Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny

 

KONIEC NAJWYŻSZEGO CZASU?

LECH STĘPNIEWSKI


Najwyższy czas nie trwa wiecznie. Wiedział o tym najlepiej p. Włodzimierz Lenin, autor niegdyś popularny, choć może nazbyt awangardowy i wykazujący przesadne skłonności do ulicznego happeningu. Albo lepiej, wyrażając się (przepraszam za wyrażenie) dialektycznie, najwyższy czas trwa i nie trwa zarazem, bo raz jest czas na to, raz na co innego i "tak to się na tym świecie rozmaitość rzeczy plecie".

"Jest czas rodzenia i czas umierania (...), czas burzenia i czas budowania" etc. etc. Omnia tempus habent - powiada Kohelet w swojej księdze powstałej z mocy natchnienia Bożego. "Bywają chwile dziejowe" - powiada z kolei W. I. Lenin w 27 tomie swych ksiąg wydanych na mocy uchwały KC PZPR - "kiedy dla powodzenia rewolucji rzeczą najważniejszą jest (...) rozsadzenie jak największej ilości starych instytucji; bywają chwile, kiedy rozsadzono już dosyć". Mamy tu zatem do czynienia z poglądem potwierdzonym przez tak różnorodne autorytety, że mogą zgodzić się nań bez wahania wszyscy obywatele wymienieni w naszej wspaniałej Konstytucji - "zarówno wierzący w Boga (...), jak i nie podzielający tej wiary".

 

Nowy zaciąg leninowski

W istocie chodzi jednak o to, by wiedzieć, na co właśnie czas nadszedł. Dlatego Lenin dodaje, iż "trzeba umieć w każdej poszczególnej chwili odnaleźć owo szczególne ogniwo łańcucha, za które należy uchwycić ze wszystkich sił, by utrzymać cały łańcuch". Zwracam uwagę, że wbrew temu, co się na ogół powtarza, Lenin nigdy nie mówił o odnajdywaniu jakiegoś "najsłabszego ogniwa" i, choćby w domyśle, o "rozrywaniu" łańcucha, lecz o ogniwie "szczególnym", "najważniejszym"; takim, którego uchwycenie "ze wszystkich sił" pozwala "utrzymać cały łańcuch". W gruncie rzeczy do tego bowiem, do trzymania w garści "całego łańcucha", sprowadza się zawsze sztuka polityki.

Toteż w styczniu 1921 roku, tuż przed X zjazdem RKP(b), gdy w powietrzu wisiał już Kronsztad i zanosiło się, że łańcuch jednak może wymknąć się z rąk, Lenin okropnie się zdenerwował z powodu wybryków (przyszłego) judasza Trockiego i "poczciwego Bucharina". "Trocki i Bucharin" - czytamy w 32 tomie ksiąg wydanych na mocy etc. - "zarzucają mi (...), że ja ujmuję sprawę «politycznie», oni zaś «gospodarczo»". A przecież "polityka to skoncentrowany wyraz ekonomiki (...). Polityka nie może nie mieć prymatu nad ekonomiką. Rozumować inaczej - to zapominać abecadła marksizmu".

Na szczęście dzisiaj nikomu abecadła marksizmu powtarzać nie trzeba, a obrazoburcza niegdyś (obrazoburcza zwłaszcza dla samych panów marksistów zafascynowanych malejącą stopą zysku, kryzysami i innymi "Zusammenbruchami" gnijącego kapitalizmu) teza o prymacie polityki nad ekonomią wydaje się już tak naturalna, jak nieświeże powietrze.

"Panie premierze, czy jest Pan zwolennikiem podatku liniowego?" - zapytano w grudniu ubiegłego roku profesora premiera Belkę w trakcie internetowego czatu zorganizowanego przez "Gazetę Wyborczą". "Jako ekonomista - tak" - odparł stanowczo p. profesor. "Jako polityk - nie, bo wiem, że jest to po prostu odrzucane przez większość społeczeństwa". Czyli: jako lekarz uważam, że konieczna jest operacja, ale jako szef Kasy Chorych sądzę, że pacjent po prostu oczekuje lepszych środków znieczulających, by umierać pogodnie i bezboleśnie. Co jednak najdziwniejsze - nikogo to osobliwe rozdwojenie profesorsko-premierskiej jaźni nie zdziwiło!

Również p. Bogusław Grabowski w wywiadzie udzielonym "NCz!" podkreślił, że p. profesor premier "pełni (...) funkcję polityczną" i "nie wypowiada się (...) jako profesor ekonomii". Z czego mogłoby wynikać, że wypowiedzi p. premiera na tematy ekonomiczne w ogóle nie powinny nas dziwić, tak jak nie powinno dziwić zgrzytanie zębami i toczenie dzikim wzrokiem u zacnego doktora Jekylla, gdy zmienia się w nieobliczalnego pana Hyde'a.

 

Point de rêveries, Messieurs

W tym samym wywiadzie p. Grabowski dał do zrozumienia, że najwyższy czas na zmiany, ów "miesiąc miodowy" naszej skromnej anty-rewolucji, kiedy to wszystko jeszcze wydawało się świeże, powabne i możliwe, skończył się już dawno temu: "właściwie już w 1993 roku", a "w niektórych dziedzinach mamy nawet odwrót". Przedtem, jak można domniemywać, jeszcze łańcuch nie został odpowiednio mocno pochwycony, ale kiedy najważniejsze ogniwko zostało w końcu wyłuskane, uznano, że "rozsadzono już dosyć" i nadszedł nowy najwyższy czas. Na klasycznych filmach przygodowych wyobraża go najczęściej ta scena, w której piraci, albo inni ludzie przedsiębiorczy, siedzą sobie wokół beczki po rumie i grają leniwie o najprzeróżniejsze zdobyczne dobra, a zestrachana ludność boi się im nawet zajrzeć w karty.

Podobnie nostalgiczne myśli o bezpowrotnie minionych czasach nawiedziły nie tak dawno również p. Janusza Lewandowskiego, który nagle oznajmił, że jedyną stosowną porą na przeprowadzenie reprywatyzacji była jesień 1989 roku. "Kwitła zbiorowa miłość do kapitalizmu. (...) Postkomuniści (...) siedzieli cicho. (...) Przedwojenni ziemianie deklarowali gotowość powstrzymania się od roszczeń. (...) I jeszcze jedno - w Stanach Zjednoczonych nie istniał jeszcze polityczno-prawny przemysł wyrywania odszkodowań za Holocaust". W 1991 roku (gdy, przypomnijmy, właśnie p. Lewandowski ministrował sobie w najlepsze) na takie psoty "już było za późno, nastrój przyzwolenia minął, wszystko było już polityką" ("Gazeta Wyborcza", 12-13 stycznia 2002).

Jak widać, w kolejnych wspomnieniach cieniutkie pasemko naszej niegdysiejszej swobody wprost niknie w oczach: 1993, 1991, 1989... I wypada tylko czekać aż ktoś wreszcie otwarcie powie - a nie byłoby to bynajmniej stwierdzenie bezpodstawne! - że największą porcją wolności gospodarczej zostaliśmy obdarowani w roku 1988 za rządów p. Mieczysława F. Rakowskiego. Ale przyszedł Okrągły Stół, socjalizm dostał zastrzyk świeżej krwi i eleganckie zachodnie opakowania dla swych zgrzebnych idejek etc. etc. Dalej zaś jak w starej piosence: "jeszcze nic się nie zaczęło, a już się skończyło".

Oczywiście warto również pamiętać o tym, co działo się wówczas wokół nas, od początku bowiem lawirowaliśmy między ostrzami potężnych szermierzy. Oto ledwo zjednoczyły się Niemcy, a już rozpadł się gładko Związek Sowiecki, jakby konserwowany wcześniej tylko na tę okoliczność, by konferencja moskiewska przebiegła odpowiednio godnie. Wkrótce potem rozpadły się Jugosławia i Czechosłowacja - i tak skończyły się krótkie sny o Heksagonale. Dziś dogorywa już nawet spokojny i nie wadzący nikomu Trójkąt Wyszehradzki, choć jego ostrożna działalność polegała, zdaje się, głównie na tym, że od czasu do czasu spotykali się panowie prezydenci i mówili różne miłe i wzniosłe rzeczy.

 

Więcej entuzjazmu!

Dlatego ze wzruszeniem przeczytałem w ostatnim "NCZ!" proroctwo p. Carla Beddermanna, doradcy przedakcesyjnego z ramienia UE, któremu, gdy obserwuje wydarzenia w Polsce, "przychodzi (...) na myśl pewna ezoteryczna przepowiednia mówiąca o tym, że w Europie po epoce romańskiej nastanie epoka germańska, a następnie słowiańska, przynosząc naszemu kontynentowi odnowę".

Najprawdopodobniej jednak będzie to odnowa, powiedzmy to sobie od razu jasno, czysto "duchowa", ponieważ tak poza tym u nas wciąż po staremu: brud i smród (albo, jak nad wyraz delikatnie określił to p. Beddermann, "pewna (...) niedbałość o materię"). Niemniej obracając się w stronę Brukseli możemy dumnie powtórzyć za Norwidem:

"Gdy ducha z mózgu nie wywikłasz tkanin,
Wtedy cię czekam - ja, głupi Słowianin,
Zachodzie - ty!...
"
I, zdawałoby się, chwacit' - jak mawiają niektórzy bracia Słowianie. Aliści p. Beddermann w swej niezgłębionej antropozoficznej ezoteryce posuwa się jeszcze dalej. Ów obdarzony jasnowidnym wzrokiem człowiek utrzymuje mianowicie, że "to, co na Zachodzie pogardliwie jest nazywane «polską gospodarką», w rzeczywistości jest po prostu panowaniem ducha nad materią".

Racja, do panowania duch ci u nas ochoczy, problem tylko w tym, że już nie bardzo jest nad czym panować, bo materia już jakby ledwo zipie. Jak ujął to ze słowiańską szczerością p. profesor premier Belka: "To jest tak, że nie patrząc na dyscyplinę finansów publicznych, my tylko możemy doprowadzić do chorobliwego ożywienia gospodarki. Ale jeżeli gospodarki nie ożywimy, to wpadamy w chorobliwą, trwałą eksplozję zadłużenia. I długą klęskę gospodarczą" (za: "Rzeczpospolita" z 2-3 marca 2002). Z danych opublikowanych przez Eurostat wynika zaś, że poziom rozwoju Polski wynosi obecnie ok. 39% średniej krajów UE, a takiego wychudzonego biedaczka nigdy wcześniej do Unii nie przyjmowano. Może to i zgodne z ezoterycznymi przeznaczeniami ludzkości, tylko po prostu epoka jeszcze nie ta.

W tej epoce skończy się więc pewnie na tym, że jednym skapnie nieco "materii", a inni będą mogli duchowo zmarniałą Europę do woli "nawracać", na co nota bene także nasz Episkopat - ani chybi również obznajomiony z rozmaitymi ezoteryzmami - kładzie teraz szczególny nacisk. Pewną pociechą pozostaje tylko fakt, że - jak przypomniał p. Bogusław Grabowski - "w wielu dziedzinach wprowadzanie w polskiej gospodarce rozwiązań unijnych, zwiększa, a nie zmniejsza elastyczność naszych struktur gospodarczych i konkurencyjność rynków". Mówiąc inaczej: samospełniająca się przepowiednia, że "nie mamy wyjścia" zrobiła już w ciągu 10 lat swoje i nasze wstąpienie do Unii Europejskiej rzeczywiście może stać się wkrótce całkiem racjonalnym postępkiem. Zawsze bowiem lepiej znaleźć się tam, gdzie jest mniej złodziejstwa, korupcji i socjalizmu.

Najgorsze tylko, że z tego wszystkiego ludzie zrobili się u nas albo osowiali albo nadmiernie nerwowi. No i dalej trzeba użerać się z oporną materią, co już zupełnie nie leży w naszej słowiańskiej naturze, a jeść się chce.

80 lat temu chciało się jeść jeszcze bardziej i może dlatego W. I. Lenin wreszcie w okolicach 33 tomu melancholijnie zauważył: "Gdybyśmy zdołali oprzeć się na entuzjazmie (...) - to nie zaprzątałyby nas równie niemiłe historie, jak kalkulacja handlowa i sztuka prowadzenia handlu. A teraz musimy się tym parać".

Najwyraźniej nadszedł właśnie najwyższy czas, by popracować nad naszym entuzjazmem.


© Lech Stępniewski marzec 2002

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny