Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny

 

KARA ŚMIERCI I NIEZBYWALNE PRAWA

LECH STĘPNIEWSKI


Pan Tadeusz Kwiatkowski ogłosił w 2 numerze "Najwyższego CZASU!" z 1997 r. bardzo obszerny i uczony artykuł o karze śmierci. Zgadzam się z większością argumentów tam przedstawionych, natomiast chciałbym zwrócić uwagę na dwa miejsca słabsze i dyskusyjne.

Dla jasności: nie jestem "zwolennikiem kary śmierci". Można być zwolennikiem drużyny piłkarskiej, rannej przebieżki, czy nawet, jak pokazują każde wybory, pierwszej lepszej partii politycznej. W tym wypadku idzie jednak o ustalenie faktu i jeśli kara śmierci rzeczywiście jest - jak skądinąd uważam - w pewnych sytuacjach jedyną karą sprawiedliwą, pozostanie sprawiedliwa nawet wtedy, gdy jej "zwolennicy" ostatecznie znikną, zaszlachtowani przez rzezimieszków znerwicowanych oglądanym w więzieniach programem telewizyjnym.

Jeśli zaś sprawiedliwość mamy na oku, nie należy w ogóle wdawać się - jak to uczynił p. Kwiatkowski - w nie kończące się spory, czy kara śmierci odstrasza "potencjalnych zabójców", czy też nie. Jakiekolwiek "badania empiryczne" nigdy niczego tu nie "dowiodą", choćby z powodu - i p. Kwiatkowski przytomnie na to wskazał - wzajemnego nakładania się na siebie wielu czynników. Np. wzrost liczby zabójstw po zniesieniu kary śmierci można zawsze dowcipnie wytłumaczyć choćby zmianami w promieniowaniu kosmicznym, które wzmogło społeczną agresję, która z kolei weszła ludziom w nawyk, który... etc.

Ale już kilka zdań dalej p. Kwiatkowski uznał jednak, że jeszcze jakoś te "badania" należy pognębić. Odwołał się przeto do "elementarnych praw psychologii" i tak był zadowolony z wyniku, że napisał: "Kara śmierci niewątpliwie odstrasza potencjalnych przestępców i nie ma potrzeby wspierać tego twierdzenia żadnymi badaniami".

Owszem, p. Kwiatkowski logicznie rozumując doszedł do wniosku, że kara śmierci odstraszać musi (jego odstrasza na pewno!), sęk w tym, że nie udowodnił jednocześnie, iż sami przestępcy myślą logicznie! Być może według podręczników psychologii nawet najgłupszy opryszek powinien, przynajmniej z szacunku dla ustaleń nauki, "zastanawiać się poważnie" albo "rozważać prawdopodobieństwo uniknięcia kary". Ja tam bym jednak w tej sprawie zachowywał raczej daleko posuniętą ostrożność. Zupełnie jak ów cadyk, który na widok ujadającego psa wziął nogi za pas. Ależ rebe! - zapytali go potem zziajani uczniowie. - Dlaczego tak uciekamy? Przecież w Talmudzie jest napisane, że żaden pies nie tknie świątobliwego męża. Nu, tak - odparł rebe. - Ale czy pies czyta Talmud?

Kwestia, czy kara śmierci "odstrasza", czy "nie odstrasza", jest jednym z tych pseudoproblemów, którymi zajmuje się lewica patrząca na wszystko z punktu widzenia inżynierii społecznej. W następujących potem burzliwych dyskusjach (ileż doktoratów z tego ciasta upieczono!) mówi się wiele o "obrazie kary w świadomości ludzi", o jej znaczeniu "prewencyjnym i wychowawczym", o "potencjalnych przestępcach" wreszcie, ale prawie nic o przestępcach "aktualnych", którzy już zabili i czekają teraz na osądzenie i sprawiedliwą karę. Tak rzekomo nakazuje "humanizm". Lewica bowiem nazywa humanizmem patetyczne obracanie abstrakcjami, natomiast realnych ludzi traktuje z niejaką abominacją, gdyż psują "ład społeczny".

Powtarzam: sprawiedliwość kary nie ma żadnego związku z jej skutecznością! Jeśli karę śmierci uznajemy za niesprawiedliwą, lecz zachęcamy do jej stosowania, bo "niewątpliwie odstrasza" i pozwala osiągać jakieś piękne "cele społeczne" - to jesteśmy dranie. Jeśli natomiast uznajemy karę śmierci za sprawiedliwą, powinniśmy ją stosować nawet wówczas, gdyby wiadomo było ponad wszelką wątpliwość, że odstrasza ona mniej niż np. dożywocie.

Dlatego martwią mnie urządzane od czasu do czasu z okazji szczególnie odrażających zabójstw demonstracje "zwolenników kary śmierci", których uczestnicy domagają się jej wprowadzenia, "żeby w Polsce było bezpieczniej". Ludzie pojmujący karę nie jako akt sprawiedliwości, lecz jako środek do osiągania pewnego celu: większego bezpieczeństwa, ładu etc., stają się naturalną klientelą lewicy, która w swoim czasie przekona ich, że jakieś inne środki, niekoniecznie sprawiedliwe, np. obozy koncentracyjne, progresywne podatki itp., będą skuteczniejsze, tańsze, bardziej humanitarne, w sam raz dla wrogów ludu itd. Parafrazując Pismo należałoby raczej powiedzieć: róbcie wszystko dla sprawiedliwości, a cała reszta będzie wam przydana.

* * *
Oprócz rozważań o odstraszaniu potencjalnego przestępcy pan Tadeusz Kwiatkowski zapędził się także w rozważania o innych "potencjalnościach". Założył wprzódy, że natura ludzka, "czyli człowieczeństwo nie jest dana jednostce ludzkiej jako coś gotowego. Jest ona nam dana jako swoista potencja" - biologiczna i duchowa. Ponieważ zaś człowiek może się swemu człowieczeństwu sprzeniewierzyć, wynika z tego, "że nie ma takich praw, których człowiek nie może utracić". Eo ipso karę śmierci uznajemy prima facie za dopuszczalną.

W takim poglądzie na naturę ludzką tkwi ziarno prawdy, boć przecie każdy widzi, że człowiek się rozwija: jest najpierw mały, a potem duży, najpierw głupi, a potem mądry (choć czasem bywa i odwrotnie). Ale jeśli miałoby z tego jednocześnie wynikać, że ponieważ człowieczeństwo nie jest dane "jako coś gotowego", więc można być człowiekiem mniej albo więcej, to muszę kategorycznie zaprotestować! Ktoś baaardzo drobiazgowy mógłby też obstawać przy tym, że naprawdę widać jedynie, jak człowiek się zmienia, natomiast nazywając ową zmianę rozwojem, dajemy już wyraz swemu niedowodliwemu przeświadczeniu, iż być raczej dużym niż małym jest bardziej po człowieczemu.

Nota bene to właśnie zwolennicy aborcji chętnie powiadają, że płód jest tylko "potencjalnym człowiekiem", nie całkiem jeszcze gotowym, i np. do trzeciego miesiąca ma w sobie człowieczeństwa wystarczająco mało, by można go było zabić bez specjalnych skrupułów. Płynie stąd wniosek natury ogólnej, że rozprawianie o tym, gdzie i jakie tkwią potencje, łatwo staje się niebezpiecznym, choć pospolitym w filozofii, przywłaszczaniem sobie boskich prerogatyw. Czy jednak można wierzyć filozofom, gdy ogłaszają co i raz, jakie są absolutne przeznaczenia człowieka i świata, skoro to przynajmniej wiadomo na pewno, że nie oni ten świat stworzyli?

Jeśli natomiast skłaniamy się raczej ku przedfilozoficznej wierze, że Stwórca świata "stworzył (...) człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył", to człowiek ma, jak się zdaje, od samego początku niezbywalne prawo, by traktować go właśnie jako człowieka, a to znaczy między innymi - jako istotę wolną i według miary tej wolności. Zalecenie, by człowieka traktować zawsze jako człowieka, nie jest czczą tautologią. Wystarczy tylko uprzytomnić sobie, jak często lewicowi myśliciele mają skłonność, by w przestępcy widzieć przede wszystkim wiązkę stosunków społecznych, produkt patologicznej rodziny, ofiarę "pomroczności jasnej" czy choćby podświadomości. Wszystko to, owszem, usprawiedliwia potem dowolny czyn, lecz zarazem odziera jego wykonawcę z człowieczeństwa, czy nawet z okazji do prawdziwej skruchy - to przecież jakieś abstrakcyjne "społeczeństwo" winno bić się w piersi za to, że go tak niedbale wyhodowało!

Człowiek ma zatem zawsze i w każdych okolicznościach niezbywalne prawo, by być traktowany jak istota obdarzona wolnością i właśnie dlatego może i powinien ponosić odpowiedzialność za swoje czyny. Oczywiście, gdy chodzi o dziecko lub człowieka psychicznie chorego, jest to odpowiedzialność niesłychanie nikła. Takie osoby dostają zazwyczaj klapsa lub zimny prysznic, natomiast człowiek zdolny do zabójstwa z premedytacją powinien spodziewać się, że miara, jaką mu odmierzą, będzie odpowiednio wyższa.

Jeśli bowiem wolny człowiek uzurpuje sobie prawo do rozporządzania cudzym życiem, jest sprawiedliwe, by i jego życie zostało położone na szali. Każda inna kara byłaby w tym wypadku nieuzasadnioną dowolnością. Dopiero gdy za zabójstwo z premedytacją karę śmierci orzeka się obligatoryjnie, prawo przestaje być społecznie zatwierdzonym kaprysem i zaczyna działać na podobieństwo prawa natury. Owszem, zabójca ponosi wówczas surową karę, ale nie bardziej surową niż ta, którą ponosi każdy, kto wychodzi przez okno na dziesiątym piętrze w przeświadczeniu, że może latać.

Niestety - nawet wśród miłośników kina akcji większość w dalszym ciągu aspiruje raczej do tego, by skopać przypadkowego przechodnia, niż zostać Batmanem.


© Lech Stępniewski styczeń 1997

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny