdaje się, brał z sukcesami udział w olimpiadach polonistycznych, więc może sięgnąłby Pan do zasobów swej rzetelnej wiedzy z okresu szkoły podstawowej i zrobił rozbiór tego nieskomplikowanego w końcu zdania. Ale najlepiej też dopiero wtedy, gdy upora się Pan z piwem.

Lech Stępniewski

P.S. Ponieważ, jak Pan twierdzi, jestem nad wyraz nieuczciwym polemistą, sądzę, że nie będzie miał Pan nic przeciwko temu, że naszą wymianę listów umieszczę za jakiś czas w Sieci (oczywiście bez żadnych skrótów, najwyżej zadiustuję literówki), by moja polemiczna nieuczciwość została zdekonspirowana przynajmniej tak dokładnie, jak wiadoma siatka modernistyczna [Nb. cały czas nie rozumiem, dlaczego w ogóle przejmuje się Pan tym, że ktoś tam konspiruje przeciwko kościołowi biskupa Wojtyły, pozbawionemu asystencji Ducha Świętego (orzekł to Pan z iście papieska nieomylnością) etc. Porządny integrysta powinien chyba się tylko skrzywić, splunąć (ew. przeżegnać się) i powiedzieć: a dobrze im tak!)


 

Nogacki do Stępniewskiego, 25 lipca 2001 [Koniec naszej dyskusji]

Szanowny Panie,

dyskusja z Panem jest dosyć trudna.

Zaczęło się od małżeństw mieszanych. Użył Pan wobec mnie bardzo mocnych słów. Ja Panu wykazałem, że po prostu sparafrazowałem kilka dokumentów Kościoła. Nie przeprosił mnie Pan. Po prostu wątek zniknął z Pana wypowiedzi. Zresztą zapytałem o poglądy dzieci i ten wątek również zniknął z Pana wypowiedzi.

Potem oskarżył mnie Pan o fabrykowanie Katechez i obiecał "zrobić awanturę Kiko", jeśli rzeczywiście głosi takie poglądy, jakie mu przypisuję. Przedstawiłem je Panu. O żadnej awanturze nie słyszę.

W obu moich publicznych wypowiedziach pojawiają się dziesiątki zarzutów, które Pan opuścił. Broni się Pan rozpaczliwie przykładem Warszawy (i to dwóch wspólnot), ale to jednostkowa obserwacja. Kiedy podaję Panu przykłady z całego świata, Pan pisze o "oszczercach". Czy był Pan tam i zweryfikował te zarzuty? Ja im wierzę, bo sam doświadczyłem tego samego.

Zaczyna Pan wchodzić w kwestie, w których ja się w ogóle nie wypowiadałem publicznie i które nie mają znaczenia dla meritum: który małżonek do którego dołącza (jak pisałem, znam przykład odwrotny niż Pan pisze, ale nawet gdyby co do zasady było inaczej, jakie to ma znaczenie?). Jako że czuje Pan najwyraźniej swoją rację w tej sprawie, chce Pan zrobić z tego oś konstrukcyjną dyskusji (argument, który Pan przy tym użył - czy Pan na prawdę tak pomyślał, czy to była tylko próba sparodiowania mojego stylu?). Odpowiadam na to: znam przypadek odwrotny - ale to bez znaczenia. Nigdy w tej sprawie nie zabierałem publicznie głosu, a prywatnie Panu piszę o swojej praktyce, a w kontekście mojego sporu z Górnym to nie ma znaczenia, bo nie zamierzałem brać z nim ślubu.

Nie odróżnia Pan "Katechez" od "katechez", co świadczy o tym, że nie chce Pan angażować w ten spór małżonki, że szkoda dla waloru merytorycznego naszej dyskusji. Przecież takie rzeczy jak instrukcje postępowania z Katechezami czy zamknięty charakter Mszy nie są zostawione lokalnej inwencji twórczej, tylko są precyzyjnie ujęte w zalecenia Kiko. Być może ktoś się do nich nie stosuje - ale czyni to wbrew wyraźnej woli założycieli Drogi.

Są to sprawy, które powtarza się do znudzenia i mające bardzo głębokie powiązanie z resztą logiki wewnętrznej Drogi. O Katechezach - takie jest oficjalne uzasadnienie (w które ja nie wierzę) - mówi się, że muszą człowieka uderzyć w konkretnej sytuacji życiowej. Nie wolno więc ich udostępniać do publicznego obiegu, bo to by zepsuło efekt. Po drugie one muszą być wygłoszone przez kogoś, a nie przeczytane samemu. To również tworzy ciąg logiczny z pozostałymi zasadami Drogi. Przepraszam, że w naszej dyspucie nieco się unoszę i wyrażam niewystarczająco grzecznie wobec człowieka nieco ode mnie starszego - ale doprowadza mnie Pan do szewskiej pasji zaprzeczając rzeczom oczywistym.

To samo dotyczy tajemnicy spotkań. Niech Pan mi nie imputuje mówienia o konspiracji neokatechumenalnej w sensie, w którym nigdy o tym nie pisałem, tj. że nikt na świecie prócz Nogackiego nie wie o Drodze. Jest Wielkanoc, są ogłoszenia o głoszeniu Katechez, bywają co pewien czas tzw. misje. Nie zmienia to zasady, że spotkania są izolowane od parafii i zamknięte. Nawet jeśli niektórym odpowiedzialnym zdarza się to ignorować (Pana przypadek jest jedynym mi znanym!), jest to wbrew zaleceniu Kiko, które jest głęboko powiązane z resztą zasad Drogi. Czy Pan po prostu jest w złym humorze i chciałby Pan by i mnie się on udzielił, czy też Pan rzeczywiście nie wie, że nie można od tak zacząć chodzić do wspólnoty np. po II skrutinium? Nie może tego zrobić ani osoba z zewnątrz, ani inny neokatechumen, bo droga ma swoje etapy. Spotkania muszą być zamknięte, bo inaczej każdy by sobie pokonywał te etapy jak chce. W echu słowa ujawnia się pewne rzeczy o kolejnych etapach, których osoby na niższych etapach nie powinny wiedzieć (np. o sprzedaży jakiegoś zabezpieczenia majątkowego na I S), dlatego ten zakaz ma charakter kategoryczny, jeśli chodzi o wspólnoty różnego szczebla. Jeśli już w skrajnej sytuacji zdarzy się wspólna Eucharystia wspólnot różnego etapu (np. brak kapłana), to członkowie wyższej wspólnoty wcześniej się zbierają, albo odpowiedzialni dzwonią do każdego i przypominają by nikt podczas Echa nie chlapnął ani słowa o treści skrutinium. To znowu nie jest mój wymysł, ale zalecenia dla wszystkich - a jeśli w W-wie jest inaczej, to tym lepiej dla W-wy.

Zamiast toczyć dalej z Panem bezsensowne boje, po prostu zweryfikujemy nasze zarzuty publicznie.

Informuję Pana. że w najbliższym czasie zamierzam opublikować w Sieci poniższe zestawienie. Jeśli ma Pan jakiś komentarz do niego, proszę go przesłać. Jeśli nie będzie ważnych przeciwwskazań, to go dodam (ale treści już istniejących Pana wypowiedzi nie zmienię). Poniższy tekst zapewne nieco zmieni się co do formy, natomiast sens treści pozostanie bez zmian.

Pozdrawiam,

Robert Nogacki.

OSKARŻAM

Znany publicysta "Najwyższego CZASU!", Lech Stępniewski przysłał mi ostatnio kilka bardzo emocjonalnych e-mailów w sprawie neokatechumenatu. Odpowiedziałem mu nie mniej emocjonalnie - ludzie wierzący kłócą się między sobą rzadziej niż inni, lecz gdy już tak się stanie, żaden ateusz im nie dorówna w zapalczywości - a kilka wniosków z naszej dyskusji chciałbym poddać pod publiczną rozwagę.

Stępniewski jest chrześcijaninem bezwyznaniowym, lecz zarazem obrońcą neokachumenatu. Samo w sobie uważam to za znamienne zestawienie, choć w tym wypadku trzeba wziąć pod uwagę również afekt związany z tym, że Jego Czcigodna Małżonka jest od wielu lat członkiem tej wspólnoty. Pan Stępniewski wysunął kilka ciekawych, choć nieco mocno sformułowanych tez. Myślę, że podobne pomysły przyszły do głowy wielu Czytelnikom, dlatego chciałbym je zacytować (czynię to bez zgody Pana Stępniewskiego choć za jego wiedzą), a następnie zaproponować sposób w jaki moglibyśmy wspólnymi siłami je zweryfikować.

Jeszcze na wstępie chciałbym zaznaczyć, że na tle wypowiedzi prawdziwych apologetów Drogi ton wypowiedzi Stępniewskiego jest niezwykle wyważony i merytoryczny. Na przykład na stronie internetowego pisma "Verbum Traditionis" w księdze gości figuruje następujący zapis z 30 sierpnia 2000 roku, którego autorem jest niejaki elamiki@terramail.pl: "Dlaczego tak niby poważna strona o Kościele Katolickim zamieszcza teksty, które go oczerniają. Mam na myśli książkę ks. Enrico Zoffoli o Drodze Neokatechumenalnej. Przecież to są totalne bzdury, a skoro już ją propagujecie to dlaczego nie przedstawicie listu Józefa Glempa do biskupa mającego słowo wstępne w tej książce. Ta książka nie ma nawet żadnego zatwierdzenia przez władze kościelne. Idąc drogą obraną przez Was może opublikujecie jako nowość biblię satanistyczną". Ks. Zoffoli - Biblia Szatana, urokliwe to zestawienie! Przejdźmy jednak do zarzutów Stępniewskiego:

1. Katechezy są powszechnie dostępne i istnieje możliwość poddania ich normalnemu badaniu teologicznemu, a Nogacki kłamie, że jest inaczej.

Stępniewski ujmuje to dokładnie w takich słowach:

"Już od dawna materiały z konwiwencji dla biskupów dostępne są w Internecie - wraz z bogatym materiałem zdjęciowym. Można je też, zdaje się, zamówić w postaci książkowej, a zatem Pańskie wielokrotnie powtarzane fundamentalne oszczerstwo zostaje ostatecznie obnażone! Z przykrością obserwuje, jak pogrąża się Pan w swym zaślepieniu i dopuszcza karygodnych zaniedbań, jednocześnie rzucając bez umiaru najcięższe oskarżenia. Nie pofatygował się Pan bowiem nawet, by do wyszukiwarki internetowej wpisać kilka słów i te katechezy odnaleźć. Lud dawniej w takich sytuacjach mawiał, że "diabeł ogonem nakrył"...

Przepraszam za mój "chamski docinek" tj. złośliwa aluzje - domagając się od Pana jasności powinienem sam był napisać jasno, że Pan kłamie! "Kłamie" a nie "błądzi", gdyż człowiek dobrej woli, gdy wskazuje mu się popełniony przezeń błąd, stara się błąd ten naprawić, a przynajmniej się do niego uczciwie przyznaje, Pan natomiast "idzie w zaparte"".

Komentarz Nogackiego:

Kiko jeździ po świecie i spotyka się z wiernymi, regularnie opracowuje teksty nowych katechez, które potem są przekazywane we wszystkich wspólnotach na świecie. Takie wypowiedzi Kiko również zazwyczaj nie są publikowane na zewnątrz, lecz to nie je mamy na myśli, gdy mówimy o trzymaniu Katechez w tajemnicy. My mówimy o Katechezach z wielkiej litery, nazwie własnej która określa konkretny zestaw tez teologicznych, wygłaszany przy tworzeniu wspólnoty i który jest fundamentem całego ruchu.

Początkowo istniał on tylko jako maszynopis, potem pojawiły się wewnętrzne, pilnie strzeżone wydania. To właśnie je (a także inne zalecenia Kiko dla katechistów) obowiązuje ścisła tajemnica, na którą składa się kilka warunków. Chodzi tutaj o:

1. brak publicznej dystrybucji Katechez,

2. ograniczenie dostępu do Katechez tylko dla katechistów,

3. katechiści po wygłoszeniu Katechez muszą oddawać swoje egzemplarze odpowiedzialnym wyższego stopnia,

4. zakaz kserowania i tym podobnych działań,

5. zakaz przekazywania osobom postronnym.

Są to warunki zupełnie oczywiste jeśli weźmie się pod uwagę szereg mniej lub bardziej ewidentnych herezji które zostały w nich zawarte. Cel jest jasny - uniemożliwić normalną debatę nad ich treścią. Ostatnio ten cel staje się nieosiągalny, gdyż wielu zatroskanych katolików przedstawiło w Internecie lub książkach zapisy Katechez uzyskane od skruszonych członków Drogi. Nie zdziwiłbym się więc gdyby neokatechumeni, postawieni przed faktem dokonanym, pogodzili się w przyszłości z publicznym obiegiem Katechez. Natomiast bardzo łatwo jest sprawdzić, kto z nas dwóch ma rację, Stępniewski czy Nogacki. Otóż neokatechumenat funkcjonuje w Polsce około 20 lat i jak rozumiem przez ten czas Katechezy były w normalnej dystrybucji - tak jest jeśli Stępniewski ma rację. Proszę zapytać w najbliższych księgarniach, szczególnie w księgarniach katolickich, czy i kiedy były w sprzedaży Katechezy Kiko? (Powtórzmy: nie pierwsze lepsze wydawnictwo z wypowiedziami Kiko, ale Katechezy!).

Jest to apel również do samych neokatechumenów - proszę pomóc swojemu ruchowi oczyścić się z zarzutów. Faktury VAT przechowuje się przez pięć lat od końca roku w którym dokonano transakcji. Rozumiem więc że neokatechumenat w Polsce (zapewne Centrum Neokatechumenalne w Lublinie) posiada faktury i noty debetowe z lat 1995-2000, które wskazują że ileś tysięcy Katechez wprowadzono do publicznej dystrybucji: przez EMPIKi, Księgarnię św. Wojciecha, Radio Maryja i tym podobne instytucje. Są pewnie ogłoszenia w prasie katolickiej w których proponowaliście Państwo sprzedaż wysyłkową, etc. Wystarczy je przedstawić i to utnie wszelkie wątpliwości. Jeszcze raz zachęcam Czytelników do pytania w księgarniach i przysyłania mi informacji o efektach!

nogacki@amishparadise.com

2. Eucharystie są spotkaniami otwartymi, a Nogacki jest oszczercą sugerując coś innego.

Stępniewski ujmuje to dokładnie w takich słowach:

"Że kapłani z kurii często nie mają pojęcia o NK to żaden argument - świadczy to jedynie o ich lenistwie. Czy z faktu, że dzisiejsi kapłani nie znają łaciny, wyciągnie Pan wniosek o konspiracji łacinników? A wziąć podręcznik i pouczyć się! Albo: ruszyć dolną część pleców i pójść na tę tajemniczą "celebrację", czy choćby popytać się prezbitera jakiejś wspólnoty. Czy zna Pan choć jeden wypadek, że księdza, który chciał pójść na neokatechumenalną msze, nie wpuszczono!!! Nawet u was, na prowincji..."

"Byłbym także wdzięczny za e-mail p. D. (chodzi o osobę ostrzegającą przez Drogą - R.N.). Mimo że do NK nie należę, sądzę, że uda mi się złamać opór Mędrców Syjonu, tj., tfu, "katechistów" i przekazać p. D. adresik, pod którym będzie mógł z wypiekami na twarzy obejrzeć tak podniecającą go "celebrację".

Przepraszam, że ironizuję, ale na moim ślubie - z msza neokatechumenalnie celebrowana we wspólnocie - był, kto chciał, i zadni "katechiści" nie mieli tu nic do gadania (aaa, prawda, może to efekt mojej "silnej osobowości" - nawet modernistyczna konspiracja się jej ulękła)".

"Oszczerczo twierdzi Pan, że tajność NK jest "stałą praktyka". Gdy grzecznie Panu tłumaczę, że w Warszawie panują jednak inne obyczaje, Pan zamiast ustosunkować się do tej prawdy materialnej powołuje się na... swoje linki do kilku innych oszczerców, w tym tak wiarygodnych, jak jakieś kompletnie zateizowane gazetki, dla których NK to "fundamentalistyczna sekta". Gratuluję zacnego towarzystwa..."

Komentarz Nogackiego:

Wśród linków które ostrzegają przed neokatechumenatem wymieniam bardzo różne osoby - zwolenników objawień w Medjugorie, osoby ateizujące, tradycjonalistów, katolików posoborowych - by wskazać, że jest to problem dla wszystkich ludzi dobrej woli, a nie tylko radykalnych integrystów. A co do meritum: w drodze wyjątku na eucharystie bywają wpuszczane osoby z zewnątrz. Klasycznym przykładem takiej sytuacji są celebracje wielkanocne (podejrzewam że wiele zależy tu od wspólnoty i asertywności osoby, która chce się dostać do wnętrza). Nie zmienia to ogólnej zasady, że są to spotkania zamknięte dla osób postronnych. Ponownie bardzo łatwo zweryfikować prawdziwość moich twierdzeń. Zachęcam Czytelników do pytania w Kurii lub swojego proboszcza o najbliższą wspólnotę Drogi. Proszę się udać do parafii w której się znajduje i sprawdzić na tablicy ogłoszeń czy Msza neokatechumenatu jest uwzględniona w normalnym rozkładzie Mszy i czy odbywa się w świątyni. Jestem głęboko przekonany, że na oba pytania nadejdzie odpowiedź negatywna - będę jednak publikował wszystkie głosy. Do dzieła!

nogacki@amishparadise.com

3. Prawdziwe Katechezy nie zawierają herezji, a Nogacki sam sobie napisał ich inną wersję:

Stępniewski ujmuje to dokładnie w takich słowach:

Bardzo proszę o jednoznaczny cytat z Katechez (mogą być Frania, mogą być innych katechistów) stwierdzający, że celem drogi NK nie jest nawracanie "nawet na chrześcijaństwo" (ten Jezus Chrystus z Matka Boska to tak dla ozdoby albo dla zmyłki?), ale "czynienie życia innych lepszym bez względu na wyznanie". Jeśli to prawda, to chociażem bezwyznaniowiec (ale Chrystusowy!), natychmiast polecę i zrobię im nieziemska awanturę, a moja "silna osobowość" gwarantuje, że nie pozostanie to bez echa. Z tego względu byłbym bardzo wdzięczny za przesłanie mi oryginału wzmiankowanych katechez. Chyba że właśnie go Pan pisze...

Komentarz Nogackiego:

Wysłałem Panu Stępniewskiemu nie jeden cytat, ale kilka (z Orientamenti dla ekip katechistów), na które On nie odpowiedział. A dla Państwa istnieje bardzo łatwa metoda sprawdzenia czy Katechezy i Orientamenti zawierają te tezy, o których my mówimy czy też rację ma Stępniewski sugerując, że je fabrykujemy. Wystarczy udać się do proboszcza tej parafii w której zlokalizujecie Państwo Drogę, poprosić go o rzeczone teksty i samemu to sprawdzić. Jestem przekonany, że proboszcz albo sam ich nie ma (jeśli nie jest członkiem neokatechumenatu), albo Wam odmówi (jeśli jest) - lecz może będą wyjątki. Również w tym wypadku chciałbym opublikować efekty Waszej pracy. Przy okazji możecie Państwo jeszcze raz upewnić się czy Katechezy są w normalnej dystrybucji. Proszę zaproponować "odpowiedzialnym" wspólnoty lub proboszczowi, że chcielibyście kupić egzemplarz Katechez. W odpowiedzi zostanie Wam przedstawione wiele różnych wydawnictw - proszę jednak obstawać przy nabyciu oryginalnych Katechez, dokładnie tych które są wygłaszane przy tworzeniu wspólnoty. Jaka będzie reakcja "odpowiedzialnych"?

nogacki@amishparadise.com

Myślę, że warto poświęcić nieco zachodu by przygotować odpowiedź na powyższą ankietę. Po pierwsze dzięki temu wyrobicie sobie Państwo własne zdanie w bardzo doniosłej dyskusji, która toczy się między różnymi chrześcijanami. Instytucje religijne że swej natury niechętnie mówią o wewnętrznych rozbratach, może więc tego na zewnątrz nie widać, lecz zapewniam że między kapłanami toczą się spory nie mniej namiętne niż między mną a Panem Stępniewskim. Po drugie jeśli ja bym wyników nie opublikował, to również wtedy Wasza praca nie idzie na marne: otrzymujecie bardzo klarowny sygnał, że nie jestem osobą rzetelną.

Wyniki opublikuję pod koniec roku.


 

Stępniewski do Nogackiego, 25 lipca 2001 [Re: Koniec naszej dyskusji]

Sprytna manipulacja!!! I jak ładnie mnie Pan przedstawia ("afekt związany z tym, że Jego Czcigodna Małżonka...")! Znaczy - zgłupiał z miłości do baby, więc mu darujmy! Ale czemu tylko takie okrawki, pomieszane i pozlepiane? Publikacja w internecie prawie nic nie kosztuje, więc nie widzę żadnych przeszkód, by nie ogłosić naszej korespondencji in extenso. I bez jakiegokolwiek "interpretacyjnego" komentarza! Ja tak uczynię, bo nie mam nic do ukrycia. Pan najwidoczniej ma...

I jeszcze parę słów ad rem. Zmyśla Pan okrutnie. Nigdzie nie twierdziłem, że wszystkie katechezy są dla wszystkich dostępne; że na każde spotkanie każdy może wejść etc. Twierdziłem jedynie (a z punktu widzenia Pana tez - aż!), że jeśli ktoś chce poczytać, co głosi Kiko - może to zrobić. Także każdy biadolący ksiądz ("my nie wiemy...") oraz chętny świecki może przekonać się bez wielkiego trudu, jak wygląda neokatechumenalna celebracja.

Nb. gdyby neokatechumenat miał być tak otwarty, jak Pan zdaje się tego wymagać, byłby to z duchowego punktu widzenia absolutny nonsens! To jest droga chrześcijańskiego wtajemniczenia, a nie jakieś wiece ideologiczne, gdzie zebrani dodają sobie otuchy wykrzykiwaniem jedynie słusznych haseł!

Dotąd nie używałem takiego argumentu, ale może warto by czytelnikom jednak wyraźnie uprzytomnić, że Neokatechumenat jest zaaprobowany przez Stolicę Apostolską ("uznaję Drogę Neokatechumenalną jako itinerarium formacji katolickiej ważne dla współczesnego społeczeństwa i dla naszych czasów" - Jan Paweł II, 30 sierpnia 1990 roku) i ma jej poparcie. Apostolskie błogosławieństwo otrzymywały Wspólnoty Neokatechumenalne (jako wspólnoty!) wielokrotnie. Przeciwko komu zatem NK konspiruje? A teraz powinien Pan wreszcie otwarcie napisać, że to wszystko dla Pana nieważne, gdyż Pan "biskupa Wojtyły" (to Pańskie określenie) nie uważa za papieża Kościoła Katolickiego, wskutek czego Stolica Apostolska jest pusta jak wydmuszka i niczego "uznawać" nie może.

Pan jednak w swym "streszczeniu" naszej dyskusji wszystkie swe kąśliwe uwagi na temat "posoborowego kościoła", papieża etc. całkowicie pominął!!! Tym samym Pańskie stanowisko zostaje zręcznie zamazane; a moje już na początku uwypuklone - "bezwyznaniowiec". Jak sadzę po to, by przychylnie usposobić do Pana tez (a odstręczyć od NK) różnych "zwykłych" katolików, nie do końca zorientowanych w przedmiocie sporu. A byliby zapewne bardzo zdziwieni, gdyby okazało się, że to ten "bezwyznaniowiec" ma dla ich ukochanego papieża więcej szacunku niż pryncypialny katolik (własnego chowu).

No tak, ale Pan woli uprawiać jakąś potworną logoreję, bez najmniejszego merytorycznego znaczenia. Mam na myśli ów długi i barwny passus, w którym domaga się Pan na koniec faktur VAT na dowód, że neokatechumenat rozprowadza (po EMPiK-ach!!) katechezy Frania. Przypominam, że w żadnym EMPiKu, ani w ogóle nigdzie nie znajdzie Pan również tego, co głosi się na tysiącach zamkniętych rekolekcji (ogólne założenia - owszem, ale te również w przypadku Frania są dostępne). I idę o zakład, że gdyby jutro NK zaczął masowo coś tam rozprowadzać (na szczęście na to się nie zanosi...), Pan natychmiast uznałby to za ohydne quasi-jehowickie obyczaje polegające na zalewaniu porządnych katolickich głów potopem broszurek i książek.

A tak nawiasem - czy Jezus Chrystus miał fakturę VAT na Kazanie na Górze?

Lech Stępniewski

P.S. Nie ustosunkowywałem się do wszystkiego, bo wszystko i tak czytelnicy znajdą w "pełnym wydaniu" naszej korespondencji. Byłoby to zatem jedynie zbyteczne powtórzenie. Znajdą tam też m.in. cytaty, jakie przesłał mi Pan z katechez Frania, a których teraz - chyba ze wstydu, że jawnie odbiegają od szumnych zapowiedzi - jakoś w Pańskim "streszczeniu" zabrakło. Czytelnicy powinni pewnie uwierzyć Panu na słowo, że zostałem wprost zmiażdżony. Ale czy nie za wiele wiary się Pan domaga od ludzi w tym zsekularyzowanym świecie...

Nie widzę żadnych "ważnych przeciwwskazań", by nie mógł Pan tego oto listu zamieścić w całości po swojej, ocenzurowanej wersji naszej dyskusji. W przyszłości poproszę Pana jeszcze o umieszczenie odnośnika do odpowiedniego miejsca na mojej stronie.


POSTSCRIPTUM z końca 2002 roku]
Od czasu opublikowania tej polemiki w Internecie w lipcu 2001 roku wiele się zmieniło. Z przyjemnością odnotowuję, że p. Robert Nogacki nieustannie się rozwija. Ze strony Wirtualnej Wandei dawno już zniknął ów "olbrzymi essay biograficzno-teologiczny" skierowany przeciwko "Frondzie" i lansowanej przez nią "modernistycznej konspiracji", która tańczy po żydowsku - oczywiście na pasku wiadomych sił. Zapowiadana z wielkim hukiem ankieta na temat Neokatechumentu też cichutko oddała ducha i próżno szukać jej wyników. To dobrze. Każdy z nas robi czasem głupstwa, ale głupotą niewybaczalną jest jedynie uparte przy nich obstawanie.

Z drugiej strony neokatechumenalni konspiratorzy odnotowali kolejny sukces: w czerwcu tego roku Stolica Apostolska zatwierdziła wreszcie tzw. Statuty Drogi Neokatechumenalnej. Uczestniczyły w tym Papieska Rada ds. Świeckich, Kongregacja Doktryny Wiary, Kongregacja Kultu Bożego, Kongregacja Duchowieństwa i Kongregacja Wychowania Katolickiego, ale oczywiście Statuty mają także pełną aprobatę Ojca Świętego. Jak piszą nieskromnie konspiratorzy na swojej oficjalnej stronie Oficjalna strona Drogi Neokatechumenalnej: "Jest to gest o wielkiej doniosłości, gdyż dotyczy pierwszego katechumenatu pochrzcielnego uznanego oficjalnie przez Kościół katolicki".


© Lech Stępniewski lipiec 2001

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny