Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny

 

WIELKIE WOJNY Z KIEŁBASKAMI

LECH STĘPNIEWSKI


Czytelnicy czwartej księgi "Gargantui i Pantagruela" pamiętają zapewne, że nie masz ci bardziej podstępnych i zdradzieckich istot niż Dzikie Kiełbaski. "Wąż, który skusił Ewę, był kształtu kiełbaski; mimo to napisane jest, iż był chytry i przebiegły bardziej od innych zwierząt. Takie są i Kiełbaski".

Nic tedy dziwnego, że Pantagruel zafrasował się nieco ujrzawszy "na lewo zasadzkę Kiełbasek tłustych, a z prawej o pół mili duży huf innych potężnych i olbrzymich Kiełbasek (...). Porządek, w jakim kroczyły, ostry krok i śmiałe wejrzenie pozwalały mniemać, że nie są to jakieś Kiełbasiątka, ale stare Kiełbasy posiwiałe w rzemiośle wojennym". Natychmiast też "zwołał radę, aby usłyszeć zdanie swoich, co by należało począć w tym położeniu niepewnej nadziei, a oczywistej obawy".

Rada, ma się rozumieć, uradziła, "iż na wszelki wypadek należy się mieć na baczności"; wezwano rotmistrzów, zarządzono przygotowania do walki etc., a tymczasem starczyło stoczyć z Kiełbaskami zwyczajną bitwę kuchenną, bo - jako rzekł brat Jan - dla ich "zwalczenia, pobicia, ujarzmienia i poszatkowania kucharze są bez porównania sposobniejsi i właściwsi niż wszyscy razem rycerze, hoplici, żołdacy i piechury w świecie".

I tak właśnie wojny kiełbasiane zawsze wyglądają. Gdy problem zda się skomplikowany i poważny, "oczywista obawa" każe w pierwszym rzędzie zwoływać radę, potem posyłać po rycerzy, hoplitów, żołdaków etc. etc., choć od początku wiadomo, że mniej wzniosła bitwa kuchenna to jedyne rozumne rozwiązanie.

Oby w ogóle po nie sięgnięto! Nieczęsto bowiem znajdzie się taki dziarski brat Jan, który na ostatek zakrzyknie: "Chodźmyż się dobrać do tych skurwycórek Kiełbasek. Ja będę waszym wodzem".

 

Marihuana w kiosku RUCH-u

Jedną z klasycznych wojen kiełbasianych jest walka z handlem narkotykami. Zrazu wyhodowano sobie wroga tłustego i potężnego, więc teraz zwołuje się narady, obmyśla plany, posyła po policję etc. W samych Stanach Zjednoczonych wojna ta kosztuje rocznie ok. 40 miliardów dolarów "z pieniędzy podatnika", a fanfar zwycięstwa wciąż jakoś nie słychać.

Są też koszty innego rodzaju i trudne do policzenia. Dzięki zakazom biznes narkotykowy przynosi krociowe dochody i dlatego wielkie gangi obracają dziś sumami porównywalnymi z wysokością budżetu niejednego państwa. Pozwala im to coraz śmielej wpływać na bieg wydarzeń w polityce, inwestować zyski w legalne przedsięwzięcia... Zło się rozpełza i tak naprawdę z narkotyków dawno już przestały żyć wyłącznie podejrzane typki z półświatka. Również P.T. dyktatorzy i terroryści chętnie zasilają w ten sposób swoją kiesę, co czyni perspektywę nabycia przez nich małej bombki atomowej coraz bardziej realną.

Do tego dochodzi korupcja w policji. Gdy w filmie "Hannibal" pracownik FBI tłumaczy agentce Starling, że część materiałów ze starego śledztwa gdzieś poginęła, dodaje zaraz z porozumiewawczym mrugnięciem: zginęła w ten sam sposób, w jaki z policyjnych magazynów powoli znika zarekwirowana kokaina. Bo że znika, nikogo już nie dziwi.

O skuteczności całej tej wojny lepiej nie mówić. W bogatych krajach nie można jej wygrać z konsumentami, bo siła ich pieniędzy niweczy wszelkie zakazy. Z kolei w krajach biednych nie można jej wygrać z producentami, bo to dla nich często jedyne źródło utrzymania. Amerykanie wydali w Kolumbii furę dolarów na niszczenie kokainowych plantacji, a mimo to w ciągu ostatniego roku powierzchnia upraw wzrosła o kolejne 10%. W dodatku mają teraz na głowie amazońskich Indian, którzy jakoś tak sami z siebie doszli do wniosku, że chemiczne opylania bardzo szkodzą ich zdrowiu i są okropnie nieekologiczne.

W obliczu owej kosztownej mizerii coraz częściej rozlegają się głosy rozmaitych braci Janów proponujących dobrać się do tych "skurwycórek Kiełbasek" innym sposobem. Ostatnio w tej właśnie roli wystąpił szacowny brytyjski "The Economist" namawiając do wypowiedzenia narkotykom bitwy kuchennej czyli - do ich całkowitej legalizacji. Także bowiem i w tym wypadku wolny rynek jest sposobniejszy do ujarzmienia wroga niż policja, wojsko etc.

Podkreślam - do ujarzmienia, a nie do zniszczenia, gdyż istnieją mocne przesłanki, by przewidywać, że po legalizacji konsumpcja narkotyków wzrośnie!

Przede wszystkim dlatego, że znacząco spadną ceny. Muszą spaść! W przeciwnym wypadku - gdyby np. pazerny rząd zdecydował się na jakiś astronomiczny podatek - przemyt stanie się równie dochodowym zajęciem i cała zabawa zacznie się od początku.

Po drugie, wielu ludzi jednak boi się rzeczy nielegalnych, kontaktów z przestępcami etc. Teraz będą kontaktowali się z miłym panem sprzedawcą w najzupełniej legalnym sklepie.

Po trzecie, dostęp do narkotyków będzie prostszy i bezpieczniejszy; choćby w tym sensie, że mniejsze będzie ryzyko kupienia jakiegoś chemicznego świństwa o niewiadomym działaniu.

No i po czwarte: nawet jeśli ograniczy się reklamę, za sprzedaż wezmą się przecież fachowcy od marketingu z wielkich korporacji. Jak ujął to skrótowo pewien ekspert cytowany przez "The Economist": "Wyobraźcie sobie Philipa Morrisa i Miller Brewery, gdy dostaną do zabawy marihuanę".

Proszę wszelako zauważyć, że są to również dobre wieści! Po legalizacji ludzie na narkotyki będą wydawać mniej, mniej będzie przestępców i przestępstw związanych z narkotykami, i mniej narkomanów będzie umierać po zażyciu narkotyków sfałszowanych lub "domowej produkcji". Państwo zaś - to wredny argument dla P.T. lewicowców - będzie sobie tylko jak jaki cysorz nakładać nowe podatki. Dokładnie tak samo, jak ma to już przećwiczone na wódeczce i papierosikach.

A specjalnie dla tych, którzy lubią mieć na wszystko racje moralne, "The Economist" odkurzył stareńki esej "O wolności" Johna Stuarta Milla. Dla czytelników "Najwyższego CZASU!" to elementarz, więc streszczę: nie można ograniczać wolności dorosłego człowieka jedynie dlatego, że chce sam sobie zrobić kuku.

No bo w końcu jeśli pozwalamy ludziom zapijać się na śmierć, to czemu nie mielibyśmy pozwolić im się zaćpać?

 

Głęboka kieszeń w lekarskim fartuchu

Pospolitą odmianą wojen kiełbasianych są też najróżnorodniejsze walki z łapownictwem. Toczy się je wszędzie tam, gdzie prywatny przychodzi do urzędnika po państwowe, ale naszą lokalną specjalnością jest zwłaszcza walka z łapownictwem w państwowej służbie zdrowia. Sam pamiętam przynajmniej kilka publicznych dyskusji, w których rozważano, czy lekarzowi wolno wziąć od pacjenta koniak francuski, czy tylko bułgarski, czy powinien brać go przed, czy po, oraz inne równie wzniosłe etycznie problemy.

Te wzruszające czasy siermiężnej wymiany towarowej należą już zresztą do przeszłości. Dziś lekarz, który zna swą wartość, "woli dostawać pieniądze", a "ludzie najczęściej wkładają do kopert od 500 złotych w górę". Doszło już nawet do tego, że wytresowani w kopertowym procederze pacjenci dają większe łapówki niż wynosi cena identycznego zabiegu w prywatnej klinice! Artroskopia: łapówka za wykonanie w państwowym szpitalu - 8-10 tys. zł.; prywatna klinika - 1-3,6 tys. zł. Operacja łękotki: 4 tys. zł; prywatnie 1-2,7 tys. Usuwanie żylaków: w łapę 5-8 tys. zł; prywatny usuwa żylaki z obu nóg za 2,8 tys. zł.

Wszystkie te zdumiewające liczby przytaczam za artykułem Magdaleny Grzebałkowskiej "Łapa szpitalna" wydrukowanym w "Magazynie" "Gazety Wyborczej" z 2 sierpnia. Ale choć wynika zeń, że korupcja w szpitalach szaleje jak Dzika Kiełbaska, nigdzie w nim nie uświadczysz nawet najmniejszej aluzji, by może tak wreszcie przystąpić do oczywistej bitwy kuchennej - to znaczy do prywatyzacji państwowej służby zdrowia. Zamiast tego są budujące cytaty z kodeksu etyki lekarskiej, pochwała kolejnej "akcji edukacyjno-uświadamiającej", a dla energicznych i naiwnych - numery telefonów do linii antykorupcyjnej oraz rzecznika odpowiedzialności zawodowej Naczelnej Rady Lekarskiej...

Być może jednak łapówki w szpitalach osiągnęły tak absurdalny poziom właśnie dlatego, bo ludzie z branży doskonale zdają sobie sprawę, że złotonośna kura już niedługo zdechnie i trzeba jeszcze na pożegnanie wycisnąć z niej jak najwięcej. Świadczyłaby o tym także rosnąca aktywność firm skupujących szpitalne długi i odsprzedających je tym, którzy pragną ulokować nadmiar gotowizny w jakimś pewnym interesie.

A interes jest rzeczywiście znakomity! Ustawowe odsetki na dzień dzisiejszy wynoszą 30% rocznie, czyli więcej niż byłby skłonny zapłacić nawet najbardziej rozrzutny kredytobiorca, a jednocześnie są to należności bezpieczne, gdyż - jak to ładnie ujęła jedna z tych firm w swym prospekcie - organy założycielskie ZOZ-ów, samorządy, "nie przejawiają zdolności do upadłości" (podaję za: Tomasz Patora, Marcin Stelmasiak, "Ścieżka zdrowia", "Gazeta Wyborcza" z 11-12 sierpnia 2001).

Zgodnie z obowiązującym prawem również szpitale nie mają "zdolności upadłościowej", więc niewypłacalnemu dłużnikowi można co najwyżej wejść na niebogate konto albo zlicytować menzurki do analizy moczu. Ale podobno w Sejmie już czeka projekt ustawy, który możliwość bankructwa szpitala dopuszcza. To zaś oznacza, że w istocie prywatyzacja szpitali już się po cichu dokonuje, bo kto będzie w odpowiednim momencie miał ich długi (w sumie rachowane na grube miliardy złotych), ten też zostanie ich właścicielem.

Na razie jednak stara priwyczka do państwowego wciąż jeszcze u nas działa. W zachodnich filmach kryminalnych jest regułą, że postrzelony bandyta zostaje natychmiast zawieziony do jakiegoś ustronnego prywatnego gabinetu, gdzie dyskretny lekarz zgrabnie dokonuje operacji, czasem nawet przy okazji odmieniając swemu pacjentowi dla niepoznaki facjatę.

Całkiem w innym stylu zachowali się uczestnicy niedawnego napadu na konwój wiozący utarg z kantoru. Przykro o tym pisać, ale rannego kumpla po prostu podrzucili pod drzwi pewnego poznańskiego szpitala, wydając go bezlitośnie na pastwę państwowej służby zdrowia.

Widać bardziej niż policji bali się leczyć kolegę poza rejonem jego Kasy Chorych. Bo z tą mafią zadrzeć, wiadomo - mogiła.


© Lech Stępniewski sierpień 2001

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny