Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny

 

ZBAWICIEL WKRACZA DO AKCJI

LECH STĘPNIEWSKI


Film "Matrix" jest to dziwny film. Poszło na niego w Polsce chyba z milion osób, dostał właśnie "Złotą Kaczkę" za ubiegły rok, a jednocześnie prawie nikt z tych, co go chwalą, nie ogranicza się do stwierdzenia, że miał w kinie dwie godziny pysznej zabawy. Przeciwnie, każdy usiłuje jeszcze udowodnić jakoby twórcy filmu stawiali niezmiernie ważne religijne i filozoficzne problemy. I cóż z tego, że postawione, zaraz się, nieboraczki, wywracają...

W "Gazecie Wyborczej" wspominano z tej okazji ekumenicznie i kulturalnie o buddyzmie. W "Polityce" pisarka Olga Tokarczuk prócz buddyzmu odkryła też "wątki gnostyckie", a jej "wykształcony przyjaciel odnalazł tam klisze kafkowskie". Z kolei redaktor Bartłomiej Kachniarz z "Najwyższego CZASU!" wybrał się na "Matrix" chyba zaraz po niedzielnej mszy, bo wszystko mu się w tym dziełku kojarzyło nieodmiennie z czytaniami z Pisma, co P.T. Czytelnikom kilka miesięcy temu w natchnieniu opowiedział.

Zwiedziony wizjami red. Kachniarza i ja poszedłem do kina, lecz pozbawiony asystencji aniołów i świętych ujrzałem tam coś zgoła odmiennego. Owszem, widowisko było iście cyrkowe - aż oczy bolały od patrzenia - natomiast z tym, że "w ogólnych zarysach film opowiada historię Ewangelii" nijak zgodzić się nie mogę.

 

Życie w kisielu

Opowieść zaczyna się tak. Pewien młody człowiek prowadzi podwójne życie: za dnia szary programista, po nocach jako genialny haker Neo buszuje w sieci. Nawiązuje z nim kontakt inny legendarny haker-gigant, Morfeusz, i wyjaśnia, że to, co Neo dotąd brał za rzeczywistość, jest jedynie iluzją wytwarzaną w jego mózgu przez system komputerowy (tytułowy Matrix), podczas gdy on sam leży sobie grzecznie w wannie wypełnionej kisielem.

Do tych wanien powkładały dawno temu prawie całą ludzkość niedobre, zbuntowane maszyny, teraz zaś z wielkim nakładem środków wkładają jej do głów, że jest koniec XX wieku (a minęły już dwa stulecia) i dalej żyje się łatwo i przyjemnie. Ludzie jednak powinni poznać tę przykrą prawdę, powyłazić z wanien i zrobić z maszynami porządek, do czego, zdaniem Morfeusza, Neo mógłby się walnie przyczynić.

Dziś "walnie się przyczynić", to oczywiście znaczy: "walnąć kogoś w łeb". A dla chcącego, nic trudnego - oto cała dobra nowina wg braci Wachowskich, autorów filmu. W tym miejscu szczerze też podziwiałem duchowe moce red. Kachniarza. Trzeba bowiem doprawdy nadludzkiej wiary, by w facecie, który dziarsko zakłada ciemne okularki, obwiesza się kulomiotami wszelkich możliwych kalibrów, a potem pruje z nich do wszystkiego (złego), co się rusza, dojrzeć choćby cień postaci Jezusa z Nazaretu, który "ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi" (Flp 2,7).

Kliknij, by powiększyć [13 KB]
[Tak oto nowy zbawiciel ("Neo" - "he is the one") wkracza do akcji]

Ale nawet natchniony red. Kachniarz, chociaż najpierw odkrył w "Matriksie" mnóstwo "symbolicznych scen" (np. wyjście z kisielu jako "powtórne narodziny i chrzest"), nie utrzymał się do końca na wyżynach niebieskich i czuł się zmuszony dodać, że "do ewangelicznego przesłania filmu można mieć jednak poważniejsze wątpliwości".

A tymczasem wypadałoby napisać jasno: film Wachowskich jest konsekwentną anty­ewangelią!

Rzecz jasna - kuszącą! Z lekcjami moralnymi o wartości poświęcenia, o potrzebie odrzucenia wygodnych iluzji "na rzecz trudnego życia w prawdzie" etc. Bieda jedynie w tym, że na gruncie tej anty-ewangelii kompletnie zanika różnica - niedrobna przecież! - między Chrystusem a takim, dajmy na to, Ernestem Che Guevarą...

 

Byle tylko nie myśleć

Charakterystyczne też, że właściwie nie bardzo wiadomo, na czym polega natura świata, który Wybraniec-Neo ma zbawić. Morfeusz tłumaczy mu wprawdzie, że maszyny hodują nas w wannach z kisielem, byśmy jako żywe baterie dostarczali im energii, ale to przecież niemożliwe, bo nieopłacalne energetycznie. A jeśli nawet zgodzimy się na jakieś "fantastyczne prawa fizyki" unieważniające ten problem, to postępowanie maszyn w dalszym ciągu pozostanie niezrozumiałe. Dlaczego bowiem wolą one trzymać w kisielu ludzi, potencjalnych buntowników, których trzeba łudzić skomplikowanymi iluzjami, a nie np. słonie, żyrafy, czy dobrze ułożone pinczerki?

Sprawy nie ratuje i dodatkowe założenie, że historyjka o ludziach-bateriach może być tylko fałszywym przeświadczeniem samego Morfeusza, pochodzącym z wyższego piętra iluzji. Skoro bowiem wszyscy bohaterowie w tę naiwną bajeczkę wierzą, to znaczy, że są bandą głupków, której o żadną prawdę nie chodzi, albo też postępują wedle maksymy: "Nie wiemy dokładnie, jak jest, ale ponieważ czujemy, że coś jest nie tak, wyciągamy kałasza i załatwiamy sprawę".

Inny niezrozumiały wątek wiąże się ze zdradą jednego z ludzi Morfeusza. Przechodzi on na stronę agentów systemu, bo ma już dość prawdziwego życia w spartańskich warunkach i tęskni za (iluzyjną) wygodą i dobrobytem. Skądinąd jednak wiadomo, że ekipa Morfeusza to też mistrzowie komputerowej iluzji (inaczej zresztą nie mogliby skutecznie działać przeciwko Matriksowi!), którzy potrafią wprogramowywać do systemu stosy broni, a nawet całkiem seksowne kobitki... Dlaczego zatem dobrowolnie katują się przeżuwając obrzydliwe ochłapy, choć drobny programik mógłby je zamienić (w doznaniach jedzących) w szaszłyki, langusty, kawiory i Bóg wie, co jeszcze?

Ale mimo wszystkie swe jawne idiotyzmy "Matrix" jest już, jakże by inaczej, "filmem kultowym". Takie to teraz, proszę państwa, mamy kulty - bo w strzygi i gusła nikt dzisiaj nie wierzy. Za duże wymagania intelektualne...

 

Poprawne mruganie okiem

Kto czytał czterdzieści lat temu opowiadanie Stanisława Lema o skrzyniach profesora Corcorana, temu oczywiście Wachowscy ze swoimi wannami z kisielem nie zaimponują. Ale też i nie trudzili się oni wymyślaniem rzeczy specjalnie oryginalnych. Przeciwnie, przyrządzili swój cyberpunkowy hamburger z gotowych okrawków, by dla każdego znalazło się w nim coś miłego.

Dlatego recenzenci bez wątpienia przesadzają w swej dobroduszności, gdy piszą, że "Matrix" do czegoś tam "nawiązuje", albo że "porusza wątki". Naprawdę jest to jedynie seria luźno pozlepianych cytatów: biały królik z "Alicji w krainie czarów" (nb. opowiastki o zapadaniu w sen, a nie o przebudzeniu), aluzja do "Czarodzieja z Oz", pewna książka Jana Baudrillarda migająca w epizodzie, napis odsyłający do wersu z ewangelii św. Marka, czy melodia Duke'a Ellingtona o znaczącym tytule. Znaczące bywają również imiona bohaterów: Neo (anagram one, czyli Jedyny, Wybrany), Morfeusz (bóg snu), Trinity (Trójca), Cypher (czyli prawie Lu-cyfer). Statek Morfeusza nazywa się Nabuchodonozor, a na poły mityczne miasto ostatnich wolnych ludzi to naturalnie Syjon...

To wszystko są, ma się rozumieć, mrugnięcia okiem do erudytów pisujących o filmach do popołudniowych gazet, natomiast publiczność słabiej sylabizująca może zabłysnąć rozpoznając model pistoletu używanego przez agentów Matrycy (podobno izraelski Desert Eagle), a młody matołek ucieszy się, gdy zauważy, że w finale filmu gra kapela - nb. niezła, choć okropnie lewacka - Rage Against The Machine.

Na dobitkę dla owych znaczków i smaczków często trudno znaleźć jednoznaczną wykładnię. Gdy na przykład na początku filmu Trinity siedzi w pokoju nr 303, można to traktować jako banalną predylekcję Trójcy do trójek. Ale można też zapytać, co się stało ze środkową trójką w trójcy trójek (czy będzie nią, obok Morfeusza i samej Trinity, właśnie Neo?). Umysły przewrotne mogłyby również zauważyć, że 3+0+3=6, trójca szóstek zaś to 666. Czyżby zatem Neo wpadł w ręce Bestii?...

Kliknij, by powiększyć [8 KB]
[Piękna "Trójca" - strzela i bije za trzech]

Natomiast i erudytów, i prostaczków łapią Wachowscy w swój osobisty "Matrix" - sieć politycznej poprawności. I mniejsza już o to, że Zbawiciela wspiera Murzyn oraz niewiasta o determinacji Kingi Dunin, a inna ważna dla akcji pozytywna postać jest jako Murzynka poprawna w dwójnasób. Autorzy powalają sobie bowiem także na aluzje dość niesmaczne (o czym doniesiono już do Różowej Księgi). Główny szwarccharakter filmu, zdrajca, nazywa się Reagan i w rozmowie z agentami systemu wspomina, że chciałby być kimś ważnym, "może aktorem", i "nic nie pamiętać". Tak to hollywoodzcy buddyści, resp. gnostycyzujący kafkiści, wesoło sobie żartują, gdy wielki amerykański prezydent, Ronald Reagan, gaśnie powoli na chorobę Alzheimera.

 

Niestety zgredzi - czas umierać

To chyba też nie przypadek, że o tym filmie, rzekomo ewangelicznym, jego wyznawcy mówią często językiem pełnym agresji. Jeden jest "gotów walczyć do ostatniej kropli krwi z wszystkimi, którzy będą zarzucali «Matrixowi» nieścisłości i nielogiczności"(!). Inny pisze: "Nie wierzcie krytykom powyżej czterdziestki, kształtowanym na zupełnie innym kinie". A jeszcze inny wali prosto z mostu: "Niestety zgredzi - czas umierać. Ten film jest dla was po prostu niezrozumiały. Wracajcie oglądać «Tam gdzie rosną poziomki»".

Zdawać by się niemal mogło, że cyberpunk wymyślili wczoraj na dużej przerwie znudzeni licealiści! Tymczasem Gibsonowi (temu od "Neuromancera", gdzie można znaleźć pierwowzór Matrycy) stuknęła pięćdziesiątka, a postmoderniści (Baudrillard & Co.), którzy dla cyberpunku przygotowali podglebie, to już często dziadkowie z siwymi głowami.

Niemniej być może właśnie te słowa o umieraniu miał w uszach śp. Tomasz Beksiński, gdy w swym felietonie-testamencie pisał z obrzydzeniem, że przemoc w filmie osiągnęła już apogeum, bo "nawet nowy Mesjasz rozwala komputerowych faryzeuszy, kumulując w sobie cechy Rambo i Bruce'a Lee (Matrix)". I, jako "czterdziestoletni zgred", podsumowywał: "pora umierać".

Kliknij, by powiększyć [9 KB]
["...nowy Mesjasz rozwala komputerowych faryzeuszy"]

Nie warto jednak robić sobie złudzeń, że są jeszcze w "Matrix" jakieś tajemnicze nastroje dostępne wyłącznie dla tych (przed czterdziestką), co wychowali się "w epoce Internetu" i dlatego mają za sobą różne niebywałe doświadczenia. "Życie w cyberprzestrzeni" sprowadza się bowiem jak na razie, wbrew dziennikarskim legendom, do gapienia się w monitor, a cała ta dzisiejsza, czyhająca na nas, pożal się Boże, Matryca, to głównie reklamowe bannery o wymiarach 400 na 50 pikseli.

Mitem jest również przekonanie - wypowiedziane m.in. przez Olgę Tokarczuk - że teraźniejsze "kłopoty z rzeczywistością" wiążą się "z faktem naszego obcowania z własnymi wytworami w postaci sztucznych światów". Kto czytał Marka Aureliusza, ten wie, jak dojmujące było poczucie nierzeczywistości świata u schyłku Cesarstwa i raczej zgodzi się, że ów "kłopot" wraca niczym czkawka, gdyż po prostu należy do ludzkiej kondycji.

W czasach nam bliższych dobitnie o jej ograniczeniach przypomniał Kartezjusz, wedle którego bez wiary w dobrego Boga - a chyba znowu z nią nie najlepiej - nie można poznawać rzeczy zmysłowych, skoro nie mamy i nigdy nie będziemy mieć gwarancji, że nasz świat nie jest jedynie złudzeniem fabrykowanym przez złośliwego demona.

"Teraz widzimy jakby w monitorze o niskiej rozdzielczości, nieostro" - tak mniej więcej pisał, tłumaczę specjalnie dla cyberpunkowców, św. Paweł w swym pierwszym e-mailu do Koryntian (13,12). I słowa te pozostają wciąż aktualne, choć samo "e" oczywiście nie jest w tym wypadku skrótem od słowa "elektroniczny", lecz od słowa "eklezjalny", chwilowo nieco mniej modnego...


© Lech Stępniewski marzec 2000

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny