Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny

 

LEW RYCZĄCY

LECH STĘPNIEWSKI


Jeśli wierzyć ogłoszeniom towarzyskim, ponad 90% polskiej młodzieży "interesuje się muzyką", co świadczyłoby, że w najmłodszym pokoleniu więcej jest już melomanów niż katolików. Fakt dość zastanawiający w kraju, w którym dawno zanikła umiejętność wspólnego muzykowania, a potworna kakofonia odśpiewywanego zbiorowo hymnu narodowego służy jedynie do odstraszania rodzimej policji i obcych piłkarzy.

Ma się rozumieć, na najniższym szczeblu fruwające fale dźwiękowe to jedynie pretekst do wspólnych uciech. Jak dawno temu zauważył znany gdański rasista, Artur Schopenhauer, istoty niedojrzałe umysłowo są jednocześnie najbardziej towarzyskie. I tak na przykład Murzyni uwielbiają zamykać się "razem tłumnie w najciaśniejszym pomieszczeniu, bo nie mogą się dość napatrzeć na swe czarne, płaskonose oblicza". Dzisiaj takie rozdudnione pomieszczenia nazywa się "dyskotekami", ale również na plenerowych "imprezach muzycznych" tłok jest obowiązkowy. Inaczej nici z zabawy...

Z czasem wszakże niejedno rozbrykane szczenię nabywa umiejętność rozróżniania dźwięków, jakie do niego dobiegają. Zaczyna rozkoszować się nimi także samotnie, czyta teksty ulubionych piosneczek, śledzi koleje losu ulubionych grajków etc. etc. W tej fazie wysokiego wyrafinowania muzycznego można wprawdzie dalej nie widzieć większej różnicy między Bachem a Kwachem, ale odmawia się człowieczeństwa komuś, kto np. pomyli zespół "Apetyczny nocnik" z "Rzygającymi kanibalami".

Tak właśnie ostatnio został sponiewierany w listach do "Najwyższego CZASU!" p. Robert Nogacki po swoim artykule o obecności satanizmu w muzyce rockowej, a zwłaszcza w jej odmianie o wdzięcznej nazwie "heavy metal". Krytycy jego katolickiego kołtuństwa zajęli się faktograficznymi szczególikami, natomiast sam problem - mówiąc niekołtuńskim językiem - "olali równo", dodając uspokajająco, że sataniści wśród metalowców "nie stanowią większości".

Ale to znaczy, że jawne i demonstracyjne propagowanie satanizmu przez mniejszość muzyków rockowych traktuje się już jako coś zupełnie normalnego!

Krótko mówiąc: przyczółek został zdobyty i pocieszanie się, że na razie obsadza go - jak każdy przyczółek - mniejszość, może ukoić chyba jedynie fanatycznych demokratów, dla których rzeczy tego świata nie dzielą się na dobre i złe, ale na (godną szacunku) większość i (godną szacunku) mniejszość. Szkoda tylko, że w Niebie o tym nie wiedzą i wciąż kłopoczą się jakimiś sztuczkami ze zbawieniem, skoro upadłe zastępy anielskie (wg pozadogmatycznej tradycji najwyżej 1/3 wszystkich aniołów) też "nie stanowią większości".

Wypowiadanie jakichkolwiek opinii utrudnia dodatkowo fakt, że brzdąkających kapel są dziś dziesiątki tysięcy i pewnie gdzieś tam żyją i tacy metalowcy, co regularnie przeprowadzają staruszki przez jezdnię. O ile jednak demonstrowanie nienawiści na stadionach piłkarskich wciąż jeszcze uważa się za patologię, o tyle metalowcy-sataniści ziejący agresją traktowani są pobłażliwie jako część kultury, mianowicie - "kultury pop". Jeśli ktoś wyzywa w czasie meczu przeciwną drużynę od "Murzynów" i "Żydów" to jest to tępy rasizm, ale jeśli na tym samym stadionie występuje zespół rockowy i wyje, by wykopać księży na Księżyc, to jest to już "kultura" i "śmiałe wyrażanie osobistych poglądów".

Oczywiście zazwyczaj "osobistych poglądów" tam tyle, co kot napłakał. Taki szarpidrut bowiem (a częściej jego manager) wie dobrze, gdzie stoją konfitury! Podrzeć zdjęcie papieża? połamać krzyż? - proszę bardzo... Proszę też nie zapomnieć o informacji dla prasy, że 10% honorarium przeznaczamy na walkę z AIDS. To ci dopiero kultura całą gębą!

Z drugiej strony powszechnie wiadomo o niezbyt zdrowym stylu życia wielu gwiazd pop, lecz choć lista zaćpanych i "zachędożonych" na śmierć nieustannie się wydłuża, nowych naśladowców nie brakuje. A warto chyba pamiętać, że liczba wszystkich ofiar tej "kultury" (sex, drugs... - ale także najzwyczajniejsze bójki i morderstwa przy okazji koncertów) grubo przekracza liczbę ofiar stadionowego motłochu!

Nie chciałbym przybierać tonu moralizującego dziadunia, który jęczy: zgroza! zgroza! nad swoją kaszką manną, ani po belfersku tłumaczyć, co miał na myśli Zbigniew Herbert, gdy pisał ("Pan Cogito a pop"), że ta muzyka "wyraża prawdę uczuć / z rezerwatów przyrody". W końcu czy Herbert słuchał "Iron Maiden"?

Prawda, "diabeł jak lew ryczący krąży szukając kogo pożreć" - ale to mnie nie dziwi. Tak zawsze było i to właśnie - w pewnym sensie - można uznać za normalne. Zdumiewają mnie natomiast ci, których ów diabelski ryk nie tylko nie odstrasza, lecz wręcz wabi z taką mocą, że gotowi są sami wkładać swe głowy w paszczę - bo tam podobno lepsza akustyka, szczególnie podbicie basów...

Czyżby ktoś ich przekonał, że jest to już lew wyliniały i bez zębów?


© Lech Stępniewski wrzesień 2000

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny