Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny

 

MICKIEWICZ POPLĄTANY

LECH STĘPNIEWSKI


Poeci, wiadomo, gadają pięknie i mętnie jak nie przymierzając politycy Unii Wolności, więc o ich wierszach dalej uchodzi pisać trzy po trzy - całkiem jakby to było zrymowane sprawozdanie z obrad Sejmu. Właśnie tak, ze słodką niefrasobliwością, zabrał się za rozwikłanie tajemnicy Mickiewiczowskiego "czterdzieści i cztery" p. Piotr Derdej w 44/45 numerze "NCz!".

Chwała Mu jedynie za odwagę, ponieważ każda próba odpowiedzi na pytanie "Któż ten mąż?", już od bardzo dawna traktowana jest w polonistyce niczym wynajdywanie perpetuum mobile. Po części słusznie, skoro wokół tej zagadki zawsze kręciło się sporo pedantycznych maniaków, natchnionych wizjonerów oraz całkiem zwyczajnych wariatów. Rzetelni badacze zaś albo woleli z góry zrezygnować z przebywania w tym podejrzanym towarzystwie, albo ogłaszali wyniki swych przemyśleń w drukach ściśle fachowych, które rzadko ukazują się w nakładzie większym niż ludność niedużej wioseczki.

Niestety, p. Derdej nie tylko jest zwyczajnie niedouczony, ale nawet krótkie "Widzenie księdza Piotra" przeczytał wyjątkowo niedokładnie.

Jest niedouczony, bo autorytatywnie twierdzi, że pogląd jakoby zapowiadanym "przez Adama Mickiewicza «czterdzieści cztery» mógł być Andrzej Towiański, z góry należy odrzucić, ponieważ «brat Andrzej» nie był ani wielkim wodzem, ani wielkim kapłanem Kościoła, ani władcą świata i namiestnikiem Boga na Ziemi". Tymczasem Mickiewiczowi wcale to wszystko nie przeszkadzało i podczas swego ostatniego wykładu w Collège de France właśnie na Towiańskiego wskazał jako na owego "męża przeznaczenia", którego wiele lat wcześniej, dodał, "mnie samemu dane było przewidzieć w duchu" - tu na dowód odczytał swój swobodny przekład stosownych fragmentów z "Dziadów". A potem prozą (co prawda profetyczną) dopowiedział: "Od tego czasu ów mąż o trzech obliczach i o trzech tonach ukazał się już Izraelitom, Francuzom i Słowianom; zaświadczyli oni w obliczu niebios, że go widzieli i poznali".

Tak oto w 1844 roku Mickiewicz czytał Mickiewicza z roku 1832. I aczkolwiek w czasie pisania "Dziadów" miał zapewne kogoś innego na myśli (o tym za chwilę), to jednak zawsze był to jeden mąż o trzech obliczach. Dlatego fundamentalne dla wywodów p. Derdeja założenie, iż "Mickiewiczowi chodzi tutaj zapewne nie o jednego, ale o trzech konkretnych, wybitnych Polaków", wypada uznać za przejaw nieokiełznanej fantazji autora, który woli snuć o Mickiewiczu luźne przypuszczenia, zamiast go raz uważnie przeczytać.

Gdyby to bowiem zrobił, nie brnąłby potem w jeszcze dziksze fantazje oświadczając, iż z "Widzenia księdza Piotra" wynika jakoby Mickiewiczowski mąż "czterdzieści i cztery" miał przyjść "dopiero w odległej przyszłości", w XX, a może "nawet XXI wieku". W tym miejscu wypadałoby po prostu otworzyć "Dziady", ale ponieważ ludzie oduczyli się już czytać poezję, poniecham cytatów i - błagając ducha Adama o wybaczenie - przełożę kawałek "Widzenia" z "wierszowego" na "gazetowe".

Co widzi zrazu ks. Piotr? Ks. Piotr widzi zrazu ruskie kibitki pędzące na północ. Z rozkazu nowego Heroda wiozą one "nasze dzieci" na zatracenie. Na szczęście jedno z tych dzieci umyka siepaczom i z niego właśnie wyrasta "wskrzesiciel narodu", który - uwaga! - dopiero będzie nosił imię "czterdzieści i cztery". Dotąd można by jeszcze od biedy spekulować, że wydarzenia te nastąpią "w odległej przyszłości", i że nawet wyrażenie "pokolenie nasze" w ustach ks. Piotra oznacza metaforycznie wszystkich (a więc także i przyszłych) Polaków. Ale później, gdy "wskrzesiciel narodu" już otrzymuje imię "czterdzieści i cztery", ks. Piotr jasno powiada, iż znał go, gdy ten był dzieckiem, i gdy rósł (to fraza ewangeliczna) "duszą i ciałem".

Kto to taki? Otóż nie ulega wątpliwości (i dawno temu Kleiner sprawę tę przekonująco wyłożył), że na gruncie tekstu "Dziadów" oczekiwanym "wskrzesicielem" jest sam Konrad. Oczywiście nie ten Konrad o krok od zatracenia, mały antychryst z "Wielkiej Improwizacji", ale Konrad nawrócony i przemieniony. To jego, młodzianka, zna ks. Piotr, to on niedługo pojedzie kibitką na północ, a potem - zgodnie z przepowiednią ks. Piotra (z ducha "Widzenia" poczętą) - spotka dziwnego nieznajomego, który go "powita pierwszy w Imię Boże".

Kim zatem - zapyta teraz ktoś - jest Konrad? Ponieważ Mickiewicz nie wahał się zbytnio przed podstawieniem w to miejsce realnej postaci, i ja się nie zawaham. Niemniej wyznawców ścisłego oddzielania bohatera literackiego (czy podobnych literaturoznawczych upiorów) od autora z krwi i kości uprasza się w tym miejscu o nie czytanie, iżby ich cholera nie zatrzęsła. Reszta zaś dusz ufnych niechaj najprzód z należną uwagą przeczyta to, co zawsze warto przeczytać na początku, a mianowicie wstęp autora.

We "Wstępie" do III części "Dziadów" Mickiewicz opowiada wprawdzie wyłącznie o przeszłych wypadkach, ale to wciąż na dobry ład ta sama historia, którą ks. Piotr ujrzał proroczo w pierwszej części swego widzenia. Jest tam Herod-Nowosilcow biorący "na męki dzieci i młodzież", gdzieś w tle majaczą kibitki, którymi "dwudziestu kilku, już nauczycieli, już uczniów uniwersytetu, wysłano na wieczne wygnanie w głąb Rosji jako podejrzanych o polską narodowość", jest wreszcie i "dziecię", co uszło, bo "z tylu wygnańców jednemu tylko dotąd udało się wydobyć się z Rosji".

Można jednak zasadnie zapytać, dlaczego Mickiewicz dawszy w tym wypadku znak tak wyraźny - bo to przecież właśnie jemu udało się "ujść"! - w samej scenie "Widzenia" położył owo dziwne "czterdzieści i cztery". Pomijając wymogi stylistyczne profetycznej wizji, nie od rzeczy będzie przypuszczenie, że Mickiewicz odnosząc proroctwo ks. Piotra do siebie, chciał jednocześnie z tego samego powodu jego wymowę nieco "osłabić". Świadczy o tym choćby fakt, iż jeszcze w bardzo późnej fazie pracy nad III częścią "Dziadów", w czystopisie ofiarowanym Klaudii Potockiej, użyty pierwotnie zwrot "ziemski mesyasz narodu" został wymazany i zastąpiony słowami "wskrzesiciel narodu". Tyż piknie - jak mawiają górale - ale to w końcu nie to samo, co mianować siebie "mesyaszem".

Samo zaś "czterdzieści i cztery" nie z Kabały pochodzi, ale z jej dość swoistej interpretacji dokonanej przez Saint-Martina, którego Mickiewicz do końca życia niezwykle sobie cenił. A znaczy ono tyle właśnie - bardzo z grubsza biorąc! - co ów "ziemski mesjasz": w sumie ciut niżej od Chrystusa, ale na pewno więcej niż pierwszy lepszy papież. Jednocześnie nie jest to po prostu zwykłe imię (co pokazał nieodżałowany znawca Mickiewiczowskiego profetyzmu Wiktor Weintraub), lecz raczej - tytuł mesjański. Dlatego właśnie na początku "Widzenia ks. Piotra" tytuł ten dziecięciu, które uszło (i jakieś zwykłe imię na pewno już ma) jeszcze nie przysługuje ("imię jego będzie"). Dlatego również Mickiewicz mógł najpierw sobie tę godność mesjańską zwiastować, a w 12 lat później obdarował nią Mistrza Andrzeja. Jednak już wtedy musiał cokolwiek sprzeniewierzyć się swej pierwotnej wizji (opowieść o Herodzie, kibitkach i dziecięciu traciła przecież sens) i, odsuwając w cień historyczno-mityczny konkret, sam uruchomił proces wynajdywania kolejnych "mesyaszy" - bo tych ci i u nas i na szerokim świecie dostatek...

Mianowanie na stopień mesjasza Józefa Piłsudskiego, jakiego właśnie dokonał uroczyście p. Derdej na łamach "Najwyższego CZASU!", nie jest naturalnie żadną nowością i bodaj już na początku lat dwudziestych nastąpił wysyp podobnych namaszczeń. Natomiast próba "awansowania" w ten sposób Jan Pawła II musi budzić zdumienie i zgrozę. Dlaczego?

Samo dopasowywanie do różnych tęgich głów mesjańskiej korony wydaje mi się zajęciem bezmyślnym i jałowym - skoro i tak dokonywane bywa zazwyczaj bez żadnego ryzyka, bo dobrze post factum. Daleko ciekawsze jest, moim zdaniem, poważne rozważenie kwestii, czy katolikowi w taką przepowiednię pojawienia się nowego mesjasza w ogóle wolno wierzyć?

Katolik wszak wierzy mocno, że Mesjasz już przyszedł, a gdy przyjdzie po raz wtóry w chwale, to nie będzie to jakiś nowy mesjasz, ale zawsze ten sam - teraz i na wieki - Jezus Chrystus. A tym, co mówią "«Oto tu jest Mesjasz» albo: «Tam», nie wierzcie!" (Mt 24,23). Ci zwiastują bowiem nie Chrystusa, który przyjdzie "jak błyskawica", lecz uzurpatora, Jego przeciwnika, czyli - Anty-Chrysta! Nazywanie zaś Mesjaszem nawet najwybitniejszego wodza, kapłana albo i świętego jest chyba dla katolickich uszu zawsze pewnym nadużyciem i bluźnierstwem.

A jednak p. Derdej, zauroczony wieszczą aurą Mickiewicza, mnoży mesjaszy jak króliki i nie dostrzega niczego podejrzanego nawet w horrendalnym objawieniu, że ten, jak go ks. Piotr nazywa, "mąż straszny" skończy wyznaczoną mu misję, gdy "na sławie zbuduje ogromy swego kościoła". Co więcej, p. Derdej prostodusznie ogłasza, że owym mężem jest "nikt inny tylko Ojciec Święty Jan Paweł II", i że właśnie do Niego wprost cudnie pasuje przytoczony fragment Mickiewiczowskiej przepowiedni. No i stąd moje zdumienie i zgroza...

Bo jeśli papież rzeczywiście buduje ogromy kościoła, to nie "na sławie" przecież, ale na Krzyżu, i nie "swego kościoła" ogromy buduje, ale "Chrystusowego"! Sława zaś i "własny kościół" to, raz jeszcze powtórzę, znaki tradycyjnie łączone z Anty-Chrystem, który "zasiądzie w świątyni Boga, dowodząc, że sam jest Bogiem" (2 Tes 2,4), a sława jego wielka, albowiem "cała ziemia w podziwie powiodła wzrokiem za Bestią" (Ap 13,3).

A na to, że jakiś nowy mesjasz - choćby i porządny Antychryst - objawi się nam, jak prorokuje ostrożnie p. Derdej, w czasie najbliższych wyborów prezydenckich, raczej bym nie liczył, choć z drugiej strony na brak objawień z pewnością nie będziemy wtedy narzekać. Zresztą był tu już ostatnim razem taki jeden pomazaniec i nawet "Gazeta Wyborcza" lekko pokwikiwała ze śmiechu donosząc, że gdzieś ktoś, juści bidulek umysłowy, doszedł do wniosku, iż polski "mąż przeznaczenia" nazywa się Aleksander. Znaczy się - Olek, bo to równy gość. O=16, L=12 E=5, K=11. 16+12+5+11=44. Zgadza się? Zgadza!

"Taki wieszcz jaki słuchacz".


© Lech Stępniewski listopad 1999

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny