Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny

 

NIEMIECKI KOŁTUN W SOSIE WŁASNYM

LECH STĘPNIEWSKI


"Autor walczy o życie bogatsze i pełniejsze od tego, jakie było możliwe w ciasnym światku prowincjonalnych kołtunów i dorobkiewiczów" - tym cytatem z "Nowej Kultury" z roku 1955 "Słownik" Doroszewskiego przybliża Czytającej Publiczności słowo "kołtun" użyte w znaczeniu "człowiek zacofany, ciemny, ograniczony, małostkowy; obskurant o wąskim horyzoncie myślowym".

W roku 1955, a także w latach wcześniejszych i późniejszych, bardzo wielu autorów bohatersko walczyło o życie bogatsze i pełniejsze; niejednokrotnie ramię w ramię z innymi dzielnymi ludźmi o gorących sercach, którzy siłom ciemności potrafili zaświecić prosto w oczy zwykłą biurkową lampką, a wąski horyzont myślowy rozciągnąć choćby i obcęgami. Tym większe zdziwienie budzi fakt, że ta znojna praca wydała tak skromne owoce i ludzie oświeceni w dalszym ciągu muszą cierpieć panoszenie się rodzimego kołtuństwa.

Rodzimego! Jedyna otucha w tym, że to dopust miejscowy, że gdzieś są szczęśliwsze kraje, bo - jak zauważa o. Jacek Salij ("Zaściankowość i kołtuneria", "Rzeczpospolita" z 31 stycznia/1 lutego 2004 r.) - "kołtuneria jest wyłącznie rodzima, mentalność zaściankową można zarzucić tylko Polakom (...) nie ma przecież kołtunerii niemieckiej, rosyjskiej ani tureckiej". Tak to w każdym razie ułożyli sobie w głowach nasi rodzimi znawcy kołtuńskiej duszy z jej "obsesją niewinności", "bułami i spągami" antysemityzmu, złogami homofobii etc. etc.

A jednak rzeczy tego świata psują się. Oto w Niemczech, kraju zdrowym i rumianym, pewien pan już od dzieciństwa marzył, by spożyć cielesną powłokę jakiejś bratniej duszy. Tłumaczył potem, że był to zapewne wyraz jego tęsknoty za posiadaniem młodszego braciszka, z którym mógłby się nierozerwalnie zespolić. Ponieważ dzięki wciąż jeszcze niezłemu poziomowi niemieckiej gospodarki tamtejsze koszty połączeń internetowych nie są rujnujące, pan ów szczęśliwie poznał w internecie innego pana - też wrażliwego marzyciela, lecz marzącego akurat o tym, by zostać spożytym. Panowie umówili się zatem na kolacyjkę, którą po części zjedli wspólnie (daniem była odcięta i ugotowana męskość drugiego pana), dojadł zaś ją niestety już tylko pierwszy pan, albowiem pan numer dwa wykrwawił się w wannie, dla porządku dorżnięty jeszcze kuchennym nożem.

I właśnie w tym momencie do akcji wkracza niemiecki kołtun. Sprawa kolacyjki się wydaje, śledztwo, przesłuchania, badania, męka pana numer jeden, sąd, wyrok... Wyrok skandaliczny! Wprawdzie sąd przytomnie zauważył, że kanibalizm nie jest w świetle niemieckiego prawa przestępstwem, wprawdzie biegły sądowy uznał, iż spożycie przyjaciela nie świadczy o żadnych, uchowaj Rozumie, zaburzeniach psychicznych, ale ostatecznie pan numer jeden został skazany na osiem i pół roku więzienia, co w praktyce oznacza, że ten zaszczuty przez kołtunerię człowiek będzie musiał spędzić w niemieckiej ciemnicy przynajmniej cztery lata!

Tak oto represyjne społeczeństwo nadal traktuje tych, którzy jedynie pragną żyć życiem pełniejszym i bogatszym, w zgodzie ze sobą i swoją orientacją kulinarną.

Bo i cóż się stało? Pan numer jeden zapragnął zjeść, a pan numer dwa zapragnął być zjedzony. Obaj duzi, dorośli, płacący podatki... Czyż wolny człowiek nie ma prawa zakończyć życie jako potrawka?

Dodajmy przy tym, że wedle wszelkich znaków na niebie i ziemi człowiek swojej orientacji kulinarnej nie wybiera. Jeden lubi kremówki, a drugiemu cieknie ślinka na widok W.Cz. posła Kalisza. Skoro ewolucja (czy niechby nawet "Pan Bóg") stworzyła kanibali, widać tkwi w tym jakiś wyższy zamysł. W każdym razie niedopuszczalne jest szykanowanie kogokolwiek z powodu jego przymiotów wrodzonych.

Nie ulega też wątpliwości, że nie istnieją lepsze i gorsze orientacje kulinarne. Sądzić inaczej, to naiwnie traktować reguły narracji obowiązujące we własnej partykularnej kulturze jako coś uniwersalnego i niewątpliwego. Nie jedz tego, nie jedz tamtego... A niby dlaczego? Wiadomo skądinąd, że samo pojęcie "niejadalności" wywodzi się z religijnych tabu pokarmowych, czyli, szczerze mówiąc, z okropnych bajęd i przesądów.

Natomiast z punktu widzenia nauki wszystkie orientacje kulinarne są równie naturalne. Kanibalizm występuje u wielu gatunków owadów, ryb, ptaków, a nawet u niektórych ssaków, toteż nie ma racjonalnych podstaw, by akurat u ludzi uznawać go za nieprawidłowość, czy wręcz - przepraszam za wyrażenie - za "dewiację". Leczyć z kanibalizmu? A dlaczego nie z upodobania do pomidorów?

Jak nietrudno zauważyć, jest to standardowy zestaw "argumentów", dzięki którym przeciętny oświecony kołtun może dziś z powodzeniem rezonować na temat statusu i praw rozmaitych "orientacji seksualnych". Że to kwestia wolności ekspresji, determinizmu genów, relatywizmu wartości i bezwzględnej naturalności natury. Czemu zatem w obliczu identycznych racji nie uznać, że także kanibal jest OK?

Skoro uważamy, że jest sprawą dwóch dorosłych mężczyzn, gdzie wsadzają sobie swe narządy płciowe, nie powinniśmy się również wtrącać do ich menu. Jeśli uznajemy prawo mniejszościowych "orientacji seksualnych" do niezakłóconej publicznej ekspresji swych uczuć, nie powinniśmy się oburzać, gdyby ktoś na ulicy zaczął nagle pogryzać z apetytem kanapkę z wystającym z niej ludzkim palcem.

Oświeceni kołtuni jeszcze tych logicznych konsekwencji nie dostrzegają, bo oczywiście ich poglądy to nie rezultat jakichkolwiek "argumentów", ale właśnie jak najściślejszej społecznej tresury. Więcej refleksu musiał natomiast wykazać niemiecki sąd, toteż w swej interpretacji zaistniałego wydarzenia wstrzymywał się od niepotrzebnego akcentowania faktu, że obaj panowie byli gejami, a nawet - wbrew wyznaniom oskarżonego, iż od dzieciństwa podniecały go kanibalistyczne fantazje - dobitnie podkreślił, jakoby sprawcy nie chodziło o zaspokojenie popędu płciowego, lecz wyłącznie o nawiązanie jak najbliższej więzi z ofiarą w celu uzyskania "poczucia pewności i bezpieczeństwa".

Nie wykluczone, że wysoki sąd rozfantazjował się tak psychoanalitycznie, by nikomu nie przyszło do głowy łączyć kanibalizm z seksem, no bo seks, panie, to już ochrona mniejszości, inny paragraf, a raczej brak paragrafu, skoro każdy robi, jak lubi, i wtedy oskarżonego nie można by skazać nawet na te głupie osiem i pół roku, które jednakowoż trzeba było wlepić z uwagi na obecny, wciąż jeszcze niezadowalający, stan świadomości społecznej.

Pozostaje wszakże mieć nadzieję, że w niedalekiej przyszłości, gdy walka o życie bogatsze i pełniejsze zakończy się wreszcie sukcesem, podobne taktyczne pieredyszki staną się zbędne i również wyemancypowany niemiecki kołtun będzie mógł napchać sobie kałdun kołdunami z ludziną.


© Lech Stępniewski luty 2004

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny