Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny

 

DO CZEGO PANU BOGU SĄ POTRZEBNE NARODY?

LECH STĘPNIEWSKI


Oczywiście - do niczego! Gdyby były Mu do czegoś potrzebne, to przecież by je stworzył; podobnie jak stworzył "drzewa owocowe rodzące na ziemi według swego gatunku owoce", czy "bydło, zwierzęta pełzające i dzikie zwierzęta według ich rodzajów". I jeszcze pewnie nie omieszkałby na koniec dodać, że narody są dobre, każdy wedle swego rodzaju, więc niech odtąd sobie rosną niby kwiaty cudne, każdy na swoim gumnie, które jego jest, więc gdyby co, niech je zaraz bez zwłoki i bez skrupułów wyzwala. A który by naród o tej swojej misji gumnianej zapomniał, niechaj będzie przeklęty i niech skończy marnie w Unii Europejskiej. Amen.

Tymczasem w Biblii jakoś nic o stwarzaniu narodów nie ma. Pierwsze aluzje do przodków różnych "grup etnicznych" pojawiają się dopiero w związku z potomstwem Noego; już po tym, gdy Pan Bóg "widział, że wielka jest niegodziwość ludzi na ziemi i że usposobienie ich jest wciąż złe (...), i zasmucił się". Wcześniej, gdy mowa o potomstwie Adama, przez przodków rozumie się raczej założycieli branżowych związków zawodowych niż narodów. Jest więc Jabal, przodek pasterzy, Tubal-Kain, kowal, z jego rodu wywodzą się ci, co mają do czynienia z metalami, czy też praojciec szoł-biznesu Jubal - "od niego to pochodzą wszyscy grający na cytrze i na flecie".

Owszem, na podstawie pewnej biblijnej przypowieści można przyjąć, że narody pojawiły się jednak wskutek Bożej interwencji, ale - przypowieść nie pozostawia tu żadnych wątpliwości - pojawiły się za karę! Wtedy, gdy ludzie wspólnie, niejako powtarzając w skali społecznej grzech pierworodny, spróbowali udowodnić Bogu, że to oni sami decydują, na czym polega ich człowieczeństwo. Natychmiast zresztą dzięki oszałamiającemu postępowi technicznemu ("a gdy już mieli cegłę zamiast kamieni") postanowili też zastąpić słabo uzasadnione religijne przesądy o "Bożym obrazie" w człowieku - widzialnym i efektownym wyrazem owej czysto ludzkiej jedności: "Chodźcie, zbudujemy sobie miasto i wieżę (...), i w ten sposób uczynimy sobie znak, abyśmy się nie rozproszyli po całej ziemi". Aliści przypływu takiej szatańskiej pychy Bóg bogaty w miłosierdzie już nie zdzierżył, i - sprowadzając "naturalną" ludzką jedność do absurdu poprzez pomieszanie języków - dowód obalił. Quod erat demonstrandum - jak mawiają w podobnych razach matematycy.

Być może od tamtej pory istnienie narodów ma jakiś Boży zamysł pedagogiczny na celu - choćby taki, by nam się w głowach od humanizmu nie poprzewracało. Nie ulega jednak wątpliwości, że istnienie jakiegokolwiek konkretnego narodu nie jest dla ekonomii zbawienia niezbędne. Gdy nadejdzie dzień straszliwego Sądu, na Ziemi już od dawna nie będzie Amalekitów, Etrusków, Egipcjan (tych, o których myślimy patrząc na piramidy), Prusów i setek - o ile nie tysięcy - innych narodów, bo przecież w istocie mieszkamy na wielkim cmentarzu. I naprawdę świat się nie zawali (tj. wtedy akurat się zawali, jak twierdzi św. Jan w Apokalipsie, ale z zupełnie innych powodów), jeżeli wśród żyjących zabraknie na przykład Czeczenów, Palestyńczyków albo nawet - odważmy się na tę herezję; najwyżej redaktorowi Sommerowi szyby wybiją - Polaków.

Skoro zaś Pan Bóg nie potrzebuje Czeczenów, Palestyńczyków, Polaków etc., "aby świat zbawić" (J 12,47) - w końcu zesłał swego Syna, gdy jeszcze żadnych Czeczenów, Palestyńczyków ani Polaków nie było! - tym bardziej nie potrzebuje niepodległych Czeczenów, niepodległych Palestyńczyków, niepodległych Polaków etc. Jedyne, czego Mu rzeczywiście potrzeba, to ludzi wolnych. To znaczy takich, do których mógłby powiedzieć: "Pójdźcie za mną!" - jak rzekł do Piotra i Andrzeja - nawet jeśli, jak to właśnie zdarzyło się w wypadku apostołów, do żadnego niepodległego narodu akurat nie należą. Mylenie zaś wolności z tzw. "niepodległością" własnego narodu należy do najgrubszych przesądów naszych czasów. (Nb. za taki "niepodległy naród" zazwyczaj uważa się naród najliczniejszy w danym państwie, wskutek czego ostatnio - zgodnie z modą na nacjonalizm a rebours - resztę traktuje się z kolei jako pokrzywdzone "mniejszości", którym tę straszliwą krzywdę braku "niepodległości" trzeba jakoś specjalnie zrekompensować.)

Naturalnie, prześladowania narodowe istnieją, najczęściej zresztą dokonywane przez niepodległościowców zza drugiej strony granicy, lecz robiąc rachunek zysków i strat tzw. "wybijania się na niepodległość" nie przesadzajmy z zyskami! W Warszawie jest dziś bez porównania więcej "niepodległości" niż sto lat temu, proszę mi jednak wytłumaczyć, czym różni się przymus zaopatrywania towarów w polskie napisy od przymusu wywieszania nad nimi rosyjskich szyldów? Zastanawiam się też, czy gdyby Wokulski wiedział, że "narodowa władza" potrafi interesować się marżami w jego sklepie, sposobem, w jaki zwalnia pracownika ("Panie Mraczewski (...) od jutra niech pan postara się o inne miejsce"), metką z ceną na każdej batystowej chusteczce etc. etc., na pewno miałby ochotę zamienić swe ówczesne "zniewolenie" na naszą dzisiejszą "niepodległość"? No tak, ale to był prywatny kupczyk! Może więc coś z dziedziny "dobra wspólnego"? Otóż życzę nowemu panu prezydentowi Kaczyńskiemu jak najlepiej, to znaczy życzę mu, by zrobił dla Warszawy połowę, czy choćby ćwierć tego, co zrobił dla niej niegdyś carski czynownik Sokrates Starynkiewicz. A że równocześnie nad duchowym życiem narodu zapadła "noc apuchtinowska"? Cóż, patriotyczne wiersze obywatele sami sobie jeszcze od biedy napiszą i rozprowadzą (tak nawiasem, tylko surowe zakazy sprawiają, że patriotyczne wiersze w ogóle dają się czytać...), ale już na przykład metra sami - nawet w ramach państwa podziemnego - nijak nie wybudują. Wskutek czego dzisiejsi warszawiacy tracą więcej czasu na ogłupiające stanie w korkach, niż za Apuchtina tracili w związku z przymusem poddawania się wszystkim niegodziwym zabiegom rusyfikacyjnym razem wziętym.

Ale, powiadają, niewola demoralizuje: na każdym kroku trzeba znosić czynownicze bezprawie, korupcję, upokorzenia - nawet gdy człowiek tylko pokornie pyta, gdzie się podziały jego dobrowolne inaczej składki na ZUS (o pardon, to nie z epoki Apuchtina...). Nie przeczę, wszystko to być może. Rzecz w tym, że kult "niepodległości" prowadzi do dewiacji moralnych znacznie groźniejszych, co dobitnie uprzytomniła mi ostatnia dyskusja w "Najwyższym CZASIE!" o terroryzmie czeczeńskim.

Okazuje się bowiem, że nawet dla wielu P.T. Czytelników pisma konserwatywno-liberalnego masakrowanie niewinnych ludzi, gdy w grę wchodzi taki cymes, jak "niepodległość narodu", bywa co najmniej "usprawiedliwione", jeśli nie wręcz "godne poparcia". Więcej, wychodzi na to, że jeśli pan X zrobił źle, zabijając okrutnie mego niewinnego rodaka, to ja też - w imię, podobno, absolutyzmu moralnego!? - powinienem zrobić źle, zabijając z kolei jakiegoś niewinnego rodaka pana X, i wtedy dopiero będzie Dobrze i Sprawiedliwie! Jest to satanizm czystej wody, przy którym kodeks Hammurabiego przypomina arcydzieło subtelnej myśli etycznej. Jak zatem widać, naród, ów bękart ludzkiej pychy spod wieży Babel, nie tylko nie jest konieczny do zbawienia, ale jego nieumiarkowana adoracja może wręcz skutecznie od zbawienia odwodzić.

Co daję pod rozwagę zwłaszcza moim gorącogłowym ziomkom, których przodkowie mieli wprawdzie Przenajświętszą Panienkę w wielkim poważaniu ("a wreszcie (...) zwrócił się pan Andrzej do Czarnieckiego: - Na Boga! przeciw Najświętszej Pannie bluźni... (...) Nie wytrzymam!"), ale "w narodowej sprawie" sami nie wahali się posuwać aż do publicznego praktykowania bluźnierstw nie mniej okropnych (Zbyszewski, za którym cytuję, chyba tego nie zełgał; zresztą akurat w tym miejscu swego "Niemcewicza od przodu i tyłu" powołuje się na źródła):

"W katedrze odprawiano uroczyste nabożeństwo za żołnierzy poległych w powstaniu. Tłum modlił się na głos: - Ojcze Naczelniku nasz, święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja jako w Polsce tak w Moskwie i w Prusach...

A potem: - Wierzę w Tadeusza Kościuszkę, stworzyciela wiele mogącego powstania Narodu, Wolności, Całości, Niepodległości Polskiej...".

Przedmurze chrześcijaństwa?! Voila!


© Lech Stępniewski listopad 2002

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny