Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny

 

CZYTAMY KORAN

LECH STĘPNIEWSKI


"W imię Boga Miłościwego, Litościwego" - tak zaczyna się Koran; jeszcze jeden gruby list z nieba do nas, biednych ludzi. Zaczyna się więc całkiem przyjemnie, niemniej kończy się ostrzeżeniem, że ci, co nie uwierzą w "jasny dowód" dany im przez Posłańca od Boga, trafią niezawodnie w ogień Gehenny (sura XCVIII, 6). W ścisłym sensie odnosi się to jedynie do samej Księgi, ale jeśli ktoś cierpi na deficyt wiary, niech lepiej na wszelki wypadek przewróci tę stronę, bo będzie miał kiedyś kłopoty.

Tym razem Najwyższemu spodobało się przemówić przez przedstawiciela klasy średniej; osobliwego kupca, któremu pewnego razu przyśnił się archanioł Gabriel i kazał czytać coś z kawałka brokatu. Kupiec nie przeczytał, a podduszony przez archanioła brokatem wyznał, że czytać nie umie. Wówczas archanioł Gabriel wyrecytował w "jasnym języku arabskim" Mahometowi (poprawniej: Muhammadowi) - bo to właśnie on był owym kupcem - początek sury XCVI:

"Czytaj w imię twego Pana, który stworzył!
Stworzył człowieka z grudki krwi zakrzepłej!
Czytaj!
"
(wszystkie cytaty z Koranu podaję w przekładzie Józefa Bielawskiego).
Czy Mahomet posłuchał i w końcu nauczył się czytać i pisać, to kwestia sporna. Na pewno do słowa pisanego odnosił się z wielkim poważaniem i jego objawienia spisywano, gdy jeszcze żył. Niemniej ostateczna redakcja Koranu została ustalona dopiero w dwadzieścia lat po śmierci Proroka w wyniku prac - jak łatwo się domyślić - specjalnie powołanej komisji.

Dla dzisiejszego czytelnika europejskiego Koran jest dość nużącą lekturą. Wygląda niczym bezładny i pełen powtórzeń zbiór aktów strzelistych, w których wciąż obraca się bez wytchnienia kilka tych samych prostych myśli: że Bóg jest jeden, że wszystko od Niego zależy, że wszystkich osądzi, że Mahomet jest Jego posłańcem etc. Z pewnością bliżej mu do modlitewnika niż do traktatu teologicznego - choćby w takiej swobodnej formie, jaką odznaczają się listy św. Pawła. Ale też podobno w oryginale to porywająca poezja, robiąca największe wrażenie podczas melodyjnej recytacji: czasem powolnej, czasem znów oszałamiająco szybkiej.

Mahomet nie miał ambicji stworzenia nowej religii. Chciał raczej powrotu do czystej wiary Abrahama, tego "prawdziwie pobożnego hanifa" (sura IV, 125; hanif znaczy tu tyle, co monoteista), który wraz z pierworodnym synem Izmaelem wybudował świątynię Kaaby w Mekce (sura II, 127) i zostawił ślad swojej stopy na znajdującym się tam "czarnym kamieniu". Można nawet zaryzykować twierdzenie, że na samym początku islam był właściwie czymś w rodzaju uproszczonego judaizmu, taką zlokalizowaną wersją light dla poganiaczy wielbłądów, i dopiero przejścia z Żydami z Medyny skłoniły Mahometa do większej inwencji. Wprowadził wtedy miesięczny post - Ramadan, zmienił kierunek modlitwy z Jerozolimy (tak!) na Mekkę, a dniem świętym mianował piątek. Były to naturalnie zmiany natchnione, więc nic dziwnego, że później w świętej Księdze znalazły się również uwagi o gorszących błędach "czcicieli soboty".

Niemniej duch starotestamentowy w Koranie pozostał. Zwłaszcza duch legislacyjny, bo, jak wspomniałem, Mahometowi mniej zależało na wyrafinowanej teologii, a bardziej - na bogobojnym urządzeniu życia. Stąd wiele szczegółowych przepisów prawnych: np. ile przypada w spadku siostrze mężczyzny, który zginął nie mając dziecka ("przypada połowa") i co zrobić, jeśli mężczyzna ten miał braci i siostry ("mężczyźnie przypada udział dwóch kobiet", sura IV, 176); ile dać batów cudzołożnicy i cudzołożnikowi ("po sto batów", sura XXIV, 2). A nawet dotyczących karmienia dzieci (Jak długo powinna karmić matka pragnąca w pełni wykarmić swe dziecko? "Całe dwa lata", sura II, 233) i rozmaitych ablucji (np. sura V, 6), gdyż każdy wierny powinien odznaczać się schludnością. Ten ostatni przepis zawsze przywodzi mi na pamięć moją ulubioną 567 micwę judaizmu o łopatce, opartą na tym fragmencie Pisma (Pwt 23, 14-15), gdzie nakazuje się wziąć kołek, wyjść za obóz i wykopać sobie dołek, a potem zagrzebać to, co się do niego zrobiło, gdyż po obozie Izraela przechadza się Pan i nie uchodzi, by ujrzał raptem coś odrażającego.

Spore fragmenty Koranu to na dobry ład żydowska Tora (Pięcioksiąg Mojżesza) opowiedziana "własnymi słowami". Są więc tam rajskie "dzieje grzechu", potop, Lot oferujący swe córki rozpustnym mieszkańcom Sodomy, a np. sura XII w całości została osnuta wokół historii cnotliwego Józefa i jego handlowo nastawionych braci, którzy zresztą, jak podaje Pismo (Rodz 37, 25-28), sprzedali go właśnie Izmaelitom, czyli Arabom. Nota bene w tym miejscu Prorok, jako były kupiec, nie wytrzymał, i dał do zrozumienia, że na tej pierwszej transakcji z Arabami Żydzi zrobili marny interes, wzięli bowiem za Józefa stanowczo za tanio ("sprzedali go za mizerną cenę", sura XII, 20).

Jest też Koran - podobnie jak judaizm - zazwyczaj bardzo zdroworozsądkowy i bardzo ludzki w swych zaleceniach; daleko mu do chrześcijańskich szaleństw z rozdawaniem całego mienia czy miłością nieprzyjaciół. Jałmużnę (zakat - właściwie rodzaj podatku), owszem, dawać należy - to nawet jeden z pięciu filarów wiary muzułmańskiej - ale nie w sposób tak nieumiarkowany, by samemu pozbawiać się środków do życia. Nie trzeba także przesadzać z uprzejmością wobec niewiernych. Wprawdzie w wielu miejscach Koranu można znaleźć słowa zachęty do zachowywania pokoju, o ile druga strona go zachowuje, pozostaje atoli sprawą otwartą, w jakiej mierze były to tylko zalecenia taktyczne, ponieważ - o czym zawsze warto pamiętać - Koran rodził się w zamęcie ustawicznych walk, gdy rwały się jedne sojusze i zawiązywały nowe. Generalnie jednak w islamie obowiązuje niezbyt oryginalna zasada sprawiedliwości "z tej ziemi", u nas streszczająca się w ludowym porzekadle "jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie":

"A jeśli kto odnosi się wrogo do was,
to i wy odnoście się wrogo do niego,
podobnie jak on odnosi się wrogo do was
"(sura II, 194).
Wedle tej samej zasady mężczyźni (ponieważ "stoją nad kobietami") powinni bić swoje żony ("i bijcie je!"), kiedy są nieposłuszne, a jeśli akurat są przypadkiem posłuszne, to - uczy Prorok - "starajcie się nie stosować do nich przymusu" (sura IV, 34). Starajcie się! Bo widać czasem i posłuszną żonę sprać nie zawadzi.

Jeśli zaś idzie o zakazy nazbyt surowe, to i w tym wypadku praktyka islamu naśladowała pewne obyczaje judaizmu rabinicznego. Jak wiadomo, srogi żydowski Bóg nieraz bywał okpiwany przez swoje pomysłowe dzieci, które nawet słodki dzień Szabatu dosładzały sobie za pomocą różnych sprytnych wybiegów z instytucją szabesgoja włącznie. Zakaz picia wina (nb. w samym Koranie nie całkiem konsekwentny: sura V uznaje wino za dzieło Szatana, ale w surze IV mowa jest jedynie o tym, by nie modlić się po pijanemu) niekiedy omijano przyjmując alkohol jako medykament zalecony przez lekarza. Również kategoryczny zakaz lichwy (sura II, 275) wcale nie uniemożliwia założenia porządnego islamskiego banku. Po prostu kredytobiorcy nie płacą jakichś tam brudnych odsetek, lecz wyłącznie zwracają koszty "uprzejmej obsługi", podczas gdy klienci powierzający bankowi depozyt otrzymują odpowiednio hojny "prezent za zaufanie".

Do dziedzictwa po judaizmie należy też niestety muzułmański ekskluzywizm i podejrzliwa kultura getta. Od niewiernych lepiej trzymać się z daleka, patrzeć bacznie, czy aby czegoś nie knują (a zwykle knują) i umacniać ducha ummy (wspólnoty) powtarzając za Prorokiem:

"Wy jesteście najlepszym narodem
jaki został utworzony dla ludzi:
wy nakazujecie to, co jest uznane,
a zakazujecie tego, co jest naganne;
i wierzycie w Boga.
"(sura III, 110)
Bóg zatem, okazuje się, znów ma swój "naród wybrany", na który, co zrozumiałe, wciąż nastają zawistni wrogowie i dlatego każdemu muzułmaninowi "przepisana (...) jest walka" (sura II, 216). Praktycznie nie można jej uniknąć, ponieważ już samo istnienie niewiernych stwarza ciągłe zagrożenie dla prawdziwej wiary, niewierni bowiem - podkreśla Mahomet - zawsze "by chcieli, abyście byli niewiernymi, tak jak oni są niewiernymi" (sura IV, 89) i "nie przestaną was zwalczać, dopóki nie odwrócą was od waszej religii" (sura II, 217). Pomijając przejściowe zawieszenie broni, nie-muzułmanom pozostaje więc właściwie tylko jedno wyjście: nawrócić się.
"A jeśli się odwrócą [od prawdziwej wiary],
to chwytajcie i zabijajcie ich,
gdziekolwiek ich znajdziecie
" (sura IV, 89).
W jeszcze bardziej wojowniczo nastrojonej surze zatytułowanej "Muhammad" już i o nawracaniu się nie wspomina:
"Kiedy więc spotkacie tych, którzy nie wierzą,
to uderzcie ich mieczem po szyi;
a kiedy ich całkiem rozbijecie,
to mocno zaciśnijcie na nich pęta
" (sura XLVII, 4).
Krótko mówiąc, Koran radzi postępować z innowiercami mniej więcej tak, jak Żydzi postąpili z Amalekiem ("nie lituj się nad nim, lecz zabijaj tak mężczyzn, jak i kobiety, młodzież i dzieci", 1 Sm 15, 3). Co naturalnie wcale a wcale nie kłóci się z głębokim przeświadczeniem muzułmanów, że to właśnie oni są ludem najbardziej miłującym pokój - tyle że po zwycięstwie ("wzywajcie do pokoju, kiedy jesteście górą", sura XLVII, 35). Natomiast liczne obrazy sponiewieranych przez Boga wrogów mają swój pierwowzór w tzw. psalmach złorzeczących, również przez chrześcijaństwo uważanych za natchnione Słowo Boże, mimo iż trafiają się tam i takie kwiatuszki:
"Sprawiedliwy się cieszy, kiedy widzi karę, myje swoje nogi we krwi niegodziwca" (Ps 58, 11).

"Zaiste Bóg kruszy głowy swym wrogom, kudłatą czaszkę tego, co postępuje grzesznie.
Pan powiedział: Z Baszanu mogę [cię] wyprowadzić, mogę wyprowadzić z głębiny morskiej,
byś stopę twą we krwi umoczył, by języki psów twoich miały kęsek z wrogów
" (Ps 68, 22-24).

Jeśli idzie o samych chrześcijan, to niewykluczone, że Mahomet uważał ich w gruncie rzeczy za odłam zbzikowanych żydów, którzy porzucili bezkompromisowy monoteizm na rzecz bezsensownej i mocno podejrzanej Trójcy. Owszem, o Jezusie zawsze opowiada z wielkim szacunkiem jako o prawdziwym posłańcu Boga, ale jednocześnie podkreśla, że Bóg "jest nazbyt wyniosły, by mieć syna", i że nie wybacza tym, co dodają mu jakichkolwiek współtowarzyszy:
"Wierzcie więc w Boga i Jego posłańców
i nie mówcie: «Trzy!»
" (sura IV, 171).
Z obrazem chrześcijaństwa w Koranie w ogóle jest głupia sprawa, gdyż Mahomet właściwie nigdy nie zetknął się z chrześcijaństwem ortodoksyjnym, a jedynie znał, i to "ze słyszenia", oderwane poglądy nestorian, monofizytów, dziwnych pustelników syryjskich, a także różnych sekt gnostycznych i manichejskich. Do tej zbieraniny doszły jeszcze ludowe legendy, pobożne bajki, ustnie przekazane strzępy Ewangelii (i to nierzadko apokryficznych) etc. W sumie okropny groch z kapustą, co powoduje, że przeciętny arabski czytelnik Koranu ma o chrześcijaństwie pojęcie zgoła fantastyczne.

Na przykład z sury V wynika, że w skład chrześcijańskiej Trójcy Św. wchodzi Bóg, Jezus i... matka Jezusa, Maria, nb. w surze III mylona z prorokinią Miriam, siostrą Mojżesza i Aarona! Brakujący Duch Święty gubi się gdzieś bezpowrotnie tym bardziej, że w surze LXI Jezus osobiście obiecuje zesłanie przez Boga nie jakiegoś ducha, lecz kolejnego posłańca, "który przyjdzie po mnie, a którego imię Ahmad" (imię 'Muhammad' pochodzi od tego samego rdzenia). Najgorzej przedstawiają się jednak kwestie chrystologiczne. Mało, że Jezus nie jest synem Bożym, to na dokładkę według Koranu wcale nie umarł na krzyżu, bo żydzi "ani Go nie zabili, ani Go nie ukrzyżowali, tylko im się tak zdawało" (sura IV, 157). W istocie więc z całego chrześcijaństwa zostaje koszmarny kadłubek - historyjka o fajnym proroku, któremu wprawdzie nie stała się krzywda, ale za to jego wyznawcy ni w ząb go nie pojęli.

Na koniec nie mogę nie poruszyć pasjonującego problematu, który zapewne nurtuje również P.T. Czytelników płci męskiej pozbawionych zacięcia religioznawczego: jak to właściwie jest z tymi hurysami w Koranie? Otóż rzecz jasna są - ale niech niewiernym znikną czym prędzej wypieki z twarzy, bo żadnych pikantnych szczegółów i tak się nie doczekają. O hurysach bowiem wiadomo jedynie to, że mają wielkie oczy (sury XLIV, 54; LVI, 22), ale o "skromnym spojrzeniu" (sury XXXVII, 48; LV, 56), są dziewicami, stworzonymi w sposób doskonały, kochającymi, jednakowego wieku i przeznaczonymi - co może szczególnie ucieszy politycznie wyrobionych Czytelników "Najwyższego CZASU!" - "dla tych po prawicy" (sura LVI, 35-38). "Towarzyszom lewicy" przypadnie zaś palący podmuch, wrząca woda i czarny dym. U nas może też coś takiego zobaczymy za cztery lata.

Szczęśliwości z hurysami zakosztują przede wszystkim wierni, "którzy zostaną zabici na drodze Boga" (sura XLVII, 4) i jest to właśnie ta oferta, z jakiej korzystają dziś rozmaite arabskie "żywe bomby". W rajskim Ogrodzie znajdą się dla nich także soczyste owoce, cztery cudowne strumienie: z wodą, mlekiem, miodem i winem (!), do tego tajemniczy bezkacowy napój, "od którego nie cierpią na ból głowy" (sura LVI, 19), smaczne ptasie mięsko i - co wcale nie najmniej ważne - drzewo rzucające wielki cień; bo Beduin wlokący się z karawaną po pustyni częściej marzył o kawałku orzeźwiającego cienia niż o rozpalających swawolach.

Kliknij, by powiększyć [21 KB]
[Czy hurysa to hurysa, czy może mistyczny symbol?]

Ten "materialistyczny" obraz raju został oczywiście z czasem wysubtelniony przez egzegetów - zwłaszcza hołdujących metodzie interpretacji zwanej tawil, czyli alegorycznej i symbolicznej. W ich ujęciu hurysy to już nie hurysy, a jakieś wzniosłe duchowe symbole, albo aluzje do niepojętych spraw Bożych. Ba, niektórzy nawet dżihad, "świętą wojnę", skłonni byli rozumieć wyłącznie jako wewnętrzną duchową walkę, którą gorliwy muzułmanin powinien nieustannie toczyć ze swoimi słabościami. Z kolei rozzuchwaleni taką swobodą egzegeci szyiccy - a właśnie z tego odłamu wywodzą się najbardziej skrajne ruchy w islamie - zaczęli wyczytywać w Koranie, co tylko dusza zapragnie - z zaleceniami politycznymi włącznie. Dla nich stwierdzenie, że gdzieś tam w Księdze napisano literalnie co innego, nie stanowi już bodaj żadnego argumentu.

Koran bowiem jest wieczny, ale to nie on, a jego czytelnicy tworzą historię.


© Lech Stępniewski wrzesień 2001

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny