Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny

 

JAJKO À LA COQUE

LECH STĘPNIEWSKI


Jakiś czas temu Janusz Korwin-Mikke oświadczył bezwstydnie, że nie przypomina sobie, by czytał cokolwiek pióra znakomitego Pisarza naszego Kazimierza Brandysa. Jak tej sztuki dokazał, niestety nie wyjawił, boć przecie Kazimierz Brandys obecny jest od przeszło półwiecza w polskim życiu wszechkulturalnym jako wytworny stylista, a także bezkompromisowy myśliciel. Starsi P.T. Czytelnicy pamiętają zapewne tę odważną scenę w "Obywatelach" (rok 1954), gdy bohater książki zasypia nad "Krótkim kursem historii WKP(b)". Rozumie się, że po czymś takim zatrzęsła się kawiarnia, Bierut podupadł na zdrowiu i październik 1956 nie miał wyjścia - musiał w końcu nastąpić.

Również i dziś od talentu Kazimierza Brandysa wprost opędzić się nie można, Jego najnowsze dzieło zatytułowane "Notatki z lektur i życia" drukuje bowiem regularnie sama "Gazeta Wyborcza". W tej prawdziwej gęstwinie sztuki są i ramotki rzewne, i diamenciki myśli. Nie brak też fascynujących spostrzeżeń, jak chociażby to, że w poniedziałek była u Brandysów na kolację "szynka z sosem chrzanowym i jajko à la coque".

O swych poglądach na życie ma jednak Kazimierz Brandys znacznie ciekawsze rzeczy do powiedzenia:

"Andrzej Kijowski w drugim tomie swojego »Dziennika« napisał o mnie, że sprzymierzyłbym się z diabłem, aby tylko w Polsce nie rządziła endecja. To prawda. Po roku 1945 sprzymierzyłem się z diabłem. Na dziesięć lat".
Endecja nie jest wprawdzie bohaterem mojej politycznej bajki, ale porachujmy chłodno. Niech na jednej szali będzie położone to, co niegodziwego zrobili endecy w ciągu dwudziestu lat międzywojnia. Więcej, wpiszmy na ich konto ofiary wszystkich pogromów, każdego Żyda czy Ukraińca zamordowanego, poturbowanego albo spotwarzonego, dodajmy pałkarzy z kastetami, rozbite szyby - co do jednej - z najmniejszego żydowskiego sklepiku... Każdą podłość, u której korzenia wprawni niuchacze wyczują "endeckie miazmaty", rzućmy na tę szalę.

A teraz na drugiej szali połóżmy ofiary diabła. I żeby dać endekom w tej krwawej grze fory, ograniczmy się do kilku pierwszych lat, gdy diabeł jeszcze wszystkiego w garści nie trzymał i jeszcze czasem chciało mu się na mszę dzwonić. Ale jak by łaskawie (dla diabła) nie liczyć, wciąż wychodzi na to, że zawieranie z nim paktu, byle tylko "nie rządziła endecja", było symptomatem albo głupoty albo nieuleczalnej obsesji.

W tym stuleciu jednak nie tylko z rozmaitymi diabłami paktowano, ale i różnie potem swoje pakty komentowano. Czasem do dziś takie autokomentarze się roztrząsa i surową miarą mierzy ich autorów, o czym świadczy choćby głośna "sprawa Heideggera".

Marcin Heidegger, wielki niemiecki filozof, wkrótce po dojściu Hitlera do władzy wstąpił do NSDAP. Zrazu dał się nawet namówić na przyjęcie stanowiska rektora, ale po roku sam z niego zrezygnował. Nazista był z niego mizerny, specjalnych świństw też nie narobił, ale ponieważ do ostatka płacił składki, po wojnie objęły go rygory denazyfikacji i przez pewien czas miał zakaz wykładania.

Jego krytycy gotowi są mu wybaczyć kilka listów zakończonych rytualnym heil Hitler czy małoduszne usunięcie z "Sein und Zeit" dedykacji dla podpadającego pod ustawy norymberskie Edmunda Husserla. Słynna mowa rektorska z 1933 roku była zaś tak nafaszerowana niestrawnymi abstrakcjami, że aż robi się żal partyjnych bonzów, którzy musieli wysłuchiwać tych nudnych filozoficznych fantazji o greckich początkach swojej rewolucji.

Wszystkich wzburzyło jednak do żywego zdanie, w którym Heidegger z tupetem oświadczył, że nie żałuje swego udziału w ruchu narodowosocjalistycznym, gdyż zawdzięcza mu (zawdzięcza!) cenną wiedzę o istocie dziejowości. Chyba właśnie ten niebywały egocentryzm filozofa ("ilu ludzi warto zamordować - drwiono - by pan Heidegger mógł pisać lepsze książki?") budzi do dziś największe emocje. Gdyby przynajmniej milczał...

Inaczej Kazimierz Brandys: choć służył diabłu znacznie gorliwiej niż Heidegger, o swej przeszłości taktownie milczy. I pewnie dlatego ex-nazistowski filozof nawet pośmiertnie jest jeszcze lustrowany tak, że daj Panie Boże naszym posłom, podczas gdy o przejściach ex-komunistycznego pisarza wspomina się jedynie ze współczuciem i zrozumieniem.

Przepraszam za tę małą mistyfikację - zamieniłem częściowo role. To Heidegger przez resztę życia uparcie milczał, a nie Brandys. Ten ostatni natomiast o swym pakcie z diabłem wspomina w "Gazecie Wyborczej" tak: "Wstąpienie do partii uważam za swój własny błąd, którego nie żałuję, ponieważ zawdzięczam mu wiele cennych życiowych doświadczeń i wiedzę o naturze ludzkiej". Koniec, kropka.

Co pocznie człowiek wyposażony w taką wspaniałą "wiedzę o naturze ludzkiej"? Czy będzie teraz spoglądał na bliźnich z wyrozumiałością i łagodnością? A może zacznie wybaczać im ich "własne błędy"? O święta naiwności!

Oto w jednym z odcinków "Notatek z życia i lektur" Kazimierz Brandys cytuje Bohdana Cywińskiego, który napisał: "Prasa donosi, że Kneset żąda wstrzymania beatyfikacji Piusa XII. Byłem skłonny myśleć, że nie zdziwi mnie już żaden przejaw tamtejszej bezczelności, ale nie doceniłem skali tej cholernej hucpy".

"Od dawna nie czytałem tekstu pisanego w takim stylu" - smuci się natychmiast doświadczony znawca ludzkiej natury. "Od jak dawna - chyba od roku 1968. W prasie moczarowskiej do ostatniego tchu używano podobnego języka" - donosi dla jasności. No i wiadomo już, co myśleć o Cywińskim, skoro ów "rok 1968" uchodzi w oczach "ludzi rozumnych" za szczyt PRL-owskiej ohydy (jedni komuniści potraktowali innych komunistów niczym zwykłą niekomunistyczną swołocz!), a też jak PRL długi i szeroki nie było nigdy gorszej prasy niż "moczarowska".

Żeby zaś niegodziwy postępek Cywińskiego ostatecznie zbrzydzić, puszcza się Kazimierz Brandys i na takie śmiałe rozumowanie: "Słowa «bezczelność» i «cholerna hucpa» zostały przez Cywińskiego użyte w stosunku do Knesetu, parlamentu Państwa Izrael, reprezentującego naród, który dał światu dziesięcioro przykazań, Biblię i Chrystusa".

Cóż, przed potęgą talentu czasem wprost ręce opadają. Wprawdzie niektórzy (pobożnych żydów nie wyłączając) wciąż jeszcze utrzymują, że to nie Żydzi, lecz Bóg dał ludziom i dziesięcioro przykazań, i Biblię, ale widocznie Kazimierz Brandys wierzy dziś raczej w naród. Jeśli zaś idzie o Chrystusa, to, owszem, można by się i z tym poniekąd zgodzić, że w pewnym sensie właśnie naród żydowski Go "dał światu", ale, wstyd przypominać, ostatecznie dał raczej w nie najlepszym stanie...

Jednak nie dziarskie narodowotwórcze akcenty w argumentacji Brandysa mnie urzekły - bo chętnie ustąpię, że z tymi Żydami, to tylko taka artystyczna przenośnia; że nie Żydzi dali, ale że Bóg dał za pośrednictwem Żydów etc. - lecz jej swoista logika.

W przeciwieństwie do Bohdana Cywińskiego mało mnie interesuje, co się głupiego wyrabia w Knesecie, bardziej - co się wyrabia w polskim sejmie. I nic nie poradzę, że także w tym wypadku określenia "bezczelność" i "cholerna hucpa" same cisną się na usta. Ale czy takie słowa mogą zostać użyte - myślę teraz po Brandysowemu - w stosunku do parlamentu Rzeczpospolitej Polskiej, reprezentującego naród, który dał światu Kopernika, Chopina i Marię Curie-Skłodowską na dokładkę? Ma się rozumieć - nijak nie mogą! Doprawdy, w podzięce za tę dowcipną idejkę parlament nasz powinien chyba co rychlej zafundować Kazimierzowi Brandysowi przynajmniej sejmowe wydanie dzieł zebranych.

Kazimierz Brandys zaś nie byłby wielkim pisarzem, gdyby wątków pięknie rozpoczętych nie doprowadził do szczęśliwego zakończenia. Dowiadujemy się więc z rozkoszą, jaką daje głębokie poznanie natury ludzkiej, że ułomności w stylu Bohdana Cywińskiego stąd się biorą, iż "antysemityzm (...) to jest rodzaj choroby". Także zagadka poniedziałkowego "jajka à la coque" znajduje swoje ostateczne rozwiązanie w notatce uczynionej w piątek wieczorem: "Co do jajka à la coque, to jest po francusku jajko na miękko".

Takie to i subtelne pisarstwo - z jajami, ale zawsze na miękko...


© Lech Stępniewski styczeń 2000

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny