Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny

 

MYSZY I LUDZIE

LECH STĘPNIEWSKI


Pojedziemy na łów, na łów - zaśpiewali myśliwi i pojechali. Na polowaniu długo nic się nie działo, aż wtem coś zaszeleściło w krzakach. "Ach, to na pewno dzik - pomyślał najbystrzejszy myśliwy - bo widzi mi się, że sąsiednie stanowisko zaczyna się trochę dalej". I zaraz wystrzelił. Potem było jeszcze dużo strzelania i uciechy. Ale jedna porcja bigosu wystygła, bo przy ognisku jakoś wciąż nie udawało się wszystkich doliczyć.

Nie gniewajcie się, że bajka smutno się kończy, bo i w życiu czasem bywa niewesoło i trudno się wszystkich doliczyć. Prawda, zrazu jest chwila uciechy, lecz potem w brzuchu coś się zaczyna dziać, też jakoś tak mgliście i niewyraźnie, jakby szeleściło w krzakach. "Ach, to na pewno tylko płód - myślą sobie wtedy bystro - bo przecież wiadomo, że człowiek zaczyna się trochę później". I już nie mają wątpliwości, co robić.

Dla tych, którzy dopuszczają aborcję, człowiek zawsze "zaczyna się trochę później". Ze zrozumiałych względów nie mogą oni przyznać, że zaczyna się od poczęcia, ale nie mogą także przyznać, że w ogóle nie wiadomo, kiedy się zaczyna. No bo jakże tak strzelać w krzaki nie upewniwszy się wprzódy, czy za nimi przypadkiem kogoś nie ma?

Wbrew pozorom upewnienie się nie jest wcale trudne i wymaga jedynie cierpliwości. Na polowaniu wystarczy zazwyczaj kilka minut, by zobaczyć, co z krzaków wylezie. Podobnie w życiu - tylko trwa to nieco dłużej. Dlatego jeśli ktoś nie jest pewien, co też takiego zamieszkało w kobiecym brzuchu, niechże poczeka dziewięć miesięcy, a sam się przekona!

Oczywiście zwolennicy nieskrępowanego opróżniania macic tylko udają, że to dla nich jakaś tajemnicza zagadka. Rozprawiają o zarodkach, embrionach czy płodach, a w gruncie rzeczy dobrze wiedzą, czego się pozbywają. Nie dokonuje się wszak aborcji po to, żeby nie mieć płodu, ale po to, żeby nie mieć dziecka.

 

Miła średniowieczna ciemnota...

Powiadając, że człowiek "zaczyna się trochę później", na przykład w miesiąc po poczęciu, a wcześniej jest tylko kisiel komórek, które można wygarnąć łyżeczką, albo osobliwe stworzonko z gatunku "płód", przypominamy szalonych myśliwych ustalających, że po krzakach, owszem, wolno pruć śrutem - byle przed siódmą rano. A to już brzmi cokolwiek głupawo. Także podawane terminy wiszą w powietrzu, no bo jeśli miesiąc po poczęciu, to czemu nie dwa, jeśli zaś dwa, czemu nie trzy etc.

Potrzeba wsparcia czymkolwiek tych dzikich fantazji jest tak wielka, że postępowcy nie wahają się czasem nawet nurzać w mroki średniowiecza. Wasi uczeni doktorowie - powiadają do katolików - najtęższe teologiczne głowy, też przecież podzielali pogląd o opóźnionym uczłowieczeniu płodu. Bo święty Augustyn to, a święty Tomasz siamto... No i naturalnie zaraz przypominają te słynne czterdzieści dni, co do których rzeczywiście część teologów mniemała, że dopiero po ich upływie płód (męski) staje się człowiekiem. Taki ich nagle szacunek do nauk świętej teologii ogarnia!

Nie do wszystkich, ma się rozumieć. Gdy jakiś trzynastowieczny paryski profesorek oblicza, ile diabłów mieści się na czubku szpilki, to jest to wspaniała ilustracja średniowiecznej ciemnoty. Ale gdy inni teologowie liczą, ile dni musi minąć, by płód stał się człowiekiem, to jest to pogląd godny odnotowania i namysłu. Skądinąd postępowcy standardowo uważają Kościół pokonstantyński za obrzydliwy i krętacki, skromne resztki sympatii rezerwując dla wczesnego chrześcijaństwa - ciemnego, ale poczciwego i nadgryzanego przez lwy.

Tymczasem na początku wcale tak mądrze nie było i nikt żadnych dni nie rachował. W "Nauce dwunastu apostołów" naucza się zwyczajnie: "Nie zabijaj dzieci przez poronienie, ani nie przyprawiaj ich o śmierć już po urodzeniu" ("Didache", II, 2). Ponieważ w starożytności najwięcej dzieci zabijano tym drugim sposobem, pochodzące z końca II w. pismo "Do Diogeneta" podkreśla, że chrześcijanie "żenią się jak wszyscy i mają dzieci, lecz nie porzucają nowo narodzonych" (V, 6). Także Tertulian w "Apologetyku" oznajmia stanowczo:

"Nam zaś, ponieważ zabójstwo raz na zawsze wykluczamy, nawet płodu w łonie matki, kiedy jeszcze krew formuje człowieka, nie wolno zniszczyć. Powstrzymać poród, to tylko przyspieszenie zabójstwa, i nie ma różnicy, czy ktoś już urodzone życie wydziera, czy też dopiero rodzące się niszczy. Człowiekiem jest i ten, który ma być człowiekiem; przecież także każdy owoc jest już w nasieniu" (IX, 8).
Niestety, krótko to trwało, bo i chrześcijanie chcieli pokazać światu, że sroce spod ogona nie wypadli, więc napompowali się pogańską filozofią i zaczęli się okropnie mądrzyć. A w takich sprawach wiadomo - im mądrzej, tym głupiej.

Już święty Augustyn w "Podręczniku dla Wawrzyńca" wdał się w (zaiste - poronione) rozważania, czy z płodów poronionych tylko ukształtowane zmartwychwstaną, a nieukształtowane przepadną jako zmarniałe nasiona, czy też zmartwychwstaną i te, i te, bo przy zmartwychwstaniu zostanie "dopełnione to, czego brakowało ich kształtom". Ale na szczęście dodawał roztropnie:

"W związku z tym mogą wśród wielkich uczonych odbywać się bardzo drobiazgowe zagadnienia i rozprawy, które czy człowiek może rozwiązać, nie wiem - mianowicie, kiedy zaczyna człowiek żyć w żywocie, czy jest jakie życie ukryte, nie objawiające się jeszcze w poruszeniach żyjącego" ("Enchiridion ad Laurentium", LXXXVI)
Potem było już znacznie gorzej z uwagi na rosnący autorytet Arystotelesa, który w swym późnym traktacie "Peri zoon geneseos" (czyli "O rodzeniu się zwierząt") po skomplikowanych rozważaniach nad tym, skąd bierze się dusza w embrionie, ostatecznie zawyrokował, że rozum (albo dusza intelektualna, psyche noetike) "wchodzi do niego z zewnątrz" (thyrathen). Rozum bowiem jest boski i nie sprowadza się do jakiegokolwiek aktu organizmu. ("De gener. anim"., 736 b).

Aczkolwiek nic nie stoi na przeszkodzie, by w wersji katolickiej Bóg wszechmogący wkładał duszę "z zewnątrz" już w chwili poczęcia, wydawało się niektórym, że byłoby uprzejmie ze strony embrionu, gdyby przed przyjęciem tak wspaniałego daru nieco się ogarnął i uformował. Stąd m.in. te nieszczęsne czterdzieści dni i rozmaite spekulacje w podobnym stylu.

Nota bene spekulacje te mają cień sensu wyłącznie wtedy, gdy przyjmujemy, że istnieje jakieś "zewnątrz", tj. dobry Pan Bóg faszerujący embriony duszami. Cóż jednak począć mają fanatyczni materialiści, co to w żadne "domniemane istoty nadprzyrodzone" nie wierzą, ani nawet w żadne najmizerniejsze "nadprzyrodzenie", a jeno w przyrodzenie samo i jego wesołe igraszki? Skąd im do, dajmy na to, trzymiesięcznego płodu człowieczeństwo nagle wskoczy, gdy dla nich żadnego "zewnątrz" w ogóle nie ma?

 

Nauka daje nauczki...

Uczona odpowiedź, że człowieczeństwo znikąd wskakiwać nie musi, bo "po prostu" pojawia się w określonym momencie czysto materialnego procesu rozwojowego, w istocie kryje kolejne głupstwo. Znaczy to bowiem na dobry ład tyle, że człowiek staje się człowiekiem w pewnej fazie rozwoju człowieka.

Kiedy ma miejsce owa "pewna faza", też nic pewnego nie można powiedzieć. Dla jednych najważniejszy jest widok i np. bardzo ich zbrzydza, gdy embrion przypomina rybę, ale już ujdzie, gdy staje się podobny do kurczaka. Inni wybierają sobie jakiś fajny organ: płuca, serce, albo najlepiej mózg, i póki ten organ się nie ukształtuje, krzywią się i za żadne skarby takiego wybrakowańca nie chcą określić dumnym mianem człowieka. Jeszcze inni bąkają coś, na razie niezbyt śmiało, o tym, że "uczłowieczenie" dokonuje się definitywnie w społeczeństwie, więc, kto wie, może człowiek staje się człowiekiem dopiero z chwilą, gdy zaczyna się socjalizować. Na przykład umie sikać do nocnika, albo przeciwnie: lać w majtki i łgać bezczelnie, że to deszczyk je zmoczył.

Wszystkie te rozróżnienia muszą być oczywiście zawsze arbitralne, dlatego dobrze jest je przyprawić jakimiś "ustaleniami nauki", by gawiedź przełknęła je gładko i nie zadawała głupich pytań. Już w czasach mniej naukowych niż nasze trik ten nieźle zdawał egzamin. Z nauki o naukowym komunizmie wynikało niezawodnie, że prawdziwym człowiekiem jest dopiero "człowiek sowiecki". Do nieco odmiennych wniosków doszła w tym samym czasie niemiecka naukowa antropologia rasowa, której na pytanie o prawdziwego człowieka wyszedł z kolei "czystej krwi aryjczyk".

Lordowie brytyjscy głosujący niedawno nad ustawą zezwalającą na tzw. terapeutyczne klonowanie ludzkich embrionów, też są nie w ciemię bici. Aby nikt przypadkiem nie pomyślał, że zabawiali się w wyciąganie liczb z kapelusza, przyjęli jako górną granicę wieku dla sklonowanego embrionu 14 dni - moment bardzo naukowy.

Embrion mierzy wówczas mniej więcej jeden milimetr i wykształca się w nim właśnie mezoderma - trzeci listek zarodkowy leżący pomiędzy dwoma wcześniej ukształtowanymi listkami: ektodermą i endodermą. Równocześnie w części ogonowej blaszki (resp. tarczki) zarodkowej, która następnie rozwinie się w zarodek, tworzy się tzw. smuga pierwotna, co czasem przyjmuje się za pierwszą oznakę "indywidualizacji" embrionu [Nb. wbrew temu co napisał p. Tomasz Jarosz w NCZ! 5/2001, w okresie tym, tj. przed powstaniem mezodermy, nie tworzą się jeszcze "zalążki ludzkich narządów"; 9 dnia nie powstaje też żaden "pierwotny pęcherzyk żółciowy", lecz pęcherzyk żółtkowy, z tamtym nie mający nic wspólnego!].

Na pozór wygląda to całkiem porządnie. Czcigodni Lordowie spojrzeli chłodnym, naukowym okiem i zobaczyli, że zarodek to do 14 dnia "aglomerat niezróżnicowanych komórek", więc można go smażyć i dusić w naukowych retortach, i nawet z buraczkami podawać - byle na zdrowie. Ale ponieważ potem zaczyna dziać się z rzeczonym zarodkiem coś osobliwego, "zindywidualizowanego", roztropnie postawili ołóweczkiem kreseczkę - że niby dalej nie wolno. No, chyba że się kiedyś kreseczkę zmaże gumką...

 

Mój plemniku, migdaliku...

Trzeba jednak trafu, że akurat wtedy gdy Ich lordowskie Moście debatowały burzliwie nad rozwojem embrionów, w szacownym piśmie "Nature" ukazał się ciekawy komunikat pośrednio dotykający tej samej kwestii. Tytuł miał mało zachęcający: "Rola spermy w przestrzennym formowaniu wczesnego embrionu myszy" (Role for sperm in spatial patterning of the early mouse embryo, "Nature" 409, 517-521 (2001)), a ogłosiły go dwie Polki pracujące naukowo w Wielkiej Brytanii - pp. Karolina Piotrowska i Magdalena Żernicka-Goetz.

Z ich badań wynika, że miejsce wniknięcia plemnika do komórki jajowej wyznacza (predicts) płaszczyznę jej wstępnego podziału i co za tym idzie może również określić część zarodkową i pozazarodkową przyszłej blastocysty. A to by z kolei znaczyło, że już w momencie zapłodnienia pojawia się czynnik różnicujący dwie komórki, na które wkrótce podzieli się jajo. Z jednej będzie potem zarodek, z drugiej zaś - łożysko.

Jak powiedziała "Gazecie Wyborczej" dr Żernicka-Goetz:

"Badania prowadzone przez moją grupę, których częścią jest praca nad rolą plemnika, wskazują, że te najwcześniejsze zdarzenia rozwojowe są zaangażowane także w reżyserowanie planu budowy przyszłego zarodka i prawdopodobnie również ciała dorosłego organizmu. To właśnie jest tak zdumiewające i zachwycające w świetle tego, co do tej pory wiedzieliśmy o rozwoju ssaków".
Podobnie ujął to w swym komentarzu John Whitfield: "Może to [miejsce wniknięcia plemnika do jaja] nawet wpływać na plan budowy (layout) gotowego ludzkiego ciała". Jego zdaniem praca pań Piotrowskiej i Żernickiej-Goetz pokazuje też, że nie wszystko jest zapisane w genach, gdyż na skutek nieprzewidywalnej, lecz mającej rozliczne konsekwencje akcji dzielnego plemnika, zapłodnione jajo od początku żyje "swoim życiem".

W obliczu tego odkrycia, dokonanego z iście kobiecą predylekcją do ręcznych robótek (badaczki oznaczały miejsce wniknięcia plemnika do jaja mikroskopijnymi fluorescencyjnymi drobinami), w przeszłość odchodzą popularne dotąd wyobrażenia o blastocyście jako "aglomeracie niezróżnicowanych komórek". Aliści nie należy przesadzać w drugą stronę i żywić nieuzasadnionego przeświadczenia, że oto nauka czarno na białym udowodniła, iż człowiek zaczyna się od chwili poczęcia. Taki "naukowy dowód" jest naturalnie niemożliwy, bo pod mikroskopem żadnego "człowieczeństwa" ani nie widać, ani nigdy się nie zobaczy. Ale odkrycie to przynajmniej odziera z pozorów "naukowości" argumenty filozoficznych szalbierzy usiłujących wmówić prostaczkom jakoby przekonanie, iż "człowiek zaczyna się później", było racjonalniejsze i bardziej naukowo ugruntowane. Niechże odtąd konkurują z innymi jedynie swoją złą wiarą.

Co do nauki zaś, to przyjemnie robi się na myśl, że nie tylko wywraca ona różne rzeczy do góry nogami, lecz także przywraca ład, dawno, zdawać by się mogło, utracony. Bo czyż to nie pokrzepiające usłyszeć w poważnej naukowej mowie, że początek jest jednak na początku, a nie - jak się nam dotąd zwidywało - w tydzień albo i w dwa tygodnie później...


© Lech Stępniewski luty 2001

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny