Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny

 

NIC STAŁEGO NA ŚWIECIE

LECH STĘPNIEWSKI


"Mnie najbardziej cieszą pory roku" - powiada Bohdan Tomaszewski w "Dzienniku 1954" Leopolda Tyrmanda. "Jak sobie pomyślę, że potem na pewno będzie wiosna, a jeszcze potem lato i znowu na pewno jesień, to przynajmniej człowiek wie, że może spokojnie czekać...". Wygląda na to, że za poprzedniej wersji obecnego ustroju przynajmniej natura przestrzegała jeszcze pewnych reguł i dopiero teraz pogrąża się na dobre w "demoliberalnym" chaosie.

Nie jest to do końca prawda. Ludzie jak ja młodzi inaczej, pamiętają jeszcze tzw. zimę stulecia, która ostatecznie rozłożyła socjalizm epoki schyłkowego Gierka. Krążył wtedy nawet dowcip, że są w Polsce cztery wielkie klęski żywiołowe: wiosna, lato, jesień i zima. Nie całkiem się ten dowcip zdezaktualizował...

Teraz jednak wszyscy mają wrażenie, że powariowało już nie tylko na ziemi, ale i w niebiesiech, a nawet pod ziemią. Tu wody zalewają, tam pioruny biją. Na Sycylii Etna pluje lawą. Zdawać by się mogło, że cała pogoda składa się już wyłącznie z anomalii pogodowych.

 

Światy w zderzeniu

Klimatolodzy wiedzą, że klimat zmienia się i zmieniał zawsze. Podobno w XVII wieku - w okresie nazywanym niekiedy "małym okresem lodowcowym" - Bałtyk cały zamarzał i z Polski do Szwecji można było przejechać na skróty saniami. A w trakcie podróży, tak mniej więcej na środku morza, odpocząć i ogrzać się w postawionej tam gospodzie.

Przyczyn zmian klimatycznych jest naturalnie całe mnóstwo, ale nie do przecenienia wydaje się zwłaszcza wpływ, jaki na klimat wywiera to, co dzieje się wysoko nad nami: aktywność Słońca, bliskość (lub jak kto woli: dalekość) Księżyca, przelatujące komety etc. Dlatego jeśli ktoś zastanawia się, czy i dlaczego klimat się zmienia, rychło musi zapytać, czy aby na pewno dawniej nasze niebo wyglądało tak samo, jak dziś.

Poważni naukowcy mają zbyt wielkie skrupuły, by wysuwać na ten temat naprawdę ekstraordynaryjne hipotezy, bo takich wizji przeszłości często nie sposób potem udowodnić. A z nauką tak się jakoś porobiło, że wygodniej być uczonym, który niczego nie wysuwa poza szufladą w swoim biurku, niż takim, który musi się użerać z krytykami. Naukowcy w swej masie urzędniczeją, a od urzędnika trudno spodziewać się odwagi.

Jednak publiczność wyczekująca na okruszki z pańskiego stołu nauki właśnie śmiałości pragnie, obalania autorytetów, a nawet - szczypty szaleństwa zdolnej pobudzić wyobraźnię. Wykorzystują to chętnie rozmaici "paranaukowi" harcownicy - ci z kolei skrupułów absolutnie pozbawieni - i to u nich najłatwiej znaleźć najbardziej szalone i, co tu kryć, najbardziej fascynujące pomysły.

Na przykład Hans Hörbiger, autor bardzo popularnej w narodowo-socjalistycznych Niemczech teorii "lodu kosmicznego", twierdził ni mniej ni więcej, że Ziemia miała już niegdyś kilka innych księżyców, a ten, który teraz widzimy, został usidlony przez naszą rozpustną planetkę stosunkowo niedawno. To właśnie przygody z owymi księżycami krążącymi raz bliżej, raz dalej (przedostatni nawet rymnął na Ziemię), wpływającymi na przyciąganie ziemskie etc., doprowadzały każdorazowo do kataklizmów stokroć straszliwszych niż nasze dzisiejsze "anomalie". Także tych kataklizmów, których ślady można odnaleźć w najstarszych mitach ludzkości, z opowieścią o potopie na czele.

Również ekstrawagancjami planetarnymi tłumaczył różne znane z Biblii wydarzenia jeden z najwybitniejszych anty-naukowców wszechczasów - Emanuel Velikovsky. Publikacja jego pierwszej książki w renomowanym wydawnictwie Macmillana zakończyła się skandalem - nawet nudni naukowcy nagle się ożywili i zagrozili firmie bojkotem. Velikovsky utrzymywał bowiem, że planeta Wenus - zmienna i kapryśna jak każda kobieta - była niegdyś kometą wyrzuconą przez Jowisza. Fruwała potem ta kometa po całym Układzie Słonecznym wchodząc w bliższe stosunki zwłaszcza z Marsem i Ziemią, aż w końcu ustatkowała się jako planeta na swej obecnej orbicie. Wynikiem jej burzliwych perypetii były również liczne kataklizmy na Ziemi, a także np. rozstąpienie się Morza Czerwonego przed uchodzącymi z Egiptu Żydami. Przelatująca kometa po prostu doprowadziła do ustania (lub znacznego spowolnienia) ruchu obrotowego Ziemi... Nb. później miała jeszcze całą masę roboty, bo cudów w Biblii nie brakuje.

Na naszej planecie nie brak także cudów innego rodzaju. W różnych miejscach, np. w słynnym angielskim Stonehenge, można napotkać osobliwe konstrukcje z olbrzymich głazów, w Egipcie są piramidy etc. I człowiekowi, gdy stanie przed taką kupą kamieni, głupio się robi na myśl, że jego ciemni przodkowie, ot, tak, "bez krępacji", zabierali się za rzeczy, które jeszcze teraz byłyby dla budowniczych poważnym wyzwaniem.

Jak twierdzi polski badacz tych tajemnic, pan Jerzy Kijewski, wszystko to powstało jedynie dzięki temu, że naszym przodkom było lżej. I to dosłownie! W swym dostępnym w Internecie eseju (który był łaskaw nadesłać także na adres "Najwyższego CZASU!"), zatytułowanym "Księżyc i potop", bardzo dokładnie to - idąc po części śladami Hörbigera i Velikovsky'ego - wyjaśnia.

Najpierw, powiada p. Kijewski, Księżyc wpadł w orbitę samotnej Ziemi, wskutek czego Ziemia oddaliła się od Słońca i klimat na niej uległ ochłodzeniu. Wtedy unosząca się dotąd w atmosferze "nieruchoma zawiesina ciepłej pary wodnej zaczęła spadać na Ziemię w postaci potężnego deszczu". To właśnie biblijny potop, który wygubił mamuty, tygrysy szablaste, nosorożce włochate i całą masę innych bydląt.

Księżyc zrazu wirował wokół Ziemi niczym bąk, ale stopniowo zaczął się oddalać od niej i zwalniać swój bieg. Gdy czas obrotu Ziemi wokół swej osi zrównał się z czasem obrotu Księżyca wokół Ziemi doszło do przesilenia grawitacyjnego. "Na skutek - oddaję teraz głos Szanownemu Autorowi - tak wielkiego, wzajemnego przyciągania się Ziemi i Księżyca (podczas przesilenia), ciążenie grawitacyjne na Ziemi stało się bardzo słabe. Wszystko co znajdowało się na powierzchni Ziemi stało się więc bardzo lekkie: ludzie, zwierzęta, kamienne głazy, woda - wszystko! Człowiek, którego siła mięśni i cała struktura cielesna nie zostały zmienione, mógł teraz podnosić olbrzymie głazy, skakać wysoko i biegać wielkimi susami.

Wtedy to właśnie nastała epoka megalitów - olbrzymich kamiennych budowli - wznoszonych przez człowieka niemal na całej Ziemi. Tajemnicza, zagadkowa i podziw budząca epoka piramid, olbrzymich kamiennych posągów i kamiennych budowli staje się teraz zrozumiała".

A my oddychamy z ulgą, bo dobrze jest rozumieć świat. Wiedzieć, że kiedyś kamienie były "bardziej miękkie", ale za to ludzie twardzi - i tak krzepcy, że żonglowali megalitami niczym garścią piłeczek pingpongowych. Inni gdzieś tam w try miga usypali lekuchne piramidy...

Zaiste, jest w tej cudownej wizji coś piramidalnego!

 

Te paskudne dinozaury

Czy jednak warto się śmiać z szalonych wizjonerów? Poważna Encyklopedia Groliera podkreśla, że zgodnie z teorią Velikovsky'ego (ogłoszoną w roku 1950!) Wenus powinna być relatywnie bardzo gorącą planetą i - głupia sprawa - okazało się to prawdą. Także dziwaczna wówczas hipoteza, że wyginięcie dinozaurów zostało spowodowane przez uderzenie w Ziemię komety bądź roju meteorów, jest już dziś traktowana najzupełniej poważnie i ma wiele szczegółowych wariantów.

Jeden z nich przedstawił niedawno na konferencji w Edynburgu amerykański astrobiolog Bruce Runnegar. Twierdzi on, że mniej więcej 65 milionów lat temu drobne zmiany w Układzie Słonecznym doprowadziły do zakłócenia orbit Marsa, Ziemi i Merkurego oraz zaburzyły trajektorie asteroidów. W rezultacie przynajmniej jeden z nich przygrzał w Ziemię i tak oto skończyła się wspaniała era dinozaurów.

Runnegar w swych rozważaniach posiłkuje się teorią chaosu, która - w uproszczeniu - próbuje modelować procesy kumulowania się maleńkich zmian w ogromne. (Znacie to? Ruch skrzydeł motyla na Hawajach doprowadza do powstania tornada w Teksasie.) Na początku wystarczyło zatem jakieś niedostrzegalne drgnienie; tak subtelne, że gdyby miało miejsce obecnie, również nie można by go zmierzyć. W istocie to właśnie chaotyczna natura wszechświata ostatecznie odpowiada za zagładę dinozaurów.

Swoją drogą dinozaury to paskudne stworzenia. Szczególnie z punktu widzenia ekologów żyjących z wydawania dramatycznych apeli o powstrzymanie ginięcia rozmaitych zagrożonych gatunków (oczywiście z wyłączeniem szkodliwych bakterii, komarów malarycznych, much tse-tse etc. etc.). Ośmieliły się bowiem wyginąć bez najmniejszego udziału człowieka, a dokładniej: bez najmniejszego udziału antropocentrycznych chrześcijan, wielkiego przemysłu, pazernych korporacji, globalizmu etc. i innych diabłów, które, jak wiadomo, od dawna zamieniają naszą cudną Matkę-Ziemię w śmietnik. W dodatku, okazuje się, przegrzany... Nota bene podobnie uczyniło grubo ponad 90% ze wszystkich nieistniejących już gatunków, ale kto by tam o nich pamiętał, skoro nie sfilmował ich Spielberg.

Wróćmy jednak do Runnegara. Jego hipoteza narodziła się, gdy przy okazji badania osadów oceanicznych znalazł wraz z kolegami dowody na istnienie trwającego 400 000 lat cyklu w klimacie Ziemi. Żeby zrozumieć, jak ten cykl działał w ciągu ostatnich 100 milionów lat, posłużono się szeregiem komputerowych modeli uwzględniających zmiany w orbitach planet, ich odległość od Słońca i wzajemne oddziaływania grawitacyjne. I w każdym z tych modeli okazywało się, że właśnie 65 milionów lat temu stało się coś nieoczekiwanego: orbity trzech planet - Marsa, Ziemi i Merkurego - raptownie się zmieniły!

A skoro mogły zmienić się orbity planet, to mogły zmienić się także trajektorie asteroidów. Tych, co to potem zrobiły bum. Szczególnie podejrzane asteroidy zostały już nawet wytypowane, ale żeby przeliczyć stare modele z uwzględnieniem tego nowego czynnika, trzeba sześciu miesięcy pracy nienajgorszych komputerów i właśnie trwa oczekiwanie na wyniki.

U nas najważniejsze wyniki będą chyba znane już wcześniej. Minie bowiem deszczowe lato i potem znowu na pewno będzie jesień, i nowy rząd... Katastrofy, czyjaś zagłada, teoria chaosu w praktyce... I znowu wszystko zmieni się tylko po to, żeby wszystko zostało po staremu.


KTO TO WSZYSTKO ROBI?

Gdy grzeje tak, jak akurat przygrzało dzisiaj, nikt nie ma wątpliwości, że robi się coraz cieplej. Wprawdzie mój dziadek powiadał, że najcieplej było w trzydziestym dziewiątym, ale możliwe, że miał wówczas czoło rozpalone od emocji.

Teraz emocji też nie brakuje. Obyczaje demokratyczne oduczyły myślenia, że istnieje jakiś ponadludzki "porządek rzeczy", więc gdy dzieje się coś nieprzyjemnego, wszyscy pytają: kto za to odpowiada? Najczęściej, ma się rozumieć, odpowiadają burżuje, bo są bogaci i nikt ich nie lubi. Każdy bowiem uważa, że na bogatego on nadawałby się lepiej. Dzisiaj zaś burżujów nie lubi się dodatkowo za to, że wyrabiają gazy cieplarniane.

Wprawdzie - jak wyraźnie pokazują dane z ostatnich 100 lat - średnia roczna temperatura bardziej zależy od aktywności Słońca, niż od zawartości dwutlenku węgla w atmosferze, ale prześladowcy burżujów wiedzą swoje. Ostatnio półtora tysiąca klimatologów zebranych w Amsterdamie zgodziło się - z jednomyślnością godną wyborów na gorącej Kubie - że obecne ocieplenie nie mieści się w ramach cyklicznych zmian, jakim podlega ziemski klimat, ale że odpowiada za nie człowiek i te jego różne gazy (najśmieszniejsze, że wydobywające się z nas pewnym otworem najzupełniej naturalne gazy też!).

Tymczasem w jednym z marcowych numerów Nature ukazało się skromne kilkustronicowe doniesienie o wynikach badań odkrytych w Chile skamieniałych drzew z gatunku Fitzroya cupressoides sprzed 50 000 lat. A są one zaskakujące! Prowadzą bowiem do wniosku, że globalny klimat przed ostatnią epoką lodowcową niezmiernie przypominał nasz obecny. Analizując szerokość i gęstość słojów tych długowiecznych drzew - zależną od temperatury i intensywności opadów - paleoklimatolodzy ustalili, że istniały wówczas nawet te same cykle zmian klimatu, które dziś wywołuje słynny prąd El Niño.

W sumie odkryto w słojach ślady aż siedmiu klimatycznych cykli o długości od 200 do 2-5 lat. Wszystkie te cykle występują także w dzisiejszym klimacie i choć uczeni zastrzegają się, że te same efekty mogą być wywołane przez różne czynniki, to jednak drzewa Fitzroya są wiarygodnym świadkiem, iż z naszym klimatem nie dzieje się nic specjalnie nowego i nadzwyczajnego.

Bo w końcu co one mogą zarobić na protokole z Kioto?


© Lech Stępniewski lipiec 2001

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny