Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny

 

KOSMOS I MY

LECH STĘPNIEWSKI


Wbrew temu, co się na ogół sądzi, nie żyjemy w czasach powszechnej niewiary, ale w czasach powszechnej wiary w byle co. Dlatego sceptycyzm wobec rozmaitych rewelacji jest postawą jak najbardziej wskazaną - wręcz wymogiem higieny umysłowej. Ale i ze sceptycyzmem można przesadzić! I to właśnie przydarzyło się piszącemu te słowa.

Przed dwoma laty wydrukowałem w "Najwyższym CZASIE!" artykuł [kliknij tu, by przeczytać czytankę "Ach, co za plama!"] w którym z wielką pewnością siebie (przechodzącą chwilami w zacietrzewienie) kwestionowałem statystyczne zależności między cyklem pojawiania się plam na Słońcu, a cyklem wydarzeń na Ziemi. Wypada więc teraz w tym samym miejscu przyznać się do błędu i odwołać swe wcześniejsze poglądy.

Skłonił mnie do tego obszerny raport autorstwa astronoma Tomasza Rickstera, biolożki Florentyny Raud oraz znanego historyka Samuela Windlera, ogłoszony w kwietniowym numerze "Nature" pod nieefektownym tytułem: "Wpływ cyklicznych zmian aktywności Słońca na zachowania społeczne ssaków". Tymczasem jest to praca przełomowa i tak bogato udokumentowana, że próżno już wierzgać przeciwko ościeniowi!

Na wstępie autorzy przypominają pokrótce to, co już do tej pory ustalono. A mianowicie, że okresowy wzrost aktywności słonecznej zmienia pogodę na Ziemi; że wpływa na wzrost roślin i masy planktonowej, rozród zwierząt, rozprzestrzenianie się epidemii oraz na wiele innych zjawisk biologicznych. Również ludzie reagują na sztormy elektromagnetyczne. Gdy na Słońcu przybywa plam, przybywa także pacjentów w szpitalach psychiatrycznych, częściej zdarzają się samobójstwa, wypadki drogowe, okrutne i "bezsensowne" morderstwa etc. Wygląda to wręcz tak, jakby niektóre osoby nie wytrzymywały nagłej dawki energii, która dociera do nich ze Słońca.

Powstaje zatem pytanie: czy owa energia nie znajduje sobie ujścia także w bardziej złożonych zachowaniach społecznych?

Już wstępne badania na dwóch hierarchicznych społecznościach zwierzęcych (szympansy i pawiany) przyniosły obiecujące rezultaty. Otóż okazało się, że do prawie 90 procent (!) nieoczekiwanych walk o przywództwo w stadzie dochodziło w latach zwiększonej aktywności słonecznej. Kluczowe znaczenie ma tu termin "nieoczekiwanych", ponieważ dr Raud świadomie nie uwzględniła tych wszystkich zmian przywództwa, gdy dominujący samiec uległ wcześniej wypadkowi, chorobie etc. Brała pod uwagę jedynie sytuacje, kiedy zdrowy i w pełni sił przywódca stada stawał się nagle celem ataków ze strony wielu młodszych samców.

Podobne założenie przyjął prof. Windler analizując dzieje ludzkości w ciągu ostatnich 250 lat (dopiero od połowy XVIII wieku dysponujemy w miarę precyzyjnymi obserwacjami plam słonecznych). Dotąd szukano wydarzeń historycznych pokrywających się ze szczytami aktywności słonecznej kierując się ich podręcznikową rangą. Przeciwnikom wystarczyło więc otworzyć pierwsze lepsze tablice chronologiczne (i ja tak robiłem...) i wypisać dowolne "ważne wydarzenia", które do tego schematu nie pasują. Łatwa robota!

Profesor Windler zaproponował zatem, by rozpatrywać jedynie wydarzenia "nieoczekiwane" i zarazem takie, w których spontanicznie uczestniczyła znaczna liczba ludzi. Są to wprawdzie kryteria notorycznie nieostre, ale intuicyjnie zrozumiałe.

Nie będzie "wydarzeniem nieoczekiwanym" np. wybuch II wojny światowej, której spodziewano się już od połowy lat trzydziestych (i dlatego Piłsudski w 1934 r. namawiał Francję na wspólną wojnę prewencyjną przeciwko Niemcom). Będzie nim natomiast początek I wojny światowej: kolejne państwa wypowiadają sobie wojnę niczym w transie, jednocześnie ludność ogarnia entuzjazm wojenny etc.

Z kolei za "wydarzenie spontaniczne" trudno uznać zarządzenie w 1966 r. przez Mao Zedonga "rewolucji kulturalnej" (choć jego rezonans z pewnością był szeroki - ledwie w dwa lata później zachodnia młodzież zaczęła na swych uniwersytetach naśladować chińskich hunwejbinów). Ale rozpoczęty w październiku 1934 roku pod wodzą tego samego Mao Wielki Marsz już spełnia, zdaniem prof. Windlera, kryterium "spontaniczności".

Profesor nie ukrywa też, że jego pracę (którą skromnie określa mianem "gabinetowej fantazji historyka") zainspirował wrześniowy atak terrorystów w Nowym Jorku skorelowany w nieprawdopodobnym stopniu ze skokowym wzrostem aktywności Słońca. Były to zresztą dwa zaskakujące wydarzenia na raz. Zaskoczyli terroryści, ale także zaskoczyło Słońce swą "nadprogramową" aktywnością: od czasu maksimum z lata 2000 r. plam bowiem ubywało!

Oczywiście działania kilkunastu terrorystów, nawet najbardziej widowiskowe i zaskakujące, nie podpadają pod "wydarzenie o skali masowej". Nadto terroryści zapewne zaplanowali datę swej akcji dużo wcześniej i niespodziewana dawka słonecznej energii ich też zaskoczyła (nb. mogła ona im raczej utrudniać zadanie, gdyż w tego typu robocie najważniejsza jest "zimna krew"). Toteż prof. Windler w swej analizie na plan pierwszy wysuwa spontaniczną i masową reakcję społeczeństwa amerykańskiego na powstałe zagrożenie: brawurę i poświęcenie strażaków, przypływ fali junackiego patriotyzmu etc. Jeśli bin Laden chciał rzucić Amerykę na kolana, to srodze się zawiódł!

I nic dziwnego, bo począwszy od "bostońskiej herbatki" (grudzień 1773 r.) i Deklaracji Niepodległości (lipiec 1776 r.) Amerykanom nigdy nie brakowało odwagi i zdolności do samoorganizacji w okresach niespokojnego Słońca. Pozostało im to zresztą do dziś. W sierpniu 1963 r. Martin Luther King poprowadzi marsz na Waszyngton (zakończony słynnym przemówieniem: "Miałem sen..."), a w przeszło trzydzieści lat później, w październiku 1995 r., Louis Farrakhan, Murzyn o zupełnie innych poglądach, pójdzie w tym samym kierunku na czele miliona czarnych mężczyzn.

Z wydarzeń XIX wieku prof. Windler analizuje przede wszystkim okres wojen napoleońskich. Po pierwsze dlatego, że mamy w tym wypadku do czynienia z długotrwałą mobilizacją wielkich mas ludności. A po drugie, ponieważ wojny te przeorały na wskroś życie społeczne na niemal całym kontynencie: zmieniło się prawo, kultura, obyczaje etc. Kończący tę epokę Kongres Wiedeński (1815 r.) ustalił zaś porządek europejski, który zasadniczo przetrwał aż do I wojny światowej. W Azji Widnler odnotowuje upadek szogunatu i początek ery Meiji w Japonii (1868 r.) oraz powstanie bokserów w Chinach (1898-1900; to właśnie te "Chińcyki" z Wesela). Odrzuca jednak, jako zbyt mało "nieoczekiwane", wojnę krymską (początek 1853 r.), drugą wojnę opiumową (początek 1856 r.), wojnę rosyjsko-turecką (początek 1877 r.). Waha się zaś jeśli idzie o działalność Bolivara w Ameryce Południowej (1821-1824) i powstanie greckie przeciwko Turkom (początek 1821 r.) oraz wojnę hiszpańsko-amerykańską (1898 r.) i wojnę Boerów z Brytyjczykami (1899 r.)

W ubiegłym stuleciu, prócz wspomnianego już zaskakującego wybuchu I wojny światowej i Wielkiego Marszu, prof. Windler uważa za godne uwagi początki chłopskiego ruchu pod wodzą Zapaty (1910-11; zarzewie rewolucji meksykańskiej) i, w mniejszym stopniu, pierwszą wojnę bałkańską przeciwko Imperium Ottomańskiemu (1912 r.). Uwzględnia także początek wojny algierskiej (1954 r.) i przejęcie władzy w Kambodży przez Czerwonych Khmerów (1975 r.). Szczególnie jednak interesują go europejscy dyktatorzy: marsz na Rzym Mussoliniego (1922 r.), przejęcie władzy przez Salazara (1932 r.) oraz Hitlera (1933 r.) - rzecz jasna, z uwzględnieniem powszechnego entuzjazmu, jaki wzbudzali.

Prócz zdarzeń historycznych sensu stricto próbuje Windler uwzględniać także zjawiska kulturowo-społeczne w rodzaju beatlemanii (1963-64), ale ostatecznie przyznaje, że w epoce mediów promieniowanie Słońca wpływa zapewne na ludzki umysł w daleko mniejszym stopniu niż promieniowanie odbiorników telewizyjnych.

Z polskiej perspektywy do tej imponującej listy można dorzucić jeszcze garść ważkich wydarzeń, choć w większości jedynie o lokalnym znaczeniu. W XVIII wieku będzie to konfederacja barska (początek w 1768 r.) oraz insurekcja kościuszkowska (1794 r.). Później powstanie styczniowe, kiedy to "poszli nasi w bój bez broni", narodowa mobilizacja w lecie 1920 roku, histeria towarzysząca zabójstwu prezydenta Narutowicza (grudzień 1922) i - last but not least - Powstanie Warszawskie, bezsensowne i niepotrzebne, ale które zdaniem świadków epoki "nie mogło nie wybuchnąć", gdyż "wisiało w powietrzu".

Tak jakby jakaś niesamowita energia musiała koniecznie zostać uwolniona nawet wbrew zdrowemu rozsądkowi!

*

Gdyby w tym roku 1 kwietnia nie przypadał w Święta, kiedy to żartować nie bardzo wypada, mój artykuł kończyłby się właśnie tutaj, a stosowne sprostowanie zostałoby zamieszczone dopiero w następnym numerze. Ponieważ jednak jest to spóźniony prima aprilis dla tych, którzy jeszcze nie czują się dosyć nabierani na co dzień, daję sprostowanie natychmiast.

Naturalnie nie było żadnego raportu w "Nature", nie istnieje też ani "znany historyk" prof. S. Windler (swindler), ani dr biologii F. Raud (fraud), ani astronom T. Rickster (trickster). Nie zmieniłem również swych poglądów na plamową teorię dziejów, ponieważ wszystkie przytaczane wyżej wydarzenia historyczne miały miejsce w okresie wyjątkowego ubóstwa w plamy (dane wg Wygodne do przeszukiwania archiwum zaplamienia z danymi od 1755 r.www.spaceweather.com\java\archive.html). Z jednym wyjątkiem!

Rzeczywiście - wrześniowy atak na WTC zbiegł się ze wzrostem aktywności Słońca, co spowodowało, że plamowa teoria dziejów, stłamszona nieco szarzyzną roku 2000 i pierwszej połowy roku 2001, znów wróciła do łask. Już nawet, jak czytałem, za bankructwo Argentyny odpowiada jakaś wielka plama w górze.

Z tym wrześniowym wzrostem też zresztą nie należy przesadzać. Owszem, był, ale znacznie mniejszy niż np. ten, do którego doszło na przełomie marca i kwietnia 2001, i któremu - co ważne! - towarzyszył bardzo gwałtowny sztorm geomagnetyczny. Kto chciałby sam porównać, niech zajrzy pod adres Dane o plamach i sztormach geomagnetycznych za rok 2001www.dxlc.com/solar/history/hist2001.html.

Nie zamierzam jednak po raz kolejny znęcać się nad intelektualnym ubóstwem plamowej teorii - bardziej interesuje mnie ona sama, to znaczy przyczyny jej upartej żywotności. Można je wyróżnić przynajmniej trzy:

Po pierwsze to, że teoria plamowa w ogóle jest, ludzie bowiem zawsze wolą jakikolwiek porządek od chaosu. Odkąd zbankrutowały wielkie historiozofie, toniemy w morzu dziejów, a tonący chwyci się wszystkiego - z wyjątkiem brzytwy Ockhama. Fakty zaś nie mają tu nic do rzeczy! Teoria nie upada, gdy fakty świadczą przeciwko niej, ale wtedy, gdy pojawia się teoria konkurencyjna, objaśniająca więcej zjawisk. Gdy jej brak, można w celu ratowania starej teorii bez końca uprawiać "łataninę": żonglować danymi i ich interpretacjami.

Przykład pierwszy z brzegu: wydarzenia polskiego października 1956 powszechnie traktuje się jako doskonałe potwierdzenie wpływu Słońca (plam przybywa). Tymczasem wiadomo, że sam październik był efektem nastrojów narastających gdzieś od 1954 roku (zero plam) i w istocie - początkiem końca października. Końca reform, społecznego entuzjazmu etc. W lecie 1957 roku, gdy natężenie plam osiągnęło swe maksimum, ludzie byli już zrezygnowani, ospali i m.in. dlatego bez większych oporów zlikwidowano "Po prostu" - symbol zmian.

Po drugie, jest w czym wybierać, bo - zwłaszcza w historii najnowszej - mamy zawsze pod ręką więcej wydarzeń niż cykli słonecznych - o czym przy liczeniu prawdopodobieństwa przypadkowej korelacji na ogół "zapominamy" (to trochę tak, jak byśmy zapomnieli, że w Lotto grają miliony ludzi i dziwowali się, że ktoś w ogóle trafił "szóstkę").

Po trzecie, chociaż Słońce działa na ludzkość "globalnie", my zazwyczaj szukamy zgodności "lokalnie". Fascynuje nas zbieżność z cyklami słonecznymi kilku wydarzeń w średnim europejskim kraiku, ale już nie pytamy, co w gorącym 1956 roku działo się np. w USA. Była premiera musicalu "My Fair Lady"? Czyżby istniał narodowy (ustrojowy, rasowy...) stopień wrażliwości na Słońce?! I odwrotnie: nie zauważamy tego, co działo się gdzie indziej, jeśli to teorii przeczy. Rzezie w Rwandzie (1994 r.), z milionami ludzi mordującymi się nawzajem w amoku, byłyby z pewnością ulubionym przykładem wszystkich plamologów, gdyby nie to, że doszło do nich w okropnym "słonecznym dołku".

W dzisiejszej Polsce na korzyść plamowej teorii dziejów działa jeszcze jedna przyczyna. Otóż od kilkunastu lat wszystkie rządy III RP nieodmiennie dają plamę i ludzie właściwie nie wierzą już nikomu: ani "Solidarności", ani SLD, ani "europejczykom", ani ludziom z kruchty etc. Jedna banda! - mówią. Nie wierzą też, że w ramach istniejącego układu możliwe są jakieś istotne zmiany. Świetnie oddawał to rysunek satyryczny, który nie tak dawno widziałem. Polska przyszłości, rok bodaj 2020, tłum demonstrantów stoi z zaciętymi twarzami, a na transparentach hasło: "Balcerowicz musi odejść!" Jedyną nadzieją na zmianę pozostaje więc Słońce i jego tajemnicze moce.

Bo jeśli ono nam nie przygrzeje, to kto?

Pisałem 7 kwietnia 2002 r. z ponad 230 plamami słonecznymi (wg www.sunspotcycle.com) nad głową.


© Lech Stępniewski kwiecień 2002

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny