Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny

 

FEUDALIZM Z PUNKTU WIDZENIA JEDI

LECH STĘPNIEWSKI


Szanowny Panie Prezesie! W swym ostatnim felietonie ("Refleksje", "Najwyższy CZAS!" nr 36) napisał Pan, że feudalizm był "zasadą bardzo postępową technicznie", co podobno widać najlepiej "w powieściach i w filmach science fiction - gdzie jak najbardziej powiązani feudalnie cesarz, królowie, książęta, hrabiowie, baronowie latają ponadświetlnymi rakietami i strzelają z najnowocześniejszej broni!!!" Rzeczywiście - latają i strzelają. Niemniej w kręgach rycerzy Jedi teza ta została przyjęta z pewnym sceptycyzmem.

W stosunku do niewolnictwa feudalizm oznaczał, rozumie się, postęp - co ustalili już niezbicie hegliści, marxiści oraz inni krewni i przyjaciele Ducha Dziejów. Czy jednak aby na pewno oznaczał szczególny postęp akurat w dziedzinie techniki? Owszem, coś tam pomalutku wynajdywano, bo tak na ogół w dziejach się dzieje, choć przekonanie, że wynalazków dokonywali wtedy także - jak Pan się wyraził - "prości chłopi", należałoby włożyć raczej między bajki Wielkiej Encyklopedii Sowieckiej o rosyjskim chłopie pańszczyźnianym, co to pierwszy wynalazł samochód i jeszcze tej samej zimy wystrugał go kozikiem z drewna brzozowego dobrze podsuszonego.

Nie ulega też wątpliwości, że mimo niemal tysiąca lat feudalnego postępu, w rzymskich miastach (akwedukty, łaźnie, gdzieniegdzie kanalizacja) z pewnością mniej śmierdziało niż w średniowiecznych. A i żyło się tam w sumie zdrowiej - bez obsesji na punkcie "morowego powietrza". Jeśli zaś idzie o gęstość i jakość dróg, to poziom z czasów Cesarstwa Rzymskiego zachodnia Europa osiągnęła dopiero bodaj w XVIII wieku.

Wynajdywanie czegokolwiek ma w sobie zawsze coś z magii i naturalnie trudno mieć pretensję do ówczesnych ludzi, że nie wynaleźli więcej. Jak jednak wytłumaczyć to, że w tym "postępowym technicznie" ustroju nawet wynalazki już wynalezione przyjmowały się z niepojętymi oporami. Napisał Pan, że "orka koniem była dużym postępem w porównaniu z orką wołami". Czemu zatem chomąto, które ją umożliwiło, używane już ok. r. 800 (rysunek z rękopisu z Trewiru), rozpowszechniło się dopiero w 300 lat później? Czy to jedynie wina nieudanej kampanii reklamowej, czy też spisek hodowców wołów?

Jeszcze stosunkowo nieźle działo się w architekturze. Wiadomo - gotyckie katedry! Ale też nie przesadzajmy. To, co dotrwało do naszych czasów, to jedynie najlepsze egzemplarze - w dodatku nieustannie odnawiane, przebudowywane i reperowane. Budynków waliło się wtedy tyle, że - jak podaje Jakub Le Goff - pod koniec XIII wieku głównym źródłem dochodów architektów stają się "ekspertyzy dotyczące nieodzownych napraw w kościołach". Tajemna i niezawodna wiedza średniowiecznych mistrzów cyrkla i kielni objawi się dopiero po stuleciach w micie założycielskim masonerii.

Nie wiem, czy tych kilka zwięzłych uwag skłoni Pana do jakichś nowych refleksji, odnoszę bowiem wrażenie, że mówiąc o feudalizmie, obaj myślimy o czymś zupełnie innym.

Pan ma przed oczami wyobraźni wizję epoki, w której "jak komuś nie podobał się suweren - to w następnym roku nie składał mu hołdu lennego i wynosił się gdzie indziej". Natomiast w "realnym feudalizmie" hołd lenny zasadniczo składało się tylko raz - dożywotnio! Pamięta Pan tę ceremonię: złożenie rąk, przyklęknięcie, pocałunek w usta... Później, żeby uroczystość stała się bardziej chrześcijańska, dodano przysięgę na Ewangelię albo relikwie jakiegoś świętego. W istocie jednak ten stary rytuał sam miał więcej powagi: dlatego właśnie postawa wasala składającego hołd przyjęła się jako "naturalna" postawa modlitewna.

Oczywiście - ludzkie umowy, nawet najuroczyściej zawarte, bywają łamane. Toteż z czasem wytworzył się rytuał odwrotny: wypowiedzenia hołdu. Odrzucało się wtedy od siebie w obecności drugiej strony złamane źdźbło albo nitkę z płaszcza (symbol znikomości tego, który zawiódł?), aby gest został unieważniony innym gestem. Jednak nigdy nie była to czcza formalność i błahostka; już prędzej - wypowiedzenie wojny! Dlatego frant, który po roku poszedłby sobie precz, bo mu "nie podobał się suweren", mógłby się wynieść co najwyżej do puszczy, by prowadzić tam życie Robin Hooda.

Przy okazji: mylenie 'suwerena' z 'suzerenem', a tego ostatniego z 'seniorem', to częsty błąd zdarzający się nawet historykom. Jeśli złożę hołd redaktorowi Sommerowi, to będzie on moim seniorem, ale nie suzerenem! Gdy jednak z kolei on złoży, w co nie wątpię, hołd Panu, to moim suzerenem będzie właśnie Pan jako senior mojego seniora - czyli senior zwierzchni, senior suzeren.

Myśląc o feudalizmie, ma Pan także przed oczyma wyobraźni epokę, w której "panowały jasne i proste zasady odpowiedzialności, jasne zasady zależności". I znowu: w "realnym feudalizmie" było całkiem na odwrót! Nic bardziej mylnego niż wyobrażanie sobie zależności feudalnych jako przejrzystej, stabilnej piramidki, gdzie na pierwszy rzut oka widać, kto jest na górze, a kto na dole. Nawet czubek tej piramidki często się chwiał, a w środku nierzadko panował prawdziwy mętlik. Zamiast o piramidce należałoby więc prędzej mówić o jakiejś wypiętrzającej się drzewiastej strukturze z wieloma poplątanymi i przesłaniającymi się wzajemnie konarami.

Hołdy lenne traktowano bowiem poważnie (w końcu - zgodnie z obyczajem - stanowiły także zabezpieczenie dla dzieci), ale dużo gorzej przedstawiała się sprawa z respektowaniem zasady, że nikt nie powinien służyć dwóm panom. Już od XI-XII w. upowszechnia się praktyka składania hołdu lennego kilku seniorom: rekordziści potrafili obskoczyć nawet kilkudziesięciu. Wyobraża sobie Pan teraz, co się dzieje, gdy dwóch takich seniorów staje przeciwko sobie; a przecież ich wasal często też ma swoich wasali i często on także nie jest ich jedynym seniorem etc. etc.

Próbowano temu mętlikowi zaradzić wprowadzając specjalny, ważniejszy od innych hołd zwany hołdem lige. Wszystkim seniorom należy dochowywać wiary - głosi zbiór anglo-normandzkich praw zwyczajowych z ok. 1115 r. (cytuję za Markiem Blochem) - "najgorliwsza jednak wierność przystoi temu, wobec którego jest się lige". Ale już wkrótce prawie wszyscy składali wyłącznie specjalne hołdy i w praktyce wasal coraz bardziej przypominał zwykłego najemnika: ostatecznie szedł za tym panem, który dał mu większe lenno.

Nie trzeba też zbytnio wierzyć temu, co społeczeństwo feudalne samo o sobie mówi. Jest niestabilne, więc ciągle odwołuje się do wiecznego porządku; jest nieufne, więc nieustannie przysięga; jest skore do zdrady i knowań, więc na każdym kroku wychwala wierność - ten kruchy węzełek umacniający pajęczą sieć osobistych zależności. I łatwiej wybaczy ojcobójstwo niż zdradę, bo po ojcu się dziedziczy, a więc kontynuuje, a zdrada to rozpad. Pamięta Pan, kogo Dante umieścił w ostatnim kręgu piekła, w paszczy Lucyfera: arcyzdrajcę Judasza, a wraz z nim Brutusa i Kasjusza, zdrajców Cezara.

To właśnie wierność była fundamentem innej, typowo feudalnej cnoty - honoru (jeszcze w dwudziestym wieku pewni ponurzy epigoni wypisywali sobie na pasach: "moim honorem jest wierność"). Honor zaś to skrępowanie i niezależnie od tego, co o nim myślimy, trudno go pogodzić z mentalnością techniczną. Z punktu widzenia człowieka honoru można bowiem robić to tylko, co się godzi zrobić, natomiast ten, kto poprawia dzieło stworzenia, najczęściej kieruje się zasadą odwrotną: godzi się robić wszystko, co tylko można zrobić.

Częstą ambicją ludzi honoru jest też życiowa samowystarczalność (ziemi naszej nie damy i sami się na niej wyżywimy). Stąd niechętnie korzystają oni z usług kupców (wyjątek stanowią drogie, zbytkowne przedmioty podnoszące prestiż) i mają o ich zajęciu niskie mniemanie. Jeśli zatem handel, niezbędny do sprawnego rozprzestrzeniania się wynalazków, wówczas się jako tako rozwija, to chyba nie dzięki nadzwyczajnemu poparciu feudalnej elity, a raczej mimo jej niechęci. Jak Pan zapewne pamięta, nawet "Gwiezdne wojny" zaczęły się od sporu o opodatkowanie szlaków handlowych, przeciw czemu zbuntowała się "chciwa Federacja Handlowa" (w oryginale: greedy Trade Federation). Tak, tak - również w feudalnym kosmosie kupcy to czarne charaktery!

Prawda, jako doświadczony Jedi, który już niejeden laser zużył, muszę przyznać, że właśnie ów feudalny bałagan, honorowe obrażalstwo i nieustanne próbowanie w praktyce, kto jest górą (czyli "latanie i strzelanie"), sprawia, że nasza epoka jest tak ciekawa i tak chętnie filmowana. Ale postęp techniczny? O, nie! Czy zauważył Pan, że od pierwszej do szóstej części "Gwiezdnych wojen" (czyli w ciągu mniej więcej pół wieku) konstrukcja naszych mieczy świetlnych w zasadzie nie uległa żadnej zmianie! Podobno parę lat temu pewien zmyślny Toydarianin (to ci ze skrzydełkami jak trzmiele) skonstruował miecz, którym można by bez trudu razić każdego Sitha z odległości stu metrów, ale Rada Jedi orzekła, że taki sposób walki byłby "niehonorowy" i kazała nam męczyć się po staremu. Niewykluczone też, że to filmowcy, którzy uwielbiają te nasze podskoki, przewroty w powietrzu itp., po prostu dali w łapę staremu Yodzie.

Wydaje mi się, że bardzo podobnie wyglądało to i w waszym, ziemskim feudalizmie: ulepszano bez końca zbroje i miecze, cmokano nad damasceńską stalą, ale kusze uznano już za niegodziwą broń masowej zagłady. Nikomu też nie zależało na upowszechnianiu i ulepszaniu broni palnej, a gdy się już jednak rozpowszechniła - feudalizm rychło szlag trafił. Umiejętności kasty zawodowców od wywijania mieczami przestały bowiem być w cenie, gdy byle prostak po miesięcznym przeszkoleniu mógł swym niedrogim samopałem narobić więcej szkód niż rycerz zapuszkowany w kosztownym pancerzu.

Kończę, bo już akurat pora na mój codzienny trening wywijania, a proszę mi wierzyć - świetlny miecz to diabelstwo, którym łatwiej się zaciąć niż polsilverem przy goleniu.

Niech Moc będzie z Panem przy pisaniu następnych felietonów!

Pański wierny Jedi, Lech Stępniewski


© Lech Stępniewski wrzesień 2002

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny