Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny

 

JAKIEGO MESJASZA POTRZEBUJEMY?

LECH STĘPNIEWSKI


Jakiego? Głupie pytanie! Toż jasne, że Jezusa Chrystusa - tego samego teraz i zawsze! Tego ukrzyżowanego pod Ponckim Piłatem, który zstąpił do piekieł, trzeciego dnia zmartwychwstał i tak dalej, i tak dalej, i który powtórnie przyjdzie w chwale sądzić żywych i umarłych - tylko nie bardzo wiadomo kiedy.

Skoro zaś nie wiadomo, kiedy przyjdzie, ponieważ "o dniu owym lub godzinie nikt nie wie, ani aniołowie w niebie, ani Syn, tylko Ojciec" (Mk 13,32), to trzeba nam czuwać. Dlatego właśnie już za kilka dni zejdziemy się, jak każdej Wielkanocy, na całonocnym czuwaniu, czekając na światło Chrystusa Zmartwychwstałego, co jest zarazem znakiem innego i większego wyczekiwania - na przyobiecaną paruzję. A więc na koniec świata, o którym Tertulian z entuzjazmem powiada, że będzie to widowisko "przyjemniejsze niż cyrk" i "wszelkie wyścigi stadionu" ("De spectaculis", 30). Między innymi dlatego, że - inaczej niż za pierwszym razem - obejrzymy sobie wtedy wspaniałe "przyjście Pana, w którego już nikt nie będzie wątpił"; ale to akurat wydaje mi się bardzo wątpliwe.

Przyjdzie bowiem w chwale, ale czy Go poznamy? Pewnie, że poznamy - bo i jakże w to wątpić, gdy tyle portretów Pana Naszego wokoło, w każdym kościele przynajmniej z dziesięć. Wystarczy popatrzeć, a potem porównać. Jednak na wszelki wypadek przydałby się też jakiś autorytatywny rysopis. Tymczasem Ewangelie zachowują w tym względzie zastanawiające milczenie. Próżno pragnęłoby się dowiedzieć z nich, czy Jezus był chudy czy gruby, przyjemny na twarzy czy kostropaty etc. Od św. Jana wiadomo jedynie, że tunikę nosił niebanalną, całą tkaną od góry do dołu, ale na tę akurat połakomili się rzymscy żołdacy, więc pewnie przyjdzie w nowej.

Co do wyglądu Jezusa istnieją zresztą dwie sprzeczne tradycje. Wcześni Ojcowie (np. Klemens Aleksandryjski i Orygenes) twierdzili z przekonaniem, że był mały i w ogóle obrzydliwy, bo tak właśnie o cierpiącym słudze Jahwe napisano u Izajasza: "Nie miał On wdzięku ani też blasku, aby na Niego popatrzeć, ani wyglądu, by się nam podobał" (Iz 53,2). Czyli z grubsza taki trochę pokraczny rudzielec jak na jednym z obrazów Wojtkiewicza. Później jednak stopniowo przewagę zaczęła zdobywać druga tradycja: że oto Bóg wcielony, Jezus Chrystus, byle czego nie obrał sobie na ziemskie pomieszkanie, ergo był człowiekiem absolutnie bez skazy (sine imperfectione - jak powie św. Tomasz). Ale dwie tradycje to o jedną za dużo. Kogo zatem szukacie: szpetnego czy przystojnego?

Można by na to rzec, że - paradoksalnie - i takiego, i takiego. Ciało zmartwychwstałe, albo inaczej - wedle wyrażenia św. Pawła - ciało duchowe (soma pneumatikon), nie przypomina bowiem zgoła ciała ziemskiego i każdy widzi je wedle usposobienia swego wewnętrznego wzroku. Toteż Maria Magdalena ujrzała zrazu Ogrodnika, Kleofas - Nieznajomego Pielgrzyma, niewierny Tomasz zobaczył ciało przebite gwoździami; ciało, które jadło rybę, ale i przenikało przez ściany. A wszystko to przecież był Jezus - jeden i ten sam!

Skoro tedy da się widzieć Jezusa na tyle różnych sposobów, to może poznamy Go niezawodnie po Jego chwale? Jużci trudno przypuszczać, by Bóg Ojciec w takiej chwili poskąpił jej dla Swego Syna. Ale wszak i za pierwszym razem Jezus został otoczony Ojcową chwałą ("jest Ojciec mój, który Mnie chwałą otacza", J 8,54) - a jednak nie wszyscy Go poznali. Przeciwnie: poznała garsteczka niewielka, a i to zagubiona i chwiejna. Nawet po zmartwychwstaniu, gdy dał się widzieć na górze w Galilei, jedni - jak uczciwie notuje Mateusz w swej Ewangelii - "oddali Mu pokłon. Niektórzy jednak wątpili". Na nas bowiem, wolnych ludzi, nie ma siły ani w niebie, ani na ziemi. Clive Staples Lewis pisze gdzieś, że gdyby zatwardziały niedowiarek zobaczył pewnego dnia koniec świata dokładnie taki, jak został opisany w Apokalipsie, to znaczy gdyby "na własne oczy" ujrzał niebo zwijające się niczym księga, wielki biały tron w górze etc. etc., to i tak mógłby dalej upierać się, że to tylko zwidy albo w ostateczności - nagły atak choroby psychicznej.

Może więc poznamy Pana Jezusa nie po wyglądzie ani po niebieskich efektach specjalnych, ale po tym, co uczyni? No tak, ale co właściwie miałby uczynić, by było to godne Bożego sądu? Przyjdzie i będzie paść narody rózgą żelazną i jak gliniane garnki je porozbija? Nie nas, naturalnie, bo my dobrzy i wierni, tylko kacerzy złośliwych rozbije, demoliberalnych praktycznych materialistów oraz innych psów, guślarzy i rozpustników, i szatańską Unię Europejską na dokładkę. Wszystko wedle życzenia - i wtedy oczywiście Mu uwierzymy, że to On, bo przecież dobrze wiemy, na kogo czekamy.

Ale Żydzi swego czasu też dobrze wiedzieli i się nacięli!

Nawet apostołowie, trzódka wybrana, mieli do końca problemy z przyjęciem mesjańskiego przesłania Jezusa. Piotr raz w natchnieniu wyznawał, że Jezus jest Mesjaszem, a niedługo potem zaklinał Zbawiciela - i to na Boga! ("Panie, niech Cię Bóg broni!") - by nie urządzał z siebie żadnego widowiska, choćby i ze zmartwychwstawaniem. Gdy zaś Misterium Golgoty już się dokonało, uczniowie - o ironio! - oklapli i zasmucili się. Dwóch takich smutnych szło właśnie do Emaus i gdy dołączył do nich pewien Nieznajomy opowiedzieli Mu o Jezusie, jak to "arcykapłani i nasi przywódcy wydali Go na śmierć i ukrzyżowali". I wtedy z głębi zrozpaczonego serca wyrwało im się: "A myśmy się spodziewali, że On właśnie miał wyzwolić Izraela" (Łk 24,21). Także potem, kiedy już został rozpoznany i jadł razem z apostołami, znowu "zapytywali Go zebrani: Panie, czy w tym czasie przywrócisz królestwo Izraela?" (Dz 1,6).

To "królestwo Izraela" wygląda na miejscową obsesję, ale trzeba Żydów zrozumieć. Odkąd upadło państwo Hasmoneuszów, Judea zyskała status państwa bardzo stowarzyszonego z rzymską unią europejską. Z początku sprawy nie układały się jeszcze najgorzej. Herod był wprawdzie ohydnym proeuropejskim renegatem płaszczącym się przed Rzymem i mordercą niewiniątek, ale kilkakrotnie obniżał (!) podatki (np. w roku 20 p.n.e. o jedną trzecią, a w sześć lat później o kolejne 25% - Bush to przy nim pętak) oraz rozkręcił na przeszło osiemdziesiąt lat boom budowlany w Jerozolimie podejmując decyzję o przebudowie Świątyni. Dzięki temu - jak podaje Józef Flawiusz - miało stale zajęcie przeszło 10 tysięcy rzemieślników, więc już mniejsza o to, że przebudowę zaprojektowano w niepatriotycznym stylu hellenistycznym.

Jednak w szóstym roku n.e. Judea definitywnie wchodzi do rzymskiej unii, to znaczy zostaje wcielona do prowincji syryjskiej i teraz rządzi nią bezpośrednio rzymski prefekt (taki tytuł nosił faktycznie Piłat). Nowych inwestycji bezpośrednich od tego jakoś nie przybywa, natomiast od razu na wstępie zarządza się powszechny spis całej ludności (ten właśnie, o którym wspomina w swej Ewangelii św. Łukasz), by policzyć, ile też da się z niej wycisnąć unijnej składki. Chyba się jednak przeliczono, bo jeszcze w tym samym roku wybucha powstanie przeciwko PIT-om, czyli przeciwko nowowprowadzonemu rzymskiemu podatkowi osobistemu (tributum capitis). Rzymianie ściągali go sprawnie i często bezwzględnie, więc nic dziwnego, że nastroje antyunijne były niemal powszechne.

Odtąd kwestie podatkowe budzą nieustannie jak najgorsze skojarzenia. Na kartach Ewangelii synonimem odtrąconego przez społeczność grzesznika, taką męską nierządnicą, jest tzw. celnik, czyli w istocie poborca podatkowy. Zdrajca narodu i krwiopijca, bo jako dzierżawiący swój urząd od Rzymian na ogół stara się jeszcze wziąć i coś ekstra w ramach "zwrotu kosztów". Toteż gdy świeżo nawrócony celnik Mateusz wydaje przyjęcie na cześć Pana Jezusa, na które zaprasza też swych licznych kumpli po fachu, faryzeusze sarkają nie mniej, niż gdyby szło o łamanie szabatu: "Dlaczego jecie i pijecie z celnikami i grzesznikami?" No bo żeby bezinteresownie biesiadować z urzędnikami skarbowymi?! Rzeczywiście - koniec świata!

Z końcem świata łączyła się wszakże i nadzieja - dość powszechna w Palestynie od czasów Machabeuszy - na rychłą odbudowę żydowskiego państwa. W tym kontekście łatwiej więc zrozumieć ów tragiczny (i zbawienny!) wybór ludu żydowskiego, przedkładającego Barabasza - najprawdopodobniej zelotę, a więc bezkompromisowego przeciwnika rzymskich porządków - nad łagodnego rebe Jezusa, który obejrzawszy ówczesne euro uczył, by oddawać unii, co unijne, a unijnych komisarzy - miłować. Owszem, cieszono się z Jezusowych cudów jako świadectwa Jego mocy, nawet machano gałęziami i wiwatowano, gdy - zgodnie z Pismem - wjeżdżał na osiołku do Jerozolimy, lecz jednocześnie większość wiwatujących pamiętała dobrze, jakiego Mesjasza naprawdę potrzebuje. Takiego mianowicie, który "wyzwoli Izraela" i ustanowi wieczne mesjańskie królestwo na ziemi.

Mieli Pismo i proroków, znaki i przepowiednie, kapłanów i uczonych w piśmie, ale nie poznali Mesjasza nie dlatego, że za mało gorliwie Go wypatrywali albo dlatego, że stracili wiarę i odrzucili obietnice Pańskie. Przeciwnie! Wierzyli gorąco, że Bóg swego wybranego narodu nie opuści, a z drugiej strony - że nie wolno uczynić niczego, by ów naród, własność samego Jahwe, mógł pójść na zatracenie. Od tego zaś już blisko do mniemania, że co dobre dla narodu, to i zbożne, i "że lepiej jest dla was, gdy jeden człowiek umrze za lud, niż miałby zginąć cały naród" (J 11,50).

Wskutek utożsamienia porządku społecznego z religijnym, jakie się dokonało w pierwszym Przymierzu, to właśnie naród, jego sytuacja polityczna i pomyślność, stał się w praktyce zewnętrzną miarą ekonomii zbawienia. W judaizmie rabinicznym ów trzeźwy "realizm" żydowskiej religijności jeszcze się pogłębił, jakby przesłaniając tę starotestamentową prawdę, że gdy przykłada się ludzką miarę do Słowa Bożego, to jest to zawsze wystawianie Pana Boga na pokuszenie, "bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami - wyrocznia Pana" (Iz 55,8).

Jeśli my mielibyśmy przepaść, to któż będzie czcił Ciebie, Boże! Czy chrześcijan Duch Święty osobiście strzeże od tej arcyludzkiej formy bałwochwalstwa, skoro wierzą już, że to nie narody będą zbawione, ani klasy, ani rasy, "albowiem u Boga nie ma względu na osobę" (Rz 2,11). Żadną miarą! Przeciwnie! Czeka ich jeszcze w ostatniej godzinie - która przecież już trwa! - ciężka próba, ponieważ wcześniej nim nastąpi Chrystusowa paruzja przyjdzie Antychryst, chytry zwodziciel. Sytuacja jest więc może nawet gorsza niż dwa tysiące lat temu i stąd u wielu chrześcijańskich pisarzy - z Teodorem Dostojewskim na czele - ów niepokojący motyw, że oto Zbawiciel przychodzi po raz wtóry i znów nikt Go nie chce, ani nie poznaje.

Co prawda w indeksie tematycznym nowego Katechizmu Kościoła Katolickiego "Antychrysta" już nie ma, a z rzeczy na "anty" została tylko "antykoncepcja", ale to bynajmniej nie znaczy, że temat się zdezaktualizował, albo że wystarczy odrobina zwykłej, chrześcijańskiej czujności i roztropności, by łobuza zdemaskować.

Tylko dusze naiwne mogą bowiem sądzić, że Antychryst przyjdzie na czele jakiejś rozwiązłej Love Parade, powie: sie ma, jestem Antychryst i na dowód wyciągnie zza pazuchy kolejny tom Harry'ego Pottera, ludzki embrion w butelce i antyklerykalne pisemko. Najpewniej powie po prostu tradycyjnie "szczęść Boże", zarządzi ogólną modlitwę, a zza pazuchy wyjmie raczej różaniec - aby zwieść wielu! A potem zacznie obiecywać.

Nam na przykład mógłby w ciemno obiecać, że jeśli będziemy mocno trwać w wierze katolickiej z Hetmanką polskiego oręża na czele, uczyni z nas naród ponad inne narody jaśniejący, światłość dla świata; jeden, wielki i niepodzielny, w którym jak Pan Bóg przykazał (Szatan bardzo lubi cytować Pismo) "już nie ma Greka ani Żyda".

Co oczywiście będzie wtedy znaczyło już tylko tyle, że prawosławni są, chwała Bogu, daleko, a ostatni Żyd właśnie wyjechał do Izraela.

I wykrzykniemy radośnie "Alleluja", a tymczasem z nieba zaczną powoli, jedna po drugiej, spadać gwiazdy...


© Lech Stępniewski marzec 2002

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny