Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny

 

KRADZIONE, A WIĘC DIETETYCZNE

LECH STĘPNIEWSKI


Nawet ci, którym komputer myli się jeszcze z telewizorem, wiedzą, że w Polsce programów komputerowych nie kupuje się w sklepie, lecz na giełdzie. W sklepie kosztują one bowiem miliony, tam zaś - najwyżej kilkaset tysięcy. Tanio - jak to u paserów. W dodatku taki program może być potem dalej powielany na pojedynczym komputerze, a mimo to nie różni się jakością od oryginału, czego zazwyczaj o pirackich kasetach muzycznych i filmowych nie da się powiedzieć.

Niestety, to słodkie życie ma się już chyba ku końcowi, ponieważ sejm uchwalił niedawno nowe prawo autorskie. Odtąd za nielegalne kopiowanie dyskietek można dostać nawet 5 lat, więc kto wie, czy najbardziej rzutcy dealerzy nie wezmą się za handel narkotykami. Mniejsze ryzyko.

Promyczkiem nadziei pozostaje jedynie artykuł 124-ty, w którym zezwala się na dalsze używanie kradzionych programów, o ile zostały wyprodukowane "przed dniem wejścia w życie niniejszej ustawy". Podobno wprowadzono go po przytomnym spostrzeżeniu, że w administracji państwowej, biurach, urzędach skarbowych etc. większość programów ktoś kiedyś ukradł i teraz trzeba by za nie sporo zapłacić. Mówiło się nawet o miliardzie dolarów. Ponieważ policji raczej nie stać na zatrudnienie kilku batalionów fachowców, żeby się w tym wszystkim połapać, najprawdopodobniej i samo łapanie złodziei będzie miało z konieczności charakter czysto symboliczny.

Rzecz jasna taka ustawowa abolicja bardzo wzburzyła środowisko informatyczne. Każde szanujące się pismo komputerowe zamieściło przynajmniej jeden essay z dziedziny filozofii moralnej dyskwalifikujący odpuszczanie grzechów w duchu artykułu 124-tego. Pytano retorycznie - choć nieco naiwnie - jakim prawem sejm tak po pańsku rozporządza cudzą własnością, a także: czy można by przyjąć - przez analogię - że ci, którzy jeździli do końca stycznia kradzionymi samochodami, w lutym mają je już legalnie. Są to argumenty zbyt słuszne, aby były ciekawe. Znacznie ciekawsze jest bowiem to, czego w tych rozważaniach zabrakło. A zabrakło - co częste u moralistów - porządnego rachunku sumienia.

Kiedy trzy lata temu [w roku 1991] kupowałem swój pierwszy komputer, sprzedano mi go od razu wraz z kradzionym systemem operacyjnym. Podobnie było za drugim razem. Obie firmy, które tak mnie obdarowały (nb. bez systemu operacyjnego trudno stwierdzić, czy komputer w ogóle działa) świetnie dziś prosperują i są powszechnie szanowane. Zapewne używa się w nich wyłącznie licencjonowanych programów. Czy jednak można przyjąć, że ten, kto swego czasu jeździł kradzionym samochodem, zaś zysk z tej jazdy obrócił na kupno nowego - bo stary zdążył się już rozsypać - ma teraz samochód legalnie?

Tymczasem niejeden programista tworzący swoje pierwsze dzieła przy pomocy skopiowanego pokątnie kompilatora, dziś bez mrugnięcia okiem wylicza straty, jakie poniesie jego firma z powodu abolicji. Cóż, gangsterzy, którzy zdążyli uprać brudne pieniądze, a potem zostali nobliwymi przedsiębiorcami, zazwyczaj nie tolerują swego dawnego stylu pracy u konkurencji. Ale wrażliwi moraliści powinni chyba umieć się znaleźć jak ów nawrócony celnik z Ewangelii i nieuczciwie zdobyte dobra zwrócić poczwórnie!

A jednak żaden z nich nawet nie wspomni o jakimkolwiek zadośćuczynieniu. Nikt nie oświadcza, że gotów byłby oddać część zysków - czy choćby zwyczajnie zapłacić - właścicielom wszystkich programów, jakich niegdyś nielegalnie używał. Ta abolicja jest dla moralistów oczywista i bezdyskusyjna. Przecież swój drugi milion zarabiają uczciwie!

Za to najpewniej nie popuszczą dzisiejszym, spóźnionym jawnogrzesznikom. Będą nawoływać do surowości, konfiskat, grzywien etc. Kalemu już procesor nie wystarczać. Kali chcieć jeszcze procesów.


© Lech Stępniewski marzec 1994

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny