Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny

 

MARYJA - CÓRKA SWEGO SYNA

LECH STĘPNIEWSKI


Aniołowie długo z nami wytrzymać nie mogą (wyjąwszy, rzecz jasna, nieludzko umęczonych aniołów stróżów). Także tamtej nocy raz-dwa pobudzili pasterzy, powiedzieli krótko, jakie są dane znaki, na koniec zaś jeszcze tylko odśpiewali Gloria i zaraz zabrali się z powrotem. "Potym gdy odeszli Aniołowie od nich do nieba, tedy pastyrze oni mówili jedni do drugich: Pódźmyż już aż do Betleem, a oglądajmy tę sprawę, którą nam Pan oznajmił".

Pójdźmy więc wraz z nimi i my oglądać sprawę Pańską - naturalnie duchem. Co zresztą nic nie szkodzi, skoro nawet i wtedy, gdy można było widzieć "niemowlątko leżące w żłobie", nie wszystko dało się zobaczyć cielesnymi oczami. Przed Bożym Narodzeniem było przecież Zwiastowanie, a dużo, dużo wcześniej - Niepokalane Poczęcie. I tam też tak naprawdę Boże Narodzenie się zaczyna, albowiem to właśnie w Maryi - jak głosi kanon 721 Katechizmu Kościoła Katolickiego - "zostają zapoczątkowane «wielkie sprawy Boże», które Duch będzie wypełniał w Chrystusie i w Kościele".

 

Niepokalanie poczęta

Dogmat o Niepokalanym Poczęciu jest bodaj najgorzej rozumianym dogmatem Kościoła.

Po pierwsze, gdy o niepokalanym poczęciu mowa, nadal wielu ludzi - nawet bierzmowanych katolików! - myśli, że chodzi tu o poczęcie samego Jezusa. Maryja poczęła Go z Ducha Świętego, więc to On najoczywiściej był "niepokalanie poczęty". W ich pojęciu dogmat ten stanowiłby zatem jedynie teologiczne, tzn. wyrażone dziwnymi słowami, potwierdzenie prostego ewangelicznego świadectwa o dziewictwie Maryi.

Po drugie, rozmaici antychrześcijanie często przy tej okazji wydziwiają nad umniejszaniem zwykłego ludzkiego poczęcia, jakie podobno to dogmatyczne określenie wprowadza. Sami wprawdzie do poczęć specjalnego nabożeństwa nie mają, o czym świadczy choćby ich zazwyczaj lekkomyślny stosunek do aborcji, ale w tym wypadku zamieniają się niezwłocznie w troskliwych humanistów. Czemuż to - pytają - jakiekolwiek poczęcie miałoby być "pokalane"? Czy to aby nie jakaś obsesja seksualna? I zaraz leci stara śpiewka o katolickim bziku na punkcie "czystości", dziewictwa, celibatu etc. etc.

Przy okazji dodają wspaniałomyślnie, że im absolutnie żadne "pokalanie" nie przeszkadza i wręcz pokochaliby Matkę Boską szczerą humanistyczną miłością, gdyby okazało się, iż jednak miała z Józefem kupę dzieci (to ci słynni bracia i siostry Jezusa z Ewangelii), choć za rodzinami wielodzietnymi też skądinąd nie przepadają.

Tymczasem dogmat o Niepokalanym Poczęciu dotyczy wyłącznie samej Najświętszej Maryi Panny! Nie sugeruje on też żadną miarą, jakoby przyjemności płciowe były grzeszne, a rodzice Maryi poczęli Ją jakoś szczególnie pobożnie: bez nieuporządkowanych namiętności i lubieżnych poruszeń etc., czyli - na zimno. Inna sprawa to rojenia licznych teologów idących z "duchem czasu", który, owszem, bywał dla ludzkiej seksualności mocno nieprzychylny, oraz wpływ tzw. mentalności ludowej, nierzadko rozdartej między powszednim świntuszeniem i jego odświętnym religijnym sublimowaniem.

Cóż zatem ciekawego ów dogmat głosi? Na przekór teologicznej wielomówności jest nadzwyczaj zwięzły:

"Najświętsza Maryja Panna od pierwszej chwili swego poczęcia - mocą szczególnej łaski i przywileju wszechmocnego Boga, mocą przewidzianych zasług Jezusa Chrystusa, Zbawiciela rodzaju ludzkiego - została zachowana nietknięta od wszelkiej zmazy grzechu pierworodnego".
Ale tu pojawia się od razu niebagatelne pytanie: jeśli "mocą szczególnej łaski" Maryja mogła stać się wolna od grzechu pierworodnego, to czemu i nie my? Po co ten cały Boży Teatr z narodzinami, cudami, ukrzyżowaniem i zmartwychwstaniem? Jeśli Bóg chciał z nas zetrzeć "zmazę grzechu pierworodnego", to widać mógł to uczynić łatwiej, niż dziecko wymazuje koślawą literę gumką: Maryja tego najlepszym dowodem. Sformułowanie dogmatu próbuje takie wątpliwości rozproszyć na dwa sposoby.

Po pierwsze, przez określenie niepokalanego poczęcia mianem "przywileju". Przywilej to przywilej i nie ma o czym gadać. Jedni go otrzymują, a inni - nie. A dlaczego? Bóg jeden wie - i nie ma nad czym mędrkować. "Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami - wyrocznia Pana" (Iz 55,8).

Po drugie, przez wskazanie, że działo się to "mocą przewidzianych zasług Jezusa Chrystusa". Innymi słowy: wszechwiedzący Bóg z góry przewidział, że Chrystus wysłuży nam na krzyżu brzęczącą monetę zbawienia i dlatego wcześniej niejako udzielił Maryi kredytu pod zastaw cierpień Jej Syna. A co za tym idzie - również pod zastaw Jej własnych cierpień. W Ewangelii św. Łukasza najpierw mówi się o Maryi: "błogosławiona jesteś", a niedługo potem: "Twoją duszę miecz przeniknie". Przywileje Boże kosztują i niech każdy we własnym sercu odpowie, czy odważyłby się taki kredyt zaciągnąć.

 

Niewolnica Pańska

Są też inne koszty wybrania. Zachowana od grzechu pierworodnego Maryja została tym samym w jakiejś mierze "cofnięta" do stanu Ewy w Raju - także z tego względu bywa Ona nazywana często drugą Ewą. Z tą różnicą, że teraz zamiast Kuszenia mamy Zwiastowanie. I podczas gdy Ewę pytanie węża: "Czy rzeczywiście Bóg powiedział..." (Rdz 3,1) dość szybko zbija z pantałyku, archanioł Gabriel na koniec słyszy: "niech mi się stanie według twego słowa!", ponieważ Maryja nawet nie dopuszcza myśli, że słowo, które Jej przyniósł, mogłoby nie być słowem Bożym.

Rajski stan duszy to jednak - paradoksalnie - również rodzaj ofiary. Jak twierdził św. Tomasz z Akwinu: "Nic nie sprzeciwia się temu, żeby natura ludzka po grzechu została przeznaczona do jeszcze wyższego celu" ("Suma teologiczna", III, q. 1, a. 3, ad 3) i przywołuje w tym miejscu piękne słowa hymnu wielkanocnego: "O szczęśliwa wina, skoro ją zgładził tak wielki Odkupiciel!" Grzech bowiem oddalił nas od Boga, zepsuł naszą naturę, sprowadził na nas cierpienia i śmierć, ale jednocześnie uczynił z nas ludzi osobnych; "indywidualności", do których Syn Boży może powiedzieć: "Ty pójdź za Mną" (J 21,22).

Maryja z pewnością taką indywidualnością nie jest. Zwłaszcza we współczesnym rozumieniu: to znaczy skomplikowaną mieszanką sprzecznych chęci i napięć, które wychodzą na wierzch na kozetkach psychoanalityków i w testach psychologów. Przeciwnie, jest monotonnie jednolita: wydaje się "samą łagodnością", "samą pokorą", "samym posłuszeństwem", co stanowi też charakterystyczny rys większości maryjnych objawień, które - powiedzmy sobie szczerze - raczej nie nadają się na materiał dla zajmującej powieści psychologicznej o "Matce Boga". Z tego punktu widzenia słynne objawienia w Medjugorie wprowadzają pewną odmianę i zarazem budzą wątpliwości, gdyż ukazująca się tam "Gospa" niejednokrotnie ujawnia swój wyrazisty charakterek.

Również przyzwolenie Maryi na zamiary Boże, owo tak często podkreślane fiat mihi (wg św. Tomasza "żądaną zgodę wyraziła Dziewica w imieniu całej ludzkiej natury"!, "Suma teologiczna", III, q. 30, a. 1), jest wyrazem wolności zupełnie innego rodzaju. W istocie bowiem nikt nie składał Jej żadnej "propozycji", nie pytał (także o to, czy chce być "niepokalanie poczęta"), ale oznajmiał. Na doznanie tak przemożnej władzy - a początek relacji Stwórcy ze stworzeniem z konieczności musi być taki! - można zareagować dwojako: albo buntem (i to jest właśnie przypadek części zastępów anielskich oraz pierwszych ludzi), albo - zniknięciem (Simone Weil pisała: "Gdybym tylko umiała zniknąć, doskonała miłość zjednoczyłaby Boga i ziemię, po której chodzę"). I Maryja tak właśnie robi.

Aniołowi odpowiada: "Oto Ja służebnica Pańska"; a naprawdę o wiele mocniej, bo w greckim oryginale jest tam słowo doule - niewolnica, dokładnie to samo, którego używa św. Paweł, gdy np. pisze: "A zatem nie jesteś już niewolnikiem (doulos), lecz synem" (Gal 4,7). Jeszcze wśród fanfar anielskich rodzi Jezusa i wkrótce potem właściwie znika.

Stąd bierze się ten tak często odczuwany przy lekturze Ewangelii dysonans: po wspaniałym wejściu ("Błogosławiona jesteś między niewiastami" mówi do Niej Elżbieta, a Ona sama w chwilę potem oznajmia: "Oto bowiem błogosławić mnie będą odtąd wszystkie pokolenia") - niepokojąca pustka. Bo potem Maryja pojawia się w ewangelicznej opowieści raptem kilka razy, w dodatku, mówiąc językiem filmowym, w epizodach albo wręcz jako statystka. I do tego ten zgrzyt: Jezus rzeczywiście zwraca się do Niej jak do niewolnicy. "Co mnie i tobie, kobieto?" - pyta Ją w Kanie, co jest tylko odrobinę uprzejmiejszym sposobem powiedzenia: a co ci do tego? (nb. kościelne przekłady zwykle starają się ten zwrot upiększyć, dając zaimek dużą literą i zamieniając pospolitą kobietę na patetyczną "niewiastę"). Gdy On przemawia do tłumów, Ona czeka gdzieś "na dworze". "Ktoś rzekł do Niego: Oto Twoja Matka (...). Lecz On odpowiedział temu, który Mu to oznajmił: Któż jest moją matką i którzy są moimi braćmi? I wyciągnąwszy rękę ku swoim uczniom, rzekł: Oto moja matka i moi bracia" (Mt 12,47-49).

Maryja zdaje się także niewiele rozumieć z tego, co się dokoła niej dzieje. To pierwsza Ewa już w chwilę po grzechu jest sprytna i bystra: chowa się w krzaki i nie zapomina języka w gębie. "Dlaczego to uczyniłaś?" - pyta ją Bóg. "Wąż mnie zwiódł i zjadłam". Doprawdy, bezpretensjonalna odpowiedź! Maryja zaś wciąż tylko "rozważa" i wciąż dziwi się, kogóż to porodziła ("A Jego ojciec i Matka dziwili się temu, co o Nim mówiono").

Ale - jak powiada poeta - "nie ten najlepiej służy, kto rozumie".

 

Zawsze Dziewica

Dziewictwo Maryi to ulubiony temat drwin bezbożników, ale także sami wierni czasem czują się trochę zakłopotani jego nieustannym podkreślaniem. Bo gdybyż jeszcze szło wyłącznie o dziewiczość w chwili poczęcia Jezusa! Każdy przecież rozumie, że Bogu wręcz wypada narodzić się w sposób cudowny (choć bezbożnicy i tak zaraz dodają, że to cud banalny, dziewiczych matek w różnych mitach nie brakuje i nawet Budda, który wszak bogiem się nie ogłosił, też wedle legendy począł się i urodził inaczej niż zwykli ludzie). Ale Kościół stanowczo uczy, że Maryja jest aeiparthenos - "zawsze Dziewicą" (kan. 499 KKK), czyli była dziewicą przed narodzeniem Syna, przy narodzeniu i także po nim. Niestety, głębszy sens tej nauki dla wielu ludzi pozostaje niejasny, więc znów powracają podejrzenia o stare seksualne obsesje. O które to podejrzenia nb. nietrudno, kiedy czyta się choćby takie uzasadnienie nieustającego dziewictwa Maryi z listu św. Syrycjusza, papieża: "Albowiem Pan nasz Jezus nie zechciałby narodzić się z dziewicy, o której by wiedział, że będzie tak niepowściągliwa, iż przybytek Króla wiecznego splami nasieniem współżycia ludzkiego".

W literaturze apokryficznej występuje nawet coś, co można by nazwać apologetyką ginekologiczną. Oto - jak podaje "Protoewangelia Jakuba" - matka synów Zebedeuszowych, Salome, dowiaduje się od położnej, że Maryja nawet po urodzeniu Jezusa pozostała dziewicą, ale niczym niewierny Tomasz musi tę rewelację sprawdzić: "I Maryja usłyszawszy to ułożyła się odpowiednio, i włożyła Salome palec w jej przyrodzenie" (XX, 1).

Jak widać, bezbożnikom łatwo deprecjonować dziewictwo Maryi, ale ciekawa jest ewolucja sposobów, jakimi się posługują. Niegdyś rzymscy sceptycy i żydowscy paszkwilanci po prostu kwestionowali sam fakt. Maryja, powiadali, żadną dziewicą nie była ani przed, ani tym bardziej po; wszystko to zmyślenia nie warte funta kłaków. Niektórzy posuwali się aż do puszczania aluzji, że Najświętsza Panienka miała kochanka, czy nawet - niech Bóg im wybaczy! - uprawiała nierząd. Według "Toledot Jeszu", znanej żydowskiej parodii opowieści ewangelicznych, kochanek nazywał się ponoć Józef Pandera i też mieszkał w Betlejem, w sąsiedztwie. Z kolei wedle innych oszczerców był to niejaki Panthera, rzymski żołnierz (a więc Maryja na dobitkę zadawała się jeszcze z okupantem!).

Dzisiaj, w dobie dzieci z próbówki, klonowania etc., argumenty, że narodziny z dziewicy to tylko naiwne bajki dla prostaczków, nie robią już należytego wrażenia, bo obecnie prostaczkiem jest ten, kto nie wierzy w potęgę nauki. Nauka zaś, proszę bardzo, i dziewicę pozaustrojowo zapłodni, dziecko odbierze przez cesarskie cięcie etc. Toteż gdy w pierwszej części "Gwiezdnych wojen" okazuje się, że jeden z bohaterów, Anakin Skywalker, urodził się bez pomocy tatusia, nawet hollywoodzki scenarzysta uzasadnia to "naukowo" (obecnością we krwi nadzwyczajnego stężenia tzw. "midichlorianów"). Antychrześcijańska szpila kryje się natomiast w sugestii, że takie "narodziny z dziewicy" jeszcze o niczym nie świadczą, gdyż z miłego Anakina z czasem wyrasta Darth Vader, jeden z większych łobuzów w dziejach kultury masowej.

Co może wydać się zaskakujące, także przeświadczenie Kościoła o wiecznej dziewiczości Maryi ma po części "naukowe" uzasadnienie, i to wcale nowoczesne. Podaję to zwłaszcza pod rozwagę tym postępowym katolikom, którzy uważają, że nie stałoby się nic szczególnie strasznego, gdyby Maryja jednak urodziła jeszcze kilkoro dzieci, potem została babcią itd. - a w rezultacie protoplastką nader zacnego rodu.

Tymczasem św. Tomasz wskazuje, że od samego początku "grzech pierwszych rodziców przechodzi na potomstwo drogą dziedziczenia" ("Suma teologiczna", I-II, q. 81, a. 1). Jak dokładnie się to dzieje, Tomasz nie wie, choć w innym miejscu skłania się do przyjęcia - za Arystotelesem, ówczesnym naukowym autorytetem - że zepsucie ludzkiej natury przenosi się z pokolenia na pokolenie wskutek udziału ojca, od którego pochodzi "twórcza siła płodzenia". Współcześnie można by pewnie spróbować opisać ten proces odwołując się do mechanizmów dziedziczenia wad genetycznych, ale to oczywiście również tylko metafora.

Ważny jest ostateczny wniosek: gdyby Maryja nie pozostała dziewicą, to choć sama, zgodnie z dogmatem, "została zachowana nietknięta od wszelkiej zmazy grzechu pierworodnego", uczestniczyłaby jednak (lub ryzykowała uczestniczenie) w jego przekazywaniu. Ponieważ zaś dobrowolne przekazywanie grzechu także jest grzechem, Niepokalane Poczęcie byłoby tylko chwilowym interludium w kołowrocie ludzkiej grzeszności. I cóż wtedy mógłby Jej rzec na powitanie anioł?

 

Łaski pełna

Anioł zaś - to chyba wszyscy pamiętamy - powiada: "Raduj się, Mario, napełniona łaską". "Napełniona łaską" to znaczy - nie splamiona choćby najmniejszym grzechem, tam bowiem, gdzie jest łaska, nie ma grzechu. Dlatego właśnie Maryja, jako druga Ewa, może stać się początkiem nowego stworzenia, w pewnym sensie zacząć raz jeszcze dzieje rodzaju ludzkiego. Bo jak przez pierwszą Ewę przyszedł grzech, tak przez drugą wylała się łaska.

Łaska zaś jest Boża i dlatego anioł dodaje zaraz: "Pan jest z Tobą", gdyż to sam Bóg wypełnia Maryję, posłuszne naczynie, Swoją łaską, a także wypełnia Ją w sensie dosłownym - Swym Synem Jednorodzonym, Jezusem Chrystusem, przez którego zstępuje na świat łaska i prawda i to "z Jego pełności wszyscyśmy otrzymali - łaskę po łasce" (J 1,16). Toteż jak Ewa dzieli tę samą naturę z Adamem, bo wedle biblijnej opowieści Bóg uczynił ją z Adamowego żebra, tak i Maryja ma udział w naturze Drugiego Adama: pierwsza w porządku ciała, druga w porządku łaski.

Choć więc pasterze przybywający do Betlejem widzą jedynie to, że Maryja porodziła Jezusa, prawdą jest również, że wcześniej Ona sama się z Niego rodzi, a dzięki temu również i my, zrodzeni w Jezusie, możemy odtąd rodzić Go, czerpiąc z Jego łaski. Tak jak w tym wierszu Mickiewicza:

"Wierzysz, że się Bóg zrodził w betlejemskim żłobie,
Lecz biada ci, jeżeli nie zrodził się w tobie
".

© Lech Stępniewski grudzień 2002

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny