Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny

 

ŚWIĘTY MIKOŁAJ®

LECH STĘPNIEWSKI


Św. Mikołaj jest świętym tak fajnym, że wierzą w niego nawet niewierzący. Był podobno biskupem Myry, miasta w zachodniej Anatolii (dziś Turcja), gdzie zmarł ok. 340-350 roku. Co robił za życia - naprawdę nie bardzo wiadomo. Podobno uczestniczył w soborze nicejskim (325), na którym miał nałożyć po buzi niejakiemu Ariuszowi, okropnemu heretykowi powątpiewającemu w boską naturę Chrystusa. Nie świadczyłoby to za dobrze o Mikołaju, gdyż w Nicei arianizm przepadł z kretesem na życzenie samego cesarza Konstantyna. W takiej sytuacji walenie Ariusza po gębie nosiłoby wszelkie znamiona dokopywania leżącemu, by podlizać się kochanej władzuni.

Na szczęście dla swej reputacji biskup Mikołaj być może wcale nie istniał (jak wiadomo, istotom nie istniejącym dużo łatwiej zachowywać się przyzwoicie) i chyba właśnie dlatego jego kult od X w. rósł pięknie i nieprzerwanie. Stopniowo został Mikołaj patronem m.in. uczonych, piekarzy, lombardzistów, żeglarzy, małych chłopców, kancelistów parafialnych, podróżnych, a także złodziei oraz dziewic pragnących wyjść za mąż.

Tę ostatnią fuchę zawdzięcza św. Mikołaj znanej opowieści ze "Złotej legendy" Jakóba de Voragine. Jest to wzruszająca historyjka o pewnym biednym tatusiu, który postanowił swoje trzy córki wysłać na ulicę, by w ten sposób same zarobiły sobie na posag. Biskup Mikołaj tak się tym przejął, że przez trzy kolejne noce cichaczem podrzucał mieszek złota na posag dla każdej z trzech córek biednego tatusia. Nie było to, podkreślmy, całkiem zgodne z zasadami wolnorynkowego liberalizmu, który uczy, że biednemu trzeba dać raczej wędkę niż rybę. Skrupuły św. Mikołaja przed zachęcaniem do założenia prorodzinnej agencji towarzyskiej są jednak zrozumiałe, gdyż nie mógł wtedy znać jeszcze subtelnych wywodów innego świętego - mianowicie św. Augustyna - o pożytku jaki płynie dla harmonii świata z istnienia niewiast upadłych.

*

Niestety, z biegiem lat w pośmiertnej karierze biskupa Mikołaja zaczęło się coś psuć. Podejrzewamy spisek bezczelnych amerykańskich masonów, którzy nawet na banknotach dolarowych wymalowują swe ohydne kabalistyczne znaki, ale za rękę nikogo nie złapaliśmy. Faktem jest, że Mikołaj dotarł do Ameryki wraz z Holendrami jako Sint Nikolaas alias Sinter Klaas, co anglojęzyczna ludność przekręciła rychło na Santa Claus. Wkrótce potem - i to już na pewno masońskie sprawki! - biskupie atrybuty Mikołaja: czerwona mitra i pastorał, zamieniły się w czerwoną czapeczkę z pomponikiem oraz fantazyjny kijaszek. Odtąd Mikołaj wcale już nie przypominał biskupa, ale zażywnego, wyrośniętego krasnoludka. Sanie, renifery o głupawych imionach etc. to już tylko dopełnienie hańby wysokiego rangą funkcjonariusza Kościoła katolickiego. Nie istniejącego, ale zawsze...

Czas już tedy najwyższy, by Kościół upomniał się o swego sponiewieranego świętego! Tym bardziej, że jego wizerunki od dawna firmują przedświąteczny kult złotego cielca i powielane w milionach egzemplarzy napędzają klientelę chciwym kramarzom. Biskup-krasnoludek uśmiecha się do naszych portfeli z każdej wystawy, a Kościół, ubogi dziś niczym owe trzy dzieweczki z legendy, guzik z tego, za przeproszeniem, ma.

W dodatku za fałszowanie byle portek albo szamponu idzie się raz dwa do więzienia, a fałszywi święci szwendają się tymczasem bezkarnie po ulicach - bez mitry, bez pastorału, i nawet, o zgrozo!, bez stosownego zaświadczenia od miejscowego księdza proboszcza! A przecież jeśli taka Coca-Cola jest Zarejestrowanym Znakiem Handlowym (®) i ma zastrzeżony kształt butelki, czemu, na dobry ład, nie można by zarejestrować i świętego?

Powie ktoś, że to inicjatywa trochę niedorzeczna, skoro św. Mikołaj - w odróżnieniu od Coca-Coli - nigdy nie istniał, i to nie istniał aż tak bardzo, że Kościół katolicki w 1969 roku zdjął go z oficjalnego spisu świętych, czyli, innymi słowy, wyrzekł się go i kwita.

Otóż, po pierwsze, wcale się nie wyrzekł: w brewiarzu, którym cały Lud Boży codziennie modlić się powinien, dalej przy 6 grudnia stoi jak byk: św. Mikołaja, biskupa. Tyle że jest to wspomnienie dowolne, nie zaś obowiązkowe.

Po drugie, jeśli nawet Mikołaj nie istniał, to z punktu widzenia praw do jego osoby rzecz przedstawia się o wiele korzystniej! Chopin na przykład istniał na pewno. No i co? Skończył marnie na butelkach z wódką, a żadnemu gorzelnikowi ani się śni rzucić jakiś grosz rodzinie czy choćby Towarzystwu Chopinowskiemu. Z istniejącymi, widać, tak wolno. Co innego gdyby to był Batman albo inny Superman. Wtedy w grę wchodzą prawa autorskie, znaki zastrzeżone, licencje etc. etc. i nie ma gadania - trzeba płacić!

Teraz dopiero rozumiemy, jak roztropnie i nieomylnie postąpił Jego Świątobliwość papież Paweł VI uznając, że brakuje wystarczających dowodów na istnienie biskupa Mikołaja. Skoro bowiem świętego nigdy nie było, to znaczy, że Kościół musiał go wymyślić! Dokładnie tak samo jak wymyśla się Indianę Jonesa albo krój spodni. Tam zaś gdzie jest autor, są i prawa autorskie, znaki zastrzeżone etc. etc. Czyni to perspektywę sprzedawania licencji na Świętego Mikołaja® nader realną.

W ten sposób biskup Mikołaj odzyskałby swą dawną godność, a także mitrę i pastorał, natomiast Kościołowi wpadałoby co roku nieco żywej gotówki na prowadzenie dzieł religijnych i godne obchodzenie urodzin Syna Bożego. Zapewne przy takiej okazji nie zapomniano by również w kurii rzymskiej o tradycyjnych podopiecznych Świętego. O ile jednak nietrudno dziś o małych chłopców, złodziei czy choćby kancelistów parafialnych, lękam się, że koszty poszukiwania "dziewic pragnących wyjść za mąż" mogłyby znacznie przewyższyć wszelkie spodziewane zyski.


ZAWSZE TA COCA-COLA...

Ponieważ współczesny święty Mikołaj rzeczywiście wygląda niczym patron nieumiarkowanej konsumpcji, to znaczy - jak mawiają prości Rosjanie - morda u niewo kruglien'kaja, nieuchronnie nasuwa się podejrzenie, że stoją za tym ciemne siły materializmu, liberalizmu i innych dzisiejszych diabłów. Krótko mówiąc: jakiś niegodziwy globalistyczny międzynarodowy koncern. Padło na Coca-Colę.

Nie bez powodu. Święty standardowo paraduje dziś w czerwonym kubraczku obszytym białym futerkiem i ogólnie jest czerwono-biały (czapeczka czerwona, pomponik biały, rumieńce, broda bielutka etc.), a przecież czerwień i biel to właśnie słynne firmowe kolory Coca-Coli! Czyżby przypadek?

Atoli ludzie doświadczeni wiedzą, że nie istnieją żadne przypadki, a tylko znaki: w tym wypadku, naturalnie, zastrzeżone znaki towarowe. Dawno, dawno temu Coca-Cola miała bowiem jeden poważny problem: jak zwiększyć sprzedaż napojów bądź co bądź chłodzących w okresie zimowym, a więc pełnym ciepłego mleka, grzanych piw i rozgrzewających wódeczek. Utrzymany w cocacolowej tonacji święty Mikołaj, symbol świątecznego rozpasania, właśnie do tego niskiego celu był, powiadają, chciwym cocapitalistom potrzebny.

Legenda głosi, że pierwszego takiego Mikołaja wymalował na potrzeby przedgwiazdkowej kampanii Coca-Coli Haddon Sundblom, ilustrator z Chicago, i stało się to w roku 1931. Potem zaś malował go jeszcze przez z górą trzydzieści lat i odtąd jowialny i brzuchaty święty regularnie pija coca colę oraz wzbogaca firmę, o której Warren Buffett zawsze mawia, że przy długoterminowych inwestycjach należy do pewniaków.

Napisałem "legenda głosi", choć Haddon Sundblom istniał naprawdę i naprawdę malował swoich czerwono-białych Santa Clausów (późniejszym nadawał nawet własne rysy!). Niemniej jest sporo przesady w pojawiającym się czasem twierdzeniu - któremu sama zainteresowana firma bynajmniej nie przeczy - że najbardziej rozpowszechniony wizerunek świętego Mikołaja zafundowała nam akurat Coca-Cola Company. Przeobrażenie się biskupa w grubaska-przebierańca mieszkającego gdzieś na Biegunie Północnym to w istocie raczej dzieło zbiorowe i rozłożone na pokolenia - a więc wynikające ze zmian w powszechnej świadomości - niż jednorazowe marketingowe fiat wszechmocnej korporacji.

Amerykańska przygoda świętego od prezentów zaczęła się, gdy Washington Irving w roku 1809 wspomniał o jego wywodzącym się z Holandii pierwowzorze, Sinterklaasie, w swej "Historii Nowego Jorku" (będącego wszak kiedyś Nowym Amsterdamem). Opisał go tam jako pulchnego małego człowieczka ubranego w holenderski strój: kapelusz z szerokim rondem i bryczesy, który przybywa konno w wigilię dnia św. Mikołaja. Już w 1822 roku Klemens C. Moore, poeta (ale również profesor teologii!), dokonał udanej lokalizacji i napisał szalenie potem popularny wiersz dla dzieci o wizycie św. Mikołaja (ostatnio znawcy są jednak zdania, że prawdziwym autorem tego bestsellera był major Henryk Livingstone). Jego Mikołaj, wesoły stary elf (!) ["a right jolly old elf"], zjawia się z podarkami dopiero w wigilię Bożego Narodzenia, frunąc w maleńkich sankach ciągnionych przez osiem reniferów, a do domu dostaje się przez komin. Poza tym pali fajkę (!), ma strój cały z futra, brodę "białą jak śnieg" i okrągły brzuszek, który od śmiechu trzęsie mu się jak galareta (rym belly/jelly).

Następny krok uczynił rysownik Tomasz Nast, znany m.in. jako autor zwierzęcych symboli demokratów i republikanów: dał Mikołajowi czerwony, lamowany futrem strój oraz szeroki skórzany pas. Nastowi przypisuje się również pomysł umieszczenia kwatery Świętego właśnie na Biegunie Północnym, co w naiwnych dziecięcych główkach utrwalił dodatkowo wiersz Jerzego P. Webstera. Natomiast pod koniec XIX wieku Mikołaj już na dobre urósł do ludzkich rozmiarów, odkąd Armia Zbawienia zaczęła w okresie przedświątecznym posyłać masowo przebierańców z dzwonkami, którzy w ten sposób zbierali pieniądze na rozmaite szlachetne cele.

Jak zatem widać, od samego początku było to multikulturowe poplątanie z pomieszaniem, nie mające nic wspólnego ze średniowiecznym świętym - tak że Coca-Cola przyszła właściwie na gotowe. Wystarczyło tylko trochę ten bałagan uporządkować, ujednolicić kolorystykę i - nade wszystko - zachować nastrój bezpretensjonalnej głupoty, skoro już wcześniej sama opowieść o świętości przemieniła się niepostrzeżenie w prozaiczną bajkę o worku pełnym zabawek, za które w ostatecznym rachunku i tak zawsze płaci tatuś.

Maks Weber nazywał to uczenie "odczarowywaniem świata".


OBRAZKI

Kliknij, by powiększyć [15 KB]

Oto jeden z wielu oryginalnych cocacolowych Santa Clausów Haddona Sundbloma
Kliknij, by powiększyć [33 KB]

A takiego "świętego Mikołaja" wymyślili w polskiej Coca-Coli w tym roku


© Lech Stępniewski grudzień 2002

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny