Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny

 

INFORMATYCY KONCESJONOWANI

LECH STĘPNIEWSKI


W poprzednim artykule ("Pochwała partactwa", "NCz!" 8/97) pisałem o zasługach, jakie partacze - czyli pracujący na własny rachunek rzemieślnicy - położyli w walce z monopolem cechów, co utorowało później drogę wolnemu rynkowi. Odpłacono im za to oszczerstwami i dlatego słowo 'partacz' wymawiamy dziś z pogardą zamiast z wdzięcznością i szacunkiem.

To zresztą znamienne, że tam, gdzie pojawia się wolny rynek, choćby maleńki i niewiele znaczący, ludzie niechętni wolności zawsze jakąś obelgę ukują. Za poprzedniej wersji obecnego ustroju można było kupić przyzwoite kwiaty także wtedy, gdy już tylko ocet stał na półkach, ale producentów tych kwiatów nazywano "badylarzami" i przedstawiano jako chciwych grosza prostaków. Jednocześnie dyscyplinowano ich domiarami, koncesjami etc. i, zdaje się, musieli nawet mieć papier potwierdzający rolnicze wykształcenie, żeby uczciwy obywatel nie był narażony na wąchanie róż wyhodowanych przez dyletanta.

Z jak wielu głów troska o bliźnich jeszcze nie wywietrzała, przekonałem się niedawno czytając w 3 numerze "PC Kuriera" zapis internetowej dyskusji członków Polskiego Towarzystwa Informatycznego. Wynika z niej, że w Polsce informatyką zajmują się dziś często ludzie niekompetentni, "ignormatycy" (jest i obelga!), czemu koniecznie trzeba jak najszybciej zaradzić. Nie uchodzi bowiem, by np. biofizyk, który zmienił fach i teraz "na stronie", niczym klasyczny partacz, majstruje przy komputerach, był traktowany na równi z "prawdziwym informatykiem" (czytaj: towarzyszem cechowym).

Naturalnie, członkom PTI, gdy tak wylewają swe żale, leży na sercu nie marny, osobisty interes, lecz Dobro Powszechne - którego, niestety, przy rozdrapywaniu jakoś nigdy dla wszystkich nie starcza. Są więc ogromnie zatroskani, bowiem nieudane przedsięwzięcia informatyczne zawsze bardzo drogo kosztują. Żeby zatem przedsięwzięcia te były wyłącznie udane, i żeby podatnicy albo głupi kapitaliści nie wyrzucali swych pieniędzy w błoto, powinno najmować się do komputerowych robót fachowców.

Bardzo to zwięzły i rozsądny program. Na nieszczęście jedynie fachowcy wiedzą, że są fachowcami, natomiast laicy, którzy decydują o pieniądzach, zwykle dają się uwieść wymownym partaczom. Stąd pomysł, żeby "prawdziwi informatycy" obdarowywali się nawzajem jakimiś solennymi i wprost bijącymi po oczach "certyfikatami", a nawet - co jest już całkowitym szaleństwem - żeby wprowadzić "komputerowe prawo jazdy". Brzmi to niewinnie, ale gdyby realizacja tego programu się udała, byłby to z pewnością najbardziej dochodowy program, jaki kiedykolwiek został ułożony przez członków PTI.

Gorycz ich i szaleństwo jest po części zrozumiałe. Gdy w latach osiemdziesiątych rozpoczęła się w Polsce żywiołowa komputeryzacja, oni raczej stali z boku. Worki procesorów albo podejrzane składaki kupowali wtedy w Singapurze ludzie często bez żadnego pojęcia o informatyce - i z miejsca zostawali bogaczami. W tym samym czasie gruntownie wykształceni informatycy rozwiązywali Bardzo Ważne Problemy oraz wznosili się na szczyty intelektu, by okiełznać rozpadające się "Odry" - i nie mieli z tego nic. Potem to oczywiście ci pierwsi, powracający z Singapuru, zakładali własne firmy i bogacili się jeszcze bardziej. A kiedy już były pieniądze, naturalną koleją rzeczy objawiło się jeszcze wielu programujących samouków, fachowców z jednym śrubokrętem, samozwańczych administratorów sieci i tym podobnych partaczy gotowych na poczekaniu wyręczyć cechowych mistrzów.

Efekt tego taki, że nadal w pierwszym lepszym serwisie komputerowym można usłyszeć piramidalne bzdury. Mamy też tysiące "przekwalifikowanych" programistów i ekspertów, których część wciąż wyważa otwarte drzwi, część zaś - próbuje przejść przez ścianę. Ale dzięki przedsiębiorczym partaczom jest również sporo niezłego sprzętu w prywatnych rękach i - przede wszystkim - w miarę wolny rynek usług informatycznych!

Tymczasem cech informatyków nieco okrzepł i najwidoczniej uznał, że nadszedł czas, aby upomnieć się o swoje. Bo w końcu dlaczego stajemy się informatykami? Żeby wymyślić Informatyczną Teorię Wszystkiego? O nie!

"Informatykami się stajemy ze względu na pieniądze. «Komputerowym Prawem Jazdy» zajmujemy się ze względu na pieniądze! Nawet jest między tymi wizjami przełożenie, bo ta inwestycja w siebie, te noce nie przespane (...), to wszystko nie dało w końcu wymarzonych pieniędzy. No, może jakieś, ale nie wymarzone (...). I dlatego jedyny sposób, żeby maluczcy uznali te noce (...) to wydawanie certyfikatów. Niech będą «uczniami czarnoksiężnika». A oni za to zapłacą pieniędzmi".

Podoba mi się ta szczerość! Mają wprawdzie dyplomy, tytuły naukowe, ale że nie robi to na wielu wystarczającego wrażenia, chcą teraz konkurencję utemperować jeszcze lepszymi papierami. Potem pewnie będą się dziwić, niebożęta, skąd się wokoło narobiło tyle socjalizmu, i dlaczego po cudnej ojczyźnie naszej cwałują tabuny urzędników z pieczątkami.

Uczciwie dodam, że trafiają się w tej dyskusji także głosy certyfikatom przeciwne. "Powinny liczyć się tylko umiejętności starającego się o pracę i gust dyrektora". Złote słowa! Zwłaszcza, gdy "dyrektora" zastąpić "właścicielem". W sumie jednak "prawdziwi informatycy" sprawiają wrażenie ludzi niezbyt przytomnych i pozbawionych wyobraźni, którzy najwyraźniej nie biorą pod uwagę tego, że ich swobodnie rzucane pomysły mogą w końcu trafić na czyjeś biurko i tam nabrać kształtów realnych.

A przecież tak już jest, że właśnie głupie myśli najżywiej prą do urzeczywistnienia. Czasami wydaje się nawet, że raz pomyślane, nie potrzebują więcej ludzkiej pomocy, tak jakby Ktoś, czujny i niestrudzony, wciąż je podsycał i dodawał im nowych sił - co osobiście uważam za jeden z lepszych dowodów na istnienie Diabła.

Jeśli idzie o komputery, wiadomo że nazywanie ich przed laty "myślącymi maszynami" było mocno przesadzone, bo inteligencja komputera nie różni się zasadniczo od inteligencji liczydeł. Chciałbym wierzyć, że utrzymujące się jeszcze gdzieniegdzie przeświadczenie o inteligencji informatyków nie okaże się kiedyś równie grubym przesądem.


© Lech Stępniewski luty 1997

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny