Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny

 

JAK ZOSTAŁEM MĘCZENNIKIEM
TRZECIEJ (ALBO I DALSZEJ) KATEGORII

LECH STĘPNIEWSKI


Męczeństwo - rzecz kusząca. "Tuć jest cierpliwość i wiara świętych" - powiada św. Jan w pięknym przekładzie Biblii Brzeskiej. Nigdy jednak nie przypuszczałem, że będę wydany na męki razem z wielebnym Ojcem Dyrektorem oraz Jego orszakiem. Wprawdzie gdzieś tam, hen, w ostatnim rzędzie, gdzie już nawet najokrutniejsze bestie kłapią paszczami leniwie i niedbale - ale zawsze!

O swym marnym męczeństwie zaraz opowiem, zacznę jednak od spraw domowych. Otóż w ostatnim numerze "Najwyższego CZASU!" p. Rafał A. Ziemkiewicz komentując telewizyjny film o ks. Rydzyku napisał tak: "Następnego dnia gościł w mediach ksiądz Adam Boniecki z «Tygodnika Powszechnego», który film zdezawuował stwierdzeniem, że «ma charakter donosu». Szczęka mi opadła (...). To, co łaskawie zechciał ksiądz nazwać «dziennikarskim donosem», na świecie nosi miano «dziennikarstwa śledczego» i stanowi podstawę dziennikarskiej roboty" ("Męczeństwo ojca biznesmena", "Najwyższy CZAS!" nr 49).

Ja rozumiem, że p. Ziemkiewiczowi jako wybitnemu twórcy literatury fantastycznej nie sprawia najmniejszych trudności przenoszenie się duchem do różnych "światów równoległych", "alternatywnych historii" itp. cudów-niewidów, ale niechże od prostego czytelnika takich nadludzkich sztuczek nie wymaga! Jego słowa brzmią bowiem całkiem przyjemnie i rozsądnie pod jednym jedynym warunkiem: że na chwilę kompletnie zapomnimy, w jakim kraju żyjemy.

Owszem, "na świecie" (czyli w Stanach i w paru podobnych krajach) dziennikarz, który zwęszy grubszą aferę, ma potem szansę na Pulitzera, tarzanie się w dolarach oraz ćwierć popularności Myszki Miki przez tydzień. Gdy jednak noga mu się powinie, zmyśli coś, nie sprawdzi informacji etc. - jest skończony. Najczęściej też wystawiany bywa rachunek w drugą stronę i teraz z kolei ten, kogo zniesławiono, może potarzać się w mamonie. A w grę wchodzą sumy nawet większe niż te, które - jak twierdzą rodzimi "dziennikarze śledczy" - o. Rydzyk zwykł nosić przy sobie w walizce idąc rano po bułki lub helikoptery.

A u nas? Nakłamią, przekręcą, oplują - i jeśli ktoś jest wielkim szczęściarzem, najwyżej doczeka się po paru miesiącach wzmianki petitem na dole strony, że "redakcja przeprasza". Ewentualne procesy ciągną się latami i nie słyszałem jeszcze o takim wypadku, by zasądzone odszkodowanie kogokolwiek zrujnowało. Na ogół kształtuje się ono na poziomie kosztów niedrogiej reklamy. Może jednak się mylę i także w naszym kraju są już inne sposoby na kłamczuchów niż wynajęcie Ukraińca z kałaszem. Bardzo byłbym wdzięczny za jakąś podpowiedź, Panie Rafale.

Co do "dziennikarstwa śledczego" po polsku, to - jak się zdaje - polega ono dziś głównie na bacznym śledzeniu posunięć red. Michnika. Gdy po wyemitowaniu wiadomego filmu "Gazeta Wyborcza" przystąpiła do nieubłaganego obnażania różnych wstydów o. Rydzyka, "Rzeczpospolita" zaś wyjęła już biczyk, także red. Wierzbicki, poczciwości człowiek z przemiłej "Gazety Polskiej", zapragnął nagle pokazać, że i on nie od macochy i też coś tam ojcu dyrektorowi obnażyć potrafi.

Rezultat owych pragnień ukazał się w 49 numerze "GP" (Eliza Michalik, Piotr Lisiewicz, "Na politycznej fali Radia Maryja") i nade wszystko olśniewa ogromem - jeśli odliczyć reklamy zajmuje prawie jedną trzecią objętości całego pisma!!! Ma się rozumieć, nikt normalny takiego Titanica do końca nie doczyta, toteż red. Wierzbicki osobiście zaopatrzył go w dydaktyczny wstęp: "Nie interesują nas ani interesy o. Rydzyka, ani cechy jego charakteru, ani jego relacje z przełożonymi. Interesuje nas polityczna treść programów i publikacji prezentowanych w jego mediach. (...) Postanowiliśmy coś z tym zrobić: zaprezentować te treści, a także sylwetki niektórych autorów udzielających się w tych mediach. I to jest właśnie ten tekst". Ponieważ u red. Michnika również śledzą z uwagą wszelkie objawy wiernopoddaństwa albo buntu, nic dziwnego, że już następnego dnia "Gazeta Wyborcza" z zadowoleniem przedrukowała cały ten cudny wstęp red. Wierzbickiego wraz z kilkoma "sylwetkami niektórych autorów" w wyborze miejscowego znawcy problematyki maryjnej, Mikołaja Lizuta.

Jeśli idzie o same "sylwetki" zaprezentowane w artykule Sherlocków Holmesów z "Gazety Polskiej", to jest to również polski standard śledczy, czyli tzw. grzebanie w życiorysach. Kto gdzie kiedyś należał, co powiedział, komu się ukłonił. Robota może i nieraz pouczająca, pod warunkiem że wykonywana rzetelnie, i że te same reguły stosują się do każdego: od prof. Bendera, który za komuny dwa razy siedział w Sejmie i z pewnością nie jest filosemitą, po gen. Jaruzelskiego, marcowego ministra i czyściciela, który przecież takich właśnie Benderów do Sejmu sadzał, a teraz robi u autorytetów moralnych za wzorowego polskiego patriotę.

Ale jakaż tu może być rzetelność, gdy nade wszystko trzeba się uwijać z terminowym wykonaniem zamówienia! Dlatego całe to "śledztwo" przypomina raczej pospieszne flekowanie klienta w ciemnym zaułku. Przy okazji dostaje się też różnym zagranicznym szwarccharakterom i np. z rozbawieniem dowiedziałem się od pp. Michalik i Lisiewicza jakoby brytyjski historyk Dawid Irving w swoich książkach udowadniał, że "zbrodnie hitlerowskie były wymysłem propagandy zachodnich aliantów i komunistów". Cóż, gdy tyle piszą, trudno wymagać, by jeszcze czytali.

Ale co tam Irving! Pora wreszcie przestać się krygować i powiedzieć wprost: i mnie śledczy z "Gazety Polskiej" wzięli na swe niechlujne męki! Czego nb. łatwo się było wcześniej domyślić, bo przecież gdyby mi dobre dusze o moim męczeństwie nie doniosły, nigdy bym tego wyrobu polskiego "dziennikarstwa śledczego" do końca nie spożył - do takich ofiar to już jestem zdolny jedynie w obliczu zagrożonej miłości własnej. Męczeństwo moje bowiem, jako się rzekło, marne, zaczyna się i kończy dopiero w rogu czwartej strony i całe wygląda tak:

"Radio Maryja rzadko posuwa się do krytyki papieża Jana Pawła II (choć nie zgadza się z nim w sprawie wstąpienia Polski do Unii Europejskiej), jednak na stronach polecanej przez stację «Ojczyzny» w cyklu «Prawicowe czytanki», w artykule «Błogosławieni uciszeni» Lech Stępniewski tak pisze o Ojcu Świętym: Jak dobrze wiedzą z najlepiej poinformowanych źródeł wszyscy dziennikarze 'od religii', Jan Paweł II (tu trzeba koniecznie podkreślić: papież stary i schorowany) od wielu już lat jest tylko biernym narzędziem w rękach potężnych watykańskich frakcji - konserwatywnej i postępowej - które turlają Go między sobą jak nie przymierzając piłkę. Gdy więc integryści chytrze podsuwają Mu do podpisania encyklikę Fides et ratio, masoni zaraz dla równowagi każą przepraszać żydów etc. - ot, takie tam kurialne figielki" (wytłuszczenia i kursywa za "GP").
Gdy to przeczytałem, natychmiast - jakby ujął to swym obrazowym stylem p. Ziemkiewicz - "szczęka mi opadła". Nie chodzi mi naturalnie o to, że zostałem wytłuszczony razem z Papieżem. Pomijam też już drobne niezgodności faktograficzne: nie należę do "autorów udzielających się w (...) mediach" związanych z Radiem Maryja, artykuł "Błogosławieni uciszeni" był drukowany w "Najwyższym CZASIE!", a na internetowych stronach "polecanej przez stację «Ojczyzny»" nie ma "cyklu «Prawicowe czytanki»", lecz jest jedynie odnośnik do mojej prywatnej strony internetowej pod tym tytułem. Kto zna zasady działania internetu, ten wie, że tego typu hipertekstowe "więzy" są nader luźne i nie sposób ich kontrolować: zresztą nie zabraniam nikomu czytać moich "Prawicowych czytanek" ani polecać ich do czytania innym.

Rzecz w tym, że przepisując na chybcika początek mojego artykułu pp. Michalik i Lisiewicz nie zdążyli nawet zauważyć, że Stępniewski, mówiąc o Papieżu, nie mówi tego serio, ale - jak tłumaczył niegdyś niezapomniany kaowiec w "Rejsie" - on to mówi żartobliwie, ironicznie. Że dworuje sobie nie z Papieża, ale właśnie z wszystkowiedzących "dziennikarzy «od religii»", którzy na wylot znają sekrety lochów Watykanu, kurialne intrygi i przynajmniej raz na kwartał prorokują rychłą śmierć lub dymisję "starego i schorowanego" Jana Pawła II.

Nie chce mi się wierzyć, by u red. Wierzbickiego pracowali wyłącznie idioci i wątrobiarze niezdolni wyczuć ironię. Czas naglił, więc pewnie po prostu nikt tam dokładnie - łącznie z autorami! - tych pięciu nudnych stron nie przeczytał. Potrzebny był cytat, że - zgodnie z założeniami obiektywnego "dziennikarskiego śledztwa" - Radio Maryja obraża Papieża, więc wykroiło się byle co od jakiegoś Stępniewskiego i mianowało się go jednocześnie fagasem o. Rydzyka. Cóż jednak takiego się wydarzyło, że już i "Gazeta Polska" musiała się szparko ustawić w pierwszym szeregu antyantyunijnej ofensywy, dać ruki pa szwam, a potem walić nimi na odlew nawet w tak przypadkowych i nieważnych widzów jak ja?

Euzebiusz z Cezarei opowiada w ósmej księdze swej "Historii kościelnej" o męczennikach w Tyrze Fenickim, których wydano na pastwę dzikich zwierząt: "panter, niedźwiedzi różnego rodzaju, dzików, byków rozjuszonych ogniem i żelazem" etc. "Przy tem, co się działo - dodaje - sam byłem obecny i patrzałem na to, jak moc boża Zbawiciela naszego, któremu składano świadectwo, samego Jezusa Chrystusa, była przy nich i w namacalny się męczennikom jawiła sposób. Otóż krwi żądne bestie przez długi czas nie śmiały dotknąć ciał przyjaciół bożych (...) a widzów niemały zdejmował podziw, bo gdy jedna bestia nic nie wskórała, puszczano i drugą i trzecią na jednego i tego samego męczennika".

Nie chce mi się co prawda również wierzyć, by akurat nieoceniona "Gazeta Wyborcza" "nic nie wskórała" i niespodziewanie ugięła się przed mocą bożą, niemniej, jak pokazuje historia, bestii w takich krytycznych sytuacjach nigdy za wiele - nie zeżre pierwsza, puści się "i drugą i trzecią". Któraś w końcu męczennika doje.

Przy okazji serdecznie pozdrawiam drapieżnych dziennikarzy śledczych z "Gazety Polskiej".


© Lech Stępniewski grudzień 2002

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny