Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny

 

MORDERCY KRÓLÓW

LECH STĘPNIEWSKI


Wprawdzie prekursorów współczesnego terroryzmu można doszukiwać się wśród żydowskich zelotów i arabskich asasynów, ale tak naprawdę jest to europejski pomysł na uprawianie polityki, który wyklarował się ostatecznie pod koniec XIX stulecia wśród anarchistów i lewicowych grupek rewolucyjnych.

Choć w większości były to przyjemniaczki niczym z kart "Biesów" Dostojewskiego, to jednak niektórzy z nich zostali potem bohaterami narodowymi, co szczególnie w Polsce sprawia, że każdej dyskusji o terroryzmie towarzyszyć musi dwójmyślenie. Bo oczywiście, powiada się, terroryzm jest brzydki, ale z drugiej strony oswobodzenie naszej ojczyzny to cel tak piękny, że uświęca nawet brzydkie środki.

Cóż na przykład począć z Kazimierzem Pużakiem, szyszką PPS-u, uczestnikiem procesu 16-tu, który zgnił w komunistycznym więzieniu, a zarazem w młodości na rozkaz sądu partyjnego dorżnął towarzysza uznanego za zdrajcę? Nota bene ów towarzysz zaczął sypać na torturach i w ścisłym związku z pewnym sławnym atakiem terrorystycznym zorganizowanym przez innego naszego Wielkiego Bohatera Narodowego. Ale o tym za chwilę.

Również już od końca XIX wieku terroryzm występuje zasadniczo w dwóch odmianach. Istnieje mianowicie "terroryzm przetargowo-zaopatrzeniowy", to znaczy taki, gdzie akt terroru ma wymusić na rządzących jakieś ustępstwa (np. uwolnienie więźnia) lub dostarczyć środków na dalszą działalność, gdyż nawet widmo rewolucji musi się czasem odżywiać. Sto lat temu popularne były ekspropriacje, czyli mówiąc zwyczajnie: napady na banki i pociągi (właśnie od tego rodzaju przedsięwzięć zaczęła się kariera niejakiego Józefa Dżugaszwilego). Dziś bardziej modne są porwania dla okupu - całkiem znacząca pozycja w zrujnowanej gospodarce Czeczenii.

Druga odmiana, znacznie groźniejsza, to akty terroru mające na celu stworzenie "sytuacji rewolucyjnej". Dochodziło do nich wcale często, ponieważ nawet zaprzysięgli zwolennicy determinizmu historycznego uważali, że nie od rzeczy będzie podrzucić jeszcze jeden żarzący węgielek do paleniska lokomotywy dziejów. Marks na przykład ogromnie ubolewał nad nierozumnym szacunkiem, jaki angielski proletariusz żywi wobec policjanta i doradzał raczej okładanie królewskiej policji żelaznymi drągami. Anarchiści woleli już bomby, Lenin zaś - idąc za wskazówkami Blanquiego - dodał jeszcze tajną organizację zawodowych rewolucjonistów i potem zdrowo narozrabiał. Nie można więc powiedzieć, że terrorystom niczego nie udało się w historii osiągnąć.

Z próbami tworzenia "sytuacji rewolucyjnej", to znaczy - zastraszania zwyczajnych ludzi, wiąże się też kwestia zdobywania rozgłosu. Pod koniec XIX wieku ubywało analfabetów i przybywało gazet, dlatego najbardziej opłacało się rzucać bomby na królów, bo kto to jest król wiedział nawet chłopak od szewca. Dziś jednak - wbrew prawom marksistowskiej dialektyki - jakość przeszła w ilość i terroryści wolą wielkie sceny zbiorowe, które lepiej prezentują się w telewizji. Wysadzają więc dworce i dyskoteki, a od pewnego czasu dobierają się już do drapaczy chmur, bo być może obejrzeli kiedyś w kinie "Płonący wieżowiec" i uznali, że dopiero taki fajerwerk wygląda fotogenicznie.

W historii terroryzmu swoje poczesne miejsce mają także Polacy. Osiągnięcia arcyterrorysty Dzierżyńskiego są dość powszechnie znane i ibn Laden długo mu jeszcze nie dorówna. Ale też "żelazny Feliks" zawsze przykładał się do roboty. Zaledwie w kilka tygodni po wydaniu przez Radę Komisarzy Ludowych uchwały o wprowadzeniu czerwonego terroru pisał do żony w patetycznym stylu nowego Króla-Ducha: "A tu taniec życia i śmierci - chwila naprawdę walki krwawej, wysiłków tytanicznych".

Rzadziej już wspomina się o Ignacym Hryniewieckim, który jako członek Narodnoj Woli osobiście zamordował cara Aleksandra II, czy o anarchiście Leonie Czołgoszu. Ten z kolei w 1901 roku zastrzelił całkiem z bliska i całkiem bez sensu prezydenta USA McKinleya.

Natomiast o najsłynniejszym polskim terroryście nikt nawet nie ośmieli się dziś tak powiedzieć, skoro w cudnej ojczyźnie naszej ma on już ponownie swoje ulice, place i pomniki, a nadto - ołtarzyk w sercu każdego prawdziwego Polaka. A przecież i on biegał wymachując mauzerem i straszył Bogu ducha winnych kolejarzy krzycząc: "otwori, a nie, to bombu broszu"!

Mowa naturalnie o Józefie Piłsudskim i jego wyczynach pod Bezdanami, gdzie on i jego kompani napadli na pociąg rabując prawie pół miliona moskiewskich rubelków (do kasy partyjnej trafiło około 300 tysięcy). I rzecz nawet nie w tym, że zrabowali (no bo dla Polski, panie, kradli, dla Polski!), ale w stylu, w jakim tego dokonali: z rzucaniem petardami i strzelaniem po oknach wagonów włącznie, chociaż znajdowali się tam przypadkowi, najzupełniej niewinni ludzie. Sterroryzowano nawet podróżnych siedzących w dworcowej poczekalni. "Bojowiec", któremu powierzono to chwalebne zadanie, trzymał w jednej ręce nabity browning, a w drugiej tajemniczy pakunek. Biedacy przez trzy kwadranse umierali z przerażenia, choć nie była to wcale bomba, ale... śledzie zawinięte dla zmylenia tropu w żydowską gazetkę socjalistyczną.

Warto też dodać, że terroryzm długo nie spotykał się z bezwarunkowym potępieniem. Aczkolwiek o Piłsudskim endecy z lubością wyrażali się per "bandyta spod Bezdan", to wielu z nich nawiedzała chętka, by samemu kogoś poterroryzować. Choćby w siermiężnej polskiej wersji, czyli lagą i żyletką. Widać w słusznej sprawie wolno, ale - niestety! - w polityce zawsze od słusznych spraw aż się roi...

Z kolei terroryści zabijający władców, owi prawi i promienni "mordercy królów" z wiersza Zbigniewa Herberta, cieszyli się nawet pewną estymą. Podkreślano ich idealizm, męstwo, gotowość do złożenia swego życia w ofierze. Także u samego Herberta pointa utworu

żadnemu z nich nie udało się zmienić biegu historii
ale z pokolenia w pokolenie szło ciemne posłanie
więc godne zastanowienia są te małe ręce
małe ręce w których drży pewność ciosu
niepokojąco zbliża się do heroicznego tonu "Przesłania Pana Cogito".

Być może na tym właśnie polegał największy tryumf anarchistów, że część opinii publicznej przejęła z czasem ich punkt widzenia: skoro władza jest złem, nigdy kula wystrzelona w rządzących nie trafi w zupełnie niewinnego. Dlatego z rzeczywiście powszechną dezaprobatą spotkał się właściwie tylko haniebny czyn Luigiego Luccheniego. Ale on akurat zadźgał nieszczęśliwą cesarzową Elżbietę, której wpływ na sprawy państwowe był żaden. W dodatku uczynił to nadzwyczaj nieestetycznie - ordynarnym, trójkątnym pilnikiem.

O idealizmie terrorystów ostatni raz otwarcie pisali chyba cielęcy wielbiciele lewackich band z okresu kontrkultury, ale wątek ten nie całkiem przeminął: aureolę szlachetnych buntowników właśnie przejmują antyglobaliści. Odkąd jednak mamy głównie terrorystów z importu: śniadych, rżnących kogo popadnie i wierzących w Boga (europejski terroryzm był w znakomitej większości dziełem zdeklarowanych ateistów!), jakoś nie mówi się już o ich męstwie czy gotowości do ofiary, lecz przeciwnie - o tchórzliwym fanatyzmie i pogardzie dla życia. Podkreśla się także skwapliwie absolutną odmienność cywilizacji, która wydała tych zdegenerowanych typków i jeszcze na dobitkę przebiera później dzieci w koszulki z ich portretami.

Co rzecz jasna bardzo musi denerwować każdego, kto na dnie szafy chowa na pamiątkę swój stary ulubiony T-shirt z Che Guevarą.


OBRAZKI

1. W druku przedostatnie zdanie kończyło się tak: "w koszulki z ich imionami", bo gdy czytanka już poszła do składu przypomniało mi się, że tradycyjny islam zakazuje (podobnie jak judaizm) sporządzania "kultowych" wizerunków - i na wszelki wypadek zamieniłem "portrety" na "imiona". Cały czas jednak miałem wrażenie, że koszulki z ibn Ladenem na małych muzułmaniątkach gdzieś widziałem! W domu przejrzałem stertę gazet i rzeczywiście okazało się, że współcześni muzułmanie podchodzą do tej kwestii bardzo liberalnie. W końcu w dobie prasy i telewizji coś trzeba pokazywać fotoreporterom i kamerzystom, bo same napisy złożone z arabskich "wężyków" do nikogo nie trafią (w całym CIA jest bodaj tylko kilku facetów, którzy umieją cokolwiek przesylabizować po arabsku). Zdjęcia z dzieckiem w koszulce-ladenówce wprawdzie nie znalazłem (byłbym wdzięczny, gdyby ktoś mi je podesłał!), ale za to mam dla Was wzruszający obraz międzypokoleniowej harmonii: dziadzio z wnuczkiem - i obaj kochają ibn Ladena! Przekaz żywej Tradycji - tak to się chyba nazywa.

Kliknij, by powiększyć [30 KB]

2. A na tym obrazku moża sobie obejrzeć postępowego europejskiego (polskiego!) antyglobalistę w gustownej czerwonej koszulce z czerwonym terrorystą. Na swojej kartce mógłby równie dobrze napisać: ŚWIAT DLA LUDZI, NIE DLA $PEKULANTÓW Z WORLD TRADE CENTER, bo najwyraźniej to on i jego towarzysze decydują, kto jest człowiekiem, a kto nie jest.

Kliknij, by powiększyć [36 KB]


© Lech Stępniewski wrzesień 2001

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny