Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny

 

POKÓJ I MIECZ

LECH STĘPNIEWSKI


"Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi" - rzekł w Kazaniu na Górze Syn Boży, Książę Pokoju przepowiadany przez proroków. I sam też pokój nam zostawił, mówiąc: "Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam". Ale dodał: "Nie tak jak daje świat, Ja wam daję" - bo jakiś dziwny to pokój, całkiem nie z tego świata. A tym, co zwykłego ludzkiego pokoju oczekiwali - takiego bardziej w stylu rokokowych sielanek pasterskich: trawka, baranki i naturalnie nikt ani nie klnie, ani tym bardziej nie strzela - zapowiedział twardo: "Nie sądźcie, że przyszedłem pokój przynieść na ziemię. Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz". "Miecz" - ostro powiedziane!

W greckim tekście Ewangelii Mateusza słowa te brzmią jeszcze groźniej: zamiast mało dynamicznego "przynieść" jest tam "rzucić" (balein). Czyli "przyszedłem rzucić miecz", podobnie jak w paralelnym fragmencie Ewangelii Łukasza, gdzie Jezus mówi: "Przyszedłem rzucić ogień na ziemię i jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął". Rzucanie ognia to efektowny obraz, ale rzucony miecz wygląda chyba lepiej. Niemal widać jak drży wbity w ziemię - niczym dwa nagie miecze z pierwszej sceny "Krzyżaków" Aleksandra Forda. A więc wojna?

Na to, czym jest ten Jezusowy miecz, i co tnie, były i są rozmaite poglądy.

 

Harmagedon i pax romana

W najprostszej wykładni miecz to miecz. Ten sam, o którym mówi św. Paweł, że nie na próżno nosi go władza ziemska, "jest bowiem narzędziem Boga do wymierzenia sprawiedliwej kary temu, który czyni źle". A więc żadnych swawoli, obowiązuje dyscyplina i - naprzód marsz "ku dobremu", a kto nie posłucha, temu pogrozi się mieczem. Trochę wprawdzie ów pogląd kłóci się z wolnością dzieci Bożych, ale za to nie można mu odmówić dozy zdrowego realizmu. Wszak wiadomo, że bez dyscypliny zepsuta ludzkość najchętniej wisiałaby za ogony na drzewach.

Jest to także ten sam miecz, który zostanie użyty pod Harmagedon, gdzie - jak napisano w Apokalipsie - królowie ziemi zostaną zgromadzeni na wojnę "w Wielkim Dniu wszechmogącego Boga". Ponieważ jednak całe dzieje są wstępem do owego ostatecznego boju, słowa o mieczu przyniesionym przez Zbawiciela często bywały przypominane, gdy tylko chrześcijanie mieli dylemat: iść na wojnę, czy nie iść. Skoro bowiem - rozumowano - nawet On, "cichy i pokorny sercem", daje nam miecz, to muszą istnieć okoliczności, które użycie przemocy usprawiedliwiają: słuszna obrona przed wrogiem, złość pogańska, obalanie tyranów etc. etc. Cała doktryna "wojny sprawiedliwej" właśnie na tym założeniu się opiera. To zresztą stała pokusa: żeby żyć po staremu, a tylko myśleć o tym swoim starym życiu po chrześcijańsku.

Dosłowne odczytanie tego wersetu Ewangelii napotyka jednak na trudności. Po pierwsze, ani miecza dyscypliny, ani miecza wojny Jezus przynosić na ziemię nie musiał - podobnych pomysłów to już nam samym, sprytnym grzesznikom, nie brakuje. Po drugie i ważniejsze, choć Jezus głosił Dobrą Nowinę w okupowanym kraju, takim, któremu naprawdę przydałaby się operacja typu "judejska wolność", wręcz demonstracyjnie tego nie zauważał. Zamiast wymachiwać mieczem zadawał się z kolaborantami, rzymskiemu setnikowi uzdrowił sługę, a rzeź dokonaną przez okupanta porównywał z katastrofą budowlaną - jakby chodziło o podobne siły natury!

Jednocześnie ani wojny nie potępiał, ani nie modlił się o pokój rozumiany jako świat bez wojen; pewnie dlatego, że to już załatwiał za Niego cezar wprowadzając wszędzie pax romana. Przeciwnie, nie pozostawiał swym słuchaczom wątpliwości, że wojny będą aż do skończenia świata i obok trzęsień ziemi, zarazy i głodu traktował je jako znaki czasów ostatecznych.

Najwyraźniej bowiem szło Mu bowiem o rzeczy ważniejsze od pokoju na Bliskim Wschodzie.

 

"Ma On wiejadło w ręku"

Wedle wykładni bardziej duchowej w słowach o mieczu rzucanym na ziemię dalej chodzi o miecz - jednak niekoniecznie materialny, gdyż skierowany przeciw grzesznikom.

Oto bowiem - tak straszył kudłaty i okryty skórami Jan Chrzciciel - nadchodzi już Pan żniwa. "Ma On wiejadło w ręku dla oczyszczenia swego omłotu: pszenicę zbierze do spichlerza, a plewy spali w ogniu nieugaszonym". Miecz Jezusa byłby zatem tym narzędziem, którym "On oddzieli jednych ludzi od drugich, tak jak pasterz oddziela owce od kozłów".

Dlatego Orygenes w 13 homilii o Ewangelii św. Łukasza twierdzi, że pokój należy się tylko ludziom dobrej woli (o czym śpiewali przy Narodzeniu aniołowie) - dla reszty pozostaje właśnie miecz. A w homilii 26, wyjaśniając słowa Jezusa "Przyszedłem ogień rzucić na ziemię", dodaje: "Jeśli zaś nie zwrócisz się do Niego, jeśli posiadasz ziemię i jej owoce - przyszedł rzucić ogień na ziemię twoją". Wychodzi więc na to, że Jezus naśladuje surowego Jehowę z Księgi Powtórzonego Prawa oznajmiającego: "Zapłonął żar mego gniewu, co sięga do głębin Szeolu, pożera ziemię z plonami, podwaliny gór zapala". Już od tego można dostać nerwicy, a tymczasem Orygenes wspomina jeszcze o zanurzaniu w jezusowym ogniu. Na szczęście z dwojakim skutkiem: tylko dla grzeszników będzie to "ogniste potępienie", dla świętych zaś - przepustka do raju.

Owszem, Orygenes o tyle ma rację, że nastanie pora i na miecz, i na ogień, o którym św. Paweł pisał, że w dzień Pański dzieło każdego "wypróbuje, jakie jest". Jednak czas pierwszego przyjścia Jezusa - które właściwie trwa potąd, póki wszyscy nie ujrzą Go przychodzącego powtórnie w chwale - to jeszcze nie czas żniwa, lecz "rok łaski od Pana".

Teraz bowiem Syn Boży nie przychodzi ze swym mieczem po to, "aby świat sądzić, ale aby świat zbawić".

 

Teściowa jako problem teologiczny

Według ostatniej i najpopularniejszej wykładni tym, co przynosi Jezus i co ukazuje kruchość ziemskiego pokoju, jest po prostu Słowo Boże.

Przenika ono duszę jak miecz i oczyszcza jak ogień: jednych wzywa do nawrócenia, a innych czyni zapiekłymi prześladowcami. Stąd w obu ewangeliach, Łukasza i Mateusza, pojawiają się podobne zapowiedzi ciężkich czasów dla uczniów oraz rozłamu w stylu wschodnich awantur rodzinnych: "ojciec przeciw synowi, a syn przeciw ojcu; matka przeciw córce, a córka przeciw matce; teściowa przeciw synowej, a synowa przeciw teściowej"; "i będą nieprzyjaciółmi człowieka jego domownicy".

Zwłaszcza na początku często musiało dochodzić do takich nieprzyjemnych sytuacji. O żonie Szymona Piotra wiadomo tylko tyle, że ją miał, skoro miał teściową, którą Jezus uzdrowił. Mamusia była w porządku i chyba nawet nowych znajomych zięcia zaakceptowała, natomiast trudno przypuszczać, że żonie szalenie podobała się włóczęga męża: bez sensu, bez zarobku i nierzadko w towarzystwie obcych kobiet. Już sama Maria Magdalena wystarczyłaby do zasiania podejrzeń, a przecież była tam jeszcze "Joanna, żona Chuzy, zarządcy u Heroda; Zuzanna i wiele innych, które im usługiwały ze swego mienia". Co o utrzymywaniu "ze swego mienia" niestarego przecież rabbiego myślał Chuza, mąż szczodrej Joanny, ewangelie taktownie milczą.

Jeszcze w prawie cztery wieki później św. Augustyn tak zdroworozsądkowo komentował te fragmenty w swych "Objaśnieniach psalmów": "Podoba się jakiemuś młodzieńcowi służba Boża, ojcu się nie podoba. Rozdzieleni są przeciwko sobie. (...) Silniejszy jest jednak ten miecz rozdzielający niż natura wiążąca cieleśnie. Zdarza się też to z córką przeciw matce, a tym bardziej z synową przeciw teściowej. Czasami bowiem w jednym domu synowa i teściowa to heretyczka i katoliczka".

Rozdzielenie synowej i teściowej Augustyn objaśniał też na wyższym poziomie symbolicznym. Jeśli oblubieniec to Chrystus, wówczas - jak dowcipnie tłumaczył - teściową jest matka oblubieńca, a "matka oblubieńca Pana naszego Jezusa Chrystusa to synagoga. Zatem jej synową jest Kościół". Egzegeza ta ujawnia głębsze przyczyny nienajlepszego współżycia obu instytucji w ciągu ostatnich dwudziestu wieków, z czego jednak nie wynika, że wszystkie żarty o teściowych należy tym samym traktować jako skrycie antysemickie.

 

Miecz i krzyż

Miecz Jezusa to po trochu i "rózga żelazna", którą Baranek paść będzie narody, i zapowiedź sądu, i Słowo, które każdego z nas osądzi "w dniu ostatecznym". Ale aby to wszystko się stało, miecz ten musi sięgnąć jeszcze głębiej, aż do źródła ludzkiego grzechu. Musi powstać ogień mający moc spalić starodawny "zapis dłużny". Właśnie o tym ogniu mówi Jezus: "Jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął". I dodaje: "Chrzest mam przyjąć i jakiej doznaję udręki, aż się to stanie".

Dla słuchających Go brzmiało to pewnie dziwacznie. Chrzest? Drugi chrzest? Czyż nie został ochrzczony w Jordanie przez Jana wraz z całym ludem? My jednak wiemy już, że jak tamten chrzest był znakiem "nawrócenia dla odpuszczenia grzechów" i przejścia ze śmierci do nowego życia, tak teraz znaki muszą się wypełnić: aby "Chrystus zmartwychwstał jako pierwszy spośród tych, co pomarli". Naprawdę zmartwychwstał.

Albowiem w ostatecznym wymiarze miecz rzucony na ziemię to oczywiście krzyż wbity na Golgocie, misterium śmierci i Zmartwychwstania, bez którego cała Dobra Nowina staje się zbiorem pięknych morałów i - dosłownie! - pobożnym życzeniem. Chrystus nie jest bowiem Rozjemcą, pokojowym mediatorem z ramienia Pana Boga ("Człowieku - pytał - któż Mię ustanowił sędzią albo rozjemcą nad wami?"), ale Zbawicielem.

Zbawienie zaś - co szczególnie w naszych czasach warto nieustannie przypominać - to nie jakaś pacyfistyczna wizja: imagine, wszyscy ludzie żyją w pokoju, no country, no religion... Znamienne, że nawet zapowiadając nadejście rozłamów Jezus nie wspomina o "wszystkich", ale jakoś tak ciasno ogranicza się do niedużego kręgu rodzinnego: córka przeciw matce, ojciec przeciwko synowi... Wprawdzie to cytat z proroka Micheasza, ale co by Mu szkodziło dodać, że powstanie sługa przeciw panu, naród przeciw narodowi, cywilizacja przeciw cywilizacji etc. Tak nawet byłoby przyjemniej, bo ludzie zawsze wolą zapłakać nad nieszczęściami świata niż nad sobą.

Jezusa jednak nie interesują królestwa, królestwa zawsze będą ze sobą walczyły. Jego miecz uderza w samo ludzkie serce: "z serca bowiem pochodzą złe myśli, zabójstwa, cudzołóstwa, czyny nierządne...". Uderza także - i to boleśnie - w iluzje, jakimi karmi się ono i łudzi poszukując w tym świecie dla siebie jakiegokolwiek trwałego fundamentu. I nie chodzi tu o wcale o wielkie ideologie, bo nawet po najdłuższych demonstracjach wraca się do domu, ale w pierwszym rzędzie właśnie o ten krąg bliźnich najbliższych i codziennych.

"Przeklęty mąż, który pokłada nadzieję w człowieku (...) a od Pana odwraca swe serce" - powiada prorok Jeremiasz. Co Pan/Pani ceni najbardziej? Udane życie rodzinne - tak jeszcze dziś, w epoce przecież wybitnie antyrodzinnej, odpowiada większość pytanych. Rodzina to klęska, brzemię, przyczyna najdotkliwszych zranień, ale zarazem nadzieja, oparcie, ostatnia pociecha - skarb. A "gdzie jest twój skarb, tam będzie i serce twoje". I tylko czyste serce, to znaczy takie, które już wyzbyło się przywiązania do rzeczy tego świata, może przyjąć ten pokój, który daje Jezus.

Przypominam o tym, choć przecież Wielkanoc to takie "rodzinne święta": ze święconką, palemką, kurczaczkami, jajkiem - i miłym ciepłem pod sercem, albo przynajmniej z nadzieją na nie. Trzeba jednak byśmy śpiewając wraz z bliskimi paschalne Alleluja, pamiętali równocześnie, że jesteśmy wciąż pod mieczem Chrystusa i pod Jego ogniem. Miecz zabija starego człowieka, ogień oczyszcza do cna - cóż więc nam zostaje?

Chyba już tylko życie wieczne.


© Lech Stępniewski kwiecień 2003

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny