Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny

 

KRĘCENIE MŁYNKA

LECH STĘPNIEWSKI


Odkąd Unia Wolności znajduje się tam, gdzie się znajduje, demokracja nie jest już tak cudna jak niegdyś. Wprawdzie i dawniej czasem okazywało się, że społeczeństwo jeszcze nie dojrzało do zabawy w wybieranie prezydenta, ale teraz z kręgów zbliżonych do ludzi rozumnych płyną sygnały, że i z samą demokracją bynajmniej nie wszystko jest w porządku; że być może całe te huczne wybory to - mówiąc językiem Wiecha - zwykła bujda na resorach i nabieranie gości.

"Polityk to jest taki sam produkt jak płyn do płukania protezy zębowej. (...) Różnica między politykiem a płynem jest tylko taka, że płyn łatwiej wypromować, bo się nie wtrąca i nie przeszkadza. (...) - A program? - pytam. - Program się pisze w barze na kolanie. Sam kilka napisałem" - mówi bluźnierczo Piotr Tymochowicz w olbrzymim reportażu Jacka Hugo-Badera ("Magazyn Gazety", 20 grudnia 2001).

P. Piotr Tymochowicz jest podobno - co można przeczytać na stronie internetowej jego firmy ICCE GREENPOL - "jednym z głównych twórców Teorii Wywierania Wpływu, ze szczególnym uwzględnieniem różnic kulturowych, mentalnościowych, narodowościowych", i to właśnie on - jak powiadają - wypromował niedawno pana Andrzeja Leppera; w rzeczy samej, płyn płuczący z siłą rozjuszonego wodospadu. Zrobił ten figielek za - jak znowu powiadają - głupie 150 tysięcy dolarów, których - jak dalej powiadają - dotąd jednak nie ujrzał w komplecie. Widać nawet wpływy najlepszego specjalisty od wywierania wpływu gdzieś się kończą. Ano, złapał Kozak Tatarzyna...

Swoją drogą opowieści o "wypromowaniu" p. Leppera przez p. Tymochowicza wydają mi się cokolwiek przesadzone. Ja tam o p. Lepperze i o wpływach, jakie wywiera, słyszę już od lat, a o p. Tymochowiczu i o jego teoretycznych wpływach usłyszałem dopiero po wyborach. Wygląda więc jakby to raczej p. Andrzej Lepper wyjął z kąta, otrzepał i wypromował p. Tymochowicza. I kto wie, czy p. Tymochowiczowi nie przyjdzie jeszcze za to kiedyś zapłacić.

Przedstawia się też z upodobaniem p. Leppera jako "samorodny talent", brylancik znaleziony na miedzy, który p. Tymochowicz - fachowiec uzbrojony po zęby w najnowsze osiągnięcia wszechnauk - w ciągu kilku miesięcy przed wyborami "oszlifował". Tymczasem p. Lepper już dawno sam umył ręce, włożył garnitur i krawat, a prawie trzy lata temu wyznał, że studiuje uważnie "Psychologię tłumu" Le Bona. "No, opracowania Goebbelsa również - nie boję się tego powiedzieć - który był wielkim człowiekiem w dziedzinie socjotechniki i ustawiał Hitlera, jak ma stanąć, jak rękę podnieść, jak się odezwać, gdzie co zrobić. Radziłbym, żeby wszyscy skorzystali z tego i wypadali tak samo jak ja. - Socjotechnika. Pan to stosuje na zimno? - Na zimno. Z wyrafinowaniem". (Jarosław Kurski, "Ładny plon mi wyrósł", "Gazeta Wyborcza", 6-7 lutego 1999).

P. Andrzej Lepper potrafi być zimny, ale potrafi też być i gorący. "W czasie zimowych blokad 1999 r. postanowił wyzwolić u swoich zwolenników ducha bojowego, bo atmosfera siadała. - Wpadł któregoś dnia do siedziby związku i krzyknął do Gieni (ówczesna sekretarka Leppera, dzisiaj posłanka Genowefa Wiśniowska), żeby zwołała konferencję prasową - opowiada świadek tamtej akcji. - Wypił duszkiem trzy sety gorzały i zamknął się w jednym z pokoi. Gienia obwieściła dziennikarzom, że szef zniknął, prawdopodobnie aresztował go UOP. Wiadomość poszła w eter" (Igor T. Miecik, Piotr Pytlakowski, "Kartel Samoobrona", "Polityka", 41/2001).

W zestawieniu z tą rdzennie słowiańską socjotechniką pachnącą trzema setami gorzały, rady p. Tymochowicza dla kandydatów na liderów, managerów, premierów etc., wyglądają szaro i szablonowo. A przy tym zdrowe są na wskroś niczym eurojabłko, którego żaden przyzwoity polski robak nawet nie ukąsi.

Stać trzeba zawsze mniej więcej tak, jak ksiądz, kiedy mówi w czasie mszy "Pan z wami!" rozkładając ręce, bo to jest właśnie pozycja lidera. Przy tym - referuje kursant Hugo-Bader - "mocno na dwóch nogach jak na dwóch filarach mostu. Stopy rozchylone na zewnątrz i żadnego dreptania i chwiania w biodrach". Kiedy myślimy sobie, że dobrze byłoby wyglądać tak, jakbyśmy akurat myśleli, robimy rękoma "wieżyczkę": "rozstawione szeroko palce obu rąk stykają się opuszkami". A kiedy chcemy kogoś uspokoić, wykonujemy "koszyczek" polegający na skierowaniu rąk stronami wewnętrznymi w stronę naszego rozmówcy.

Oczywiście są także gesty, których trzeba się wystrzegać. Kiedy przedstawiamy swój nadzwyczajny program naprawy Rzeczypospolitej (ten wcześniej napisany w barze na kolanie) nie możemy jednocześnie wykonywać gestu zaprzeczenia czy "rybki", a już broń Boże nie wolno dłońmi kręcić młynka, bo to "oznacza kompletny bałagan, poplątanie, straszny rozgardiasz". Marian Krzaklewski kręcił młynka w telewizorze i wiadomo, jak skończył.

Esencją tych wszystkich mądrości jest przykazanie, by nigdy-przenigdy nie zachowywać się na podobieństwo Waldemara Pawlaka. Ci, co pamiętają mękę istnienia malującą się na obliczu eks-premiera i utkwiony w podłodze wzrok człowieka, któremu zginęła ostatnia dwuzłotówka, a pić się chce, w lot pojmą, o co chodzi.

Ma się rozumieć, te "rybki" i "młynki" to jedynie skromny wybór z bogatego repertuaru p. Piotra Tymochowicza. Pracowity ów człowiek, absolwent Wydziału Fizyki UW oraz - jak wypisał sobie w Internecie - "wielu szkół i akademii negocjacyjnych w USA, Niemczech, Austrii, Francji, Australii, we Włoszech i Skandynawii (Szwecja, Norwegia, Dania)", wręcz tryska pomysłami. W dodatku bardzo dokładnie policzonymi.

I tak, samych "taktyk manipulacyjnych i antymanipulacyjnych" sklasyfikował osobiście 1500 ("Puls Biznesu", 23 lutego 2001), a w swojej Teorii Wywierania Wpływu uwzględnił "ok. 650 strategii i taktyk wzmacniających proces negocjacji" (informacja ze strony internetowej). Dzięki jego wnikliwym badaniom Jacek Hugo-Bader wie już, że stać "można na 148 dobrych i złych sposobów"; "jest 36 stylów gestykulacji" i "28 zasad manipulacji". Natomiast ostatnio za pośrednictwem Andrzeja Leppera miał możliwość "zaprezentować nową dziedzinę - teorię ripost: 38 taktyk skutecznego przerywania wypowiedzi" (Jarosław Kurski, "Dziś zbieram żniwo", "Gazeta Wyborcza", 28 września 2001). I tu znów muszę sceptycznie pokręcić głową, bo jak sięgam pamięcią, p. Lepper pyskaty był od zawsze i w kaszę dmuchać nigdy sobie nie dał.

Wśród tej obfitości p. Tymochowicz zachował upajające w swej prostocie poglądy na życie: grunt to udany marketing, a resztę o kant potłuc, by nie zawadzała. "Kogo na świecie obchodzą grafomańskie «dzieła» Mickiewicza, proza «siłaczkowa», czy melancholijne utwory martyrologiczne? W sensie antyterapeutycznym utrwalają one tylko narodowe kompleksy niższości, permanentnego niedoceniania i niezrozumiałą w Europie postawę roszczeniową, choćby w procesie przyłączenia do Unii" (Piotr Tymochowicz, "Manowce marketingu (nie tylko politycznego)", "Brief", 25 września 2001).

Udany marketing polega, najprościej mówiąc, na oddziaływaniu na ludzkie uczucia, ponieważ "człowiek jest (...) przede wszystkim istotą emocjonalną, a racjonalną dopiero na drugim lub trzecim miejscu" (maksyma ze strony internetowej p. Tymochowicza). Ze swoimi uczuciami zaś dojść do ładu trudno. Dlatego "dobra znajomość metod (...) [Teorii Wywierania Wpływu] nie daje szans innym, którzy działają intuicyjnie, lub stosują odmienne schematy i wzorce". Nic dziwnego zatem, że p. Tymochowicz, zgarniając tak ostentacyjnie wszystkie szanse do swojej kieszeni, gotów jest ulepić prezydenta z Leppera, Hugo-Badera, czy wręcz z każdego, kto mu się pod rękę nawinie. I to, powiada, nie byle jakiego prezydenta. "Nawet charyzmatycznego".

O sobie przy tym, podkreślmy od razu, ani pomyśli. Tą godną pochwały skromnością przypomina owych doradców giełdowych, co to znają niezawodny sposób na zbicie majątku, ale sami go dotąd nie wypróbowali. Raczej pragną ofiarować swoją cenną wiedzę światu i w tym celu - a także żeby jakoś związać koniec z końcem - pisują po godzinach niegrube poradniki z serii "Jak zostać milionerem".

Są to zazwyczaj dziełka wypełnione zdroworozsądkowymi i trudnymi do podważenia zaleceniami w rodzaju: "należy kupować tanio, a sprzedawać drogo". Rady p. Tymochowicza również mieszczą się w obszarze takiej postnej racjonalności. Gdy zdradza się nam sekret, jak podawać rękę, żeby wywrzeć należyte wrażenie, warto pamiętać, że niegdyś połowę podobnej "socjotechniki" załatwiała przyzwoita kindersztuba. Ludzie dobrze wychowani na ogół wiedzieli, jak stać i co zrobić z rękami. Naturalnie bez wyczyniania nimi żadnych młynków. Nie było im to do niczego potrzebne. W swoim gronie dyskutowali, natomiast "wywieranie wpływu" na sługę kuchenną zapewne uważaliby za coś uwłaczającego ich godności. Zasady dobrego wychowania nie przewidywały bowiem tej smutnej okoliczności, że kiedyś posłów i prezydentów będzie się wybierać głównie w kuchni.

Warto też przywracać słowom ich prawdziwe znaczenia. Jak podaje nominowany na prezydenta redaktor Hugo-Bader, kariera p. Tymochowicza zaczęła się od "wypromowania" ("jakoś tak tym Piotr zamanipulował") pewnej fałszywej księżniczki. Również p. Lepper zaczął lśnić niczym spocona gwiazda od czasu, gdy na początku lat 90. nakłamał dziennikarzom, że oto na Warszawę maszeruje chłopska armia - przerażona tą wieścią policja sama dokładnie całe miasto zablokowała. Dawniej osobnicy o takiej skazie charakteru sprzedawali naiwnym kmiotkom tramwaj albo Most Poniatowskiego i trafiali za kratki jako notoryczni łgarze i oszuści. Dziś określa się ich uprzejmie mianem "socjotechników" oraz "specjalistów od marketingu".

Nawet ich sztuczki działają (bo jednak działają!) w dużej mierze na zasadzie podwójnej manipulacji. Owszem, podstawowe reguły tzw. "mowy ciała" warto znać, zwłaszcza w ujęciu międzykulturowym: Niemcowi nie ruszać krzesła, Anglika nie klepać po udzie jak Włocha, do Skandynawa nie podchodzić tak blisko jak do Hiszpana etc. Jednak najważniejsze, by sam kandydat na lidera wierzył, że oto jest w posiadaniu cudownej mocy, dzięki której może zrobić z ludźmi wszystko i nigdy nie da się zbić z pantałyku. Niegdyś w tym celu obwieszano się amuletami; dziś tę rolę pełni "naukowa wiedza" o "36 sposobach gestykulacji".

Tak właśnie ludzie z tupetem produkują kolejnych zafascynowanych sobą tupeciarzy. A tłum już tylko na nich czeka, bo z natury amorficzny marzy o narzuceniu mu jakiejkolwiek woli. Jeśli gdzieś zbiera się tysiąc ludzi, to tym samym dają znak, że chcą, by ktoś nimi pokierował i chętnie pójdą za każdym pewnym siebie bubkiem. Już przeszło sto lat temu ulubiony autor p. Andrzeja Leppera, Gustaw Le Bon, trzeźwo zauważył: "Duszą tłumu nie kieruje bowiem potrzeba wolności, lecz potrzeba uległości. Pragnienie posłuszeństwa każe tłumowi poddać się instynktownie każdemu, kto chce być jego panem" ("Psychologia tłumu", ks. II, r. 3, § 1). Dlatego też w ustrojach ceniących wolność tłum rozpędza się za pomocą policmajstra i paru stójkowych, w epokach schyłkowych zaś - zachęca do głosowania lub do skandowania okrzyków.

Być może jestem niesprawiedliwy sprowadzając wspaniałą teorię p. Piotra Tymochowicza do systematyki hucpiarstwa. Podobno dzięki swym ściśle porachowanym mądrościom potrafi on trwale zmieniać ludzkie nawyki, a nawet całą osobowość. Z drugiej jednak strony niedawne śmiałe postępki p. Leppera świadczą dowodnie, że z osobowością tej miary najwyraźniej p. Tymochowicz sobie nie poradził i wszystkie nauki wyniesione przezeń z licznych "akademii negocjacyjnych w USA, Niemczech, Austrii" etc., etc., okazały się w tym wypadku bezsilne. Nie wykluczone też, że mieliśmy po prostu do czynienia z efektem tzw. "marketingu cygańskiego": staremu wałachowi dzień przed jarmarkiem podpiłowuje się i pucuje zęby, podmalowuje farbką grzywę itp., po czym okazyjny zakup wygląda jak nowy aż do pierwszego deszczu.

Kliknij, by powiększyć [19 KB]
["WIEŚMIN" - druga część sagi. Dziś w sejmie, już wkrótce w kinach!]

Również sam p. Tymochowicz, mimo posiadania tylu narzędzi do miętoszenia osobowości, dalej trwa w swych mitomańskich nawykach małego kombinatora od fałszywych księżniczek. "Margaret Thatcher przyznała mi się kiedyś..." - fantazjuje bezwstydnie oniemiałemu Jackowi Hugo-Baderowi, ale już dziennikarze z "Polityki" bez trudu przyłapali go na kilku kłamstewkach. Z całej barwnej opowieści o bogatych koneksjach p. Andrzeja Leppera ostało się ostatecznie tylko zdanie: "Osobiście poznałem go z moim przyjacielem Jurkiem Urbanem z «Nie»", o którym odtąd "Lepper mówi (...) poufale Jerzy", co wskazuje na daleko posuniętą jedność polskiej myśli socjotechnicznej.

Wprawdzie strona internetowa p. Tymochowicza, wymęczona drewnianą polszczyzną, ma w sobie coś z reklamy prowincjonalnego bioenergoterapeuty, ale i cudotwórców nawiedzają czasem rozsądne myśli. "Najpotężniejszy skok notowań nastąpił po wprowadzeniu mojego bardzo prostego pomysłu. W spotach wyborczych wprowadziliśmy tłumacza na język migowy. To jest dwa i pół miliona wyborców plus ich rodziny i ci, których wzruszyliśmy troską o niesłyszących".

Po tych wyczerpujących wyjaśnieniach sukcesu p. Andrzeja Leppera możemy już spokojnie iść spać bez niepotrzebnego podniecania się tajemnicami wyborczych manipulacji. Czyż bowiem można dziwić się, że dla polskiego polityka właśnie ludzie głusi i niedosłyszący okazują się najwdzięczniejszymi słuchaczami?


© Lech Stępniewski grudzień 2001

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny