Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny

 

MIĘDZYNARODÓWKA HOMOSIÓW

LECH STĘPNIEWSKI


Nasi rozmarzeni politycy wciąż jedynie opowiadają o przyszłych rozkoszach, jakich zaznamy dzięki obłapce z Europą, gdy tymczasem ludzie zaradni od dawna jednoczą Europejczyków własnym przemysłem mając z tego już dziś i rozkosz, i pieniądze. Jak się właśnie okazało, skromna jednoosobowa agencyjka ze Szczecina potrafiła w niedługim czasie zbliżyć do siebie circa 1000 mieszkańców naszego kontynentu a nawet bodaj dalekiej Kanady. Wprawdzie wyłącznie mieszkańców jednej płci, ale za to bez żadnych ulg, kontyngentów czy dotacji z budżetu!

Pominę szczegóły, bo trąbią o nich wszystkie gazety, chcę natomiast zwrócić uwagę na dwie rzeczy. Po pierwsze - "działania operacyjne" kolejny raz przeprowadziła telewizja a nie policja, co mnie osobiście bardzo cieszy, gdyż oznacza, że opłaty za abonament nie są jednak, wbrew opinii złośliwców, przepuszczane wyłącznie na głupstwa. Po drugie - od samego początku określa się tę aferę mianem sprawy "pedofila ze Szczecina", zamiast powiedzieć otwarcie, że oto przypadkiem udało się ujawnić jedną z wielu agend rozległej międzynarodówki homosiów.

Oczywiście, "pedofil" i "homoseksualista" to z medycznego punktu widzenia absolutnie nie to samo, ale choć oba terminy odsyłają do różnych definicyj w podręcznikach seksuologii, praktyka bywa nieco bardziej skomplikowana. W świetle polskiego prawa pedofilem jest właściwie każdy, kto "dopuszcza się czynu lubieżnego względem osoby poniżej lat 15" - również za jej wyraźną zgodą. Formalnie zatem pod ten sam paragraf podpada psychotyczny amator nieświadomych niczego pięcioletnich dziewczynek, jak i zwykły uwodziciel chłopców, którzy jeszcze się co prawda nie golą, ale już słyszeli o tym i owym. W końcu postęp teraz taki, że wystarczy obejść pierwszy lepszy kiosk, by mieć o życiu wiedzę, jaką niegdyś miewali jedynie bardzo zużyci rozpustnicy.

Według uczonych mężów, dla klasycznego pedofila płeć dziecka nie ma wielkiego znaczenia, gdyż "właściwą podnietę seksualną" stanowi w tym wypadku ciało "wykazujące cechy niedojrzałości" i pełniące rolę swoistego fetysza. Z tego powodu niektórzy seksuolodzy nawet wprost zaliczają pedofilię do szeroko pojętego fetyszyzmu. W Szczecinie jednak rolę fetysza pełniły, zdaje się, głównie dojczmarki, płeć zaś była do wyboru jak niegdyś kolor Forda T: dowolna, pod warunkiem, że będzie to płeć męska.

Na takie dictum uczeni mężowie powiadają po namyśle że, owszem, można być "pedofilem" i "homoseksualistą" naraz. To znaczy lubić ciała "wykazujące cechy niedojrzałości", ale jednak określonej płci - mianowicie własnej. Wszak chłopczyka od dziewczynki da się odróżnić nawet w niemowlęctwie. Co istotne, o ile w całej populacji homoseksualiści stanowią obecnie najprawdopodobniej ok. 2-5% (choć geje-fanatycy upierają się czasem i przy 10 procentach), o tyle wśród pedofilów jest ich aż 20-30%! Przy tym są oni znacznie aktywniejsi i dlatego w grupie ofiar już zdecydowanie przeważają chłopcy (ok. 75%). Wielka "ciemna liczba" w tych sprawach skłania naturalnie do nie kończących się polemik i zaprzeczeń, ale powinowactwo między homoseksualizmem a pedofilią (prawnie pojmowaną!) wydaje się znaczące. Lud zaś bez żadnych badań wie od dawna, że - przepraszam za zgrzebny język ludu - "pedała ciągnie do młodych chłopaków". Młodzież zaś dojrzewa teraz wcześnie i wyjątkowo bezpruderyjnie.

Według badań wykonanych na tyle dawno, by oddalić podejrzenie o postępowe matactwa, jedynie 5% homoseksualistów to zdeklarowani pedofile. Jest to wprawdzie odsetek wyższy niż wśród heteroseksualistów, lecz niezbyt imponujący. Natomiast aż 45% homosiów lubi młodzieńców w okresie "między początkiem dojrzewania a pojawieniem się pierwszego zarostu" (czyli mniej więcej 12-16-letnich). Nazywa się to ładnie efebofilią, co kulturalnym homosiom kojarzy się pewnie z Grecją i ucztą u Agatona. Właśnie takich efebów umieszczał w swych kartotekach pan "pedofil ze Szczecina", posługując się, podkreślmy, polskim - jak można było dostrzec w TV - programem komputerowym. To jednak krzepiące, że mamy nie tylko dorodną młodzież, ale i dobrze napisane programy: co by też powiedziała Europa, gdyby nagle padła u nas baza pełna tak podniecających danych!

Obawiam się jednak, że na wieść, iż Niemiec przeglądał polskie dzieci "w komputerze", ciemne kręgi naszego społeczeństwa mogą zareagować jeszcze bardziej alergicznie. Wiadomo, dyskietki to dziś w każdym porządnym filmie z mordobiciem znak działania mafii albo łobuzów z rządu. Wystarczy teraz tylko ziarnko prawdopodobieństwa, okruszek prawdy...

A ziarnko właściwie już jest. Ludzie oglądają wielkie parady homoseksualistów (tak kiczowate, że homoś Leonardo da Vinci spaliłby się ze wstydu), słyszą o akcjach organizacji gejowskich, o politycznych żądaniach i naciskach. A potem zastanawiają się: kim są ci, którym wolno bezkarnie obrażać cudze świętości i mają moc czegoś tam żądać od rządów? Czasem komuś wpadnie w rękę gejowski "przewodnik" z adresikami, kogoś innego zadziwi rozległość międzynarodowych kontaktów. Do tego teraz jeszcze ta szczecińska dyskietka!

Sami homoseksualiści zaczynają chyba rozumieć, że organizując się tak dobrze - przedobrzyli. Rzewne opowieści o prześladowanej "mniejszości seksualnej" budzą już tylko niechęć, a "mniejszość" coraz częściej bywa postrzegana jako swoista międzynarodówka, mafia, która w dodatku, jak to mafia, kierując wszystkim, musi również odpowiadać za postępki wszystkich swoich członków.

Być może z tego właśnie powodu następuje obecnie kolejna zmiana strategii w objaśnianiu homoseksualizmu jako zjawiska. W czasach, gdy za "obcowanie z mężczyzną" groziło więzienie, jedynym ratunkiem wydawało się uznanie upodobań homoseksualnych za chorobę, choćby nawet i psychiczną. Homoseksualistów nie należy karać, ale leczyć - powiadano. Znamienne, że podejście to podobno przynosiło nieraz owoce. Jeszcze w latach sześćdziesiątych trafiali się lekarze twierdzący, że udało im się kogoś z homoseksualizmu wyleczyć całkowicie. Niektórzy chwalili się nawet 50% skutecznością!

Nadeszły jednak czasy kontrkultury; czasy, kiedy wierzyło się jarmarcznym szalbierzom i z uszanowaniem wysłuchiwało opowieści wariatów. Nic więc dziwnego, że organizujący się ruch gejowski od argumentów medycznych wolał względność prawdy, samorealizację i tym podobne androny. Głoszono wówczas, że homoseksualizm jest równie dobrą jak heteroseksualizm swobodną ekspresją osobowości (czyli w gruncie rzeczy rezultatem wolnego wyboru). Gejów nie należy więc leczyć, ale akceptować. Ponieważ organizacje gejowskie szybko zostały zaakceptowane w grze wyborczej przez lewicę, w naukowych księgach zaczęto natychmiast podkreślać, że homoseksualizm nie jest żadną chorobą kwalifikującą się do leczenia, a wkrótce potem zniknął on z szacownego rejestru chorób WHO.

Dzisiaj akceptacja homoseksualizmu rzadko bywa tak neoficko naiwna i bezwarunkowa. Geje nie bardzo mają już o co walczyć, więc raz puszczona w ruch energia obraca się coraz częściej w agresję skierowaną przeciw reszcie świata - zwłaszcza tej obrzydliwie konserwatywnej i religijnej. Również zaślepiony polityczną poprawnością zgiełk wokół AIDS wywołał w efekcie więcej wrogości do gejów niż spodziewanego współczucia.

Trzeba jednak trafu, że spolegliwi uczeni z amerykańskiego National Institute of Health akurat teraz odkryli u wielu homoseksualistów obecność unikalnego fragmentu DNA w matczynym chromosomie X. Cóż za ulga! Homoseksualizm (męski! - skąd się biorą lesbijki uczeni z NIH jeszcze nie wykombinowali) nie jest więc wynikiem jakiegoś rozbrykania moralnego ani też absorbującą chorobą, na którą lekarze mogliby próbować ordynarnie przepisywać pigułki. Homoseksualizm jest po prostu uwarunkowany genetycznie! Jest przeznaczeniem zapisanym w genach niczym w wielkiej księdze Kubusia Fatalisty.

Wydaje się wszakże jakby sami geje jakoś nie całkiem w tę piękną i wygodną teorię wierzyli. W praktyce skłaniają się oni bowiem chętniej ku dawnym, przedpostępowym poglądom, wedle których zachowania homoseksualne są w dużej mierze wyuczone i powstają wskutek odpowiednich (czy też raczej - wybitnie nieodpowiednich!) doświadczeń w okresie dojrzewania. Również w Szczecinie nie zawracano sobie głowy jakąś tam genetyką, skupiając się rozsądnie na żmudnej pracy u podstaw wśród młodego narybku w myśl niezapomnianej dyrektywy, że "kadry decydują o wszystkim". Gdy zaś wytężona praca przyniesie w końcu owoce i kadry rzeczywiście rozrosną się do tych upragnionych 10% homosiów w populacji, przyjdzie czas, by pomyśleć np. o partii politycznej. A wtedy - w obliczu takich uciech! - zapewne nawet niejeden Don Juan poczuje raptem dziwną awersję do kobiet.

Na razie homoseksualiści, czy to z wyboru, genetyki, czy też z uwiedzenia, na ogół oświadczają skromnie, że nie chcą dla siebie żadnych względów. Przeciwnie - pragną być wreszcie traktowani "jak inni ludzie". Dlatego pewien popłoch wśród biskupów wywołała prośba grupy gejów i lesbijek, by Episkopat powołał dla nich specjalne duszpasterstwo. Pomysł ten miano nawet "rozważyć", ale, chwała Bogu, na ostatniej Konferencji Episkopatu Duch Święty, widać, nie popuścił i prośbę stanowczo odrzucono.

Bo i rozważmy. Jeśli homoseksualizm jest po prostu - jak twierdzi wielu gejów - jednym z równoprawnych upodobań seksualnych, to równie dobrze można by domagać się od Kościoła ustanowienia duszpasterstwa dla mężczyzn lubiących blondynki. Msza we własnym gronie, gdzieś w tle może nawet obraz z blond Matką Boską...

Jeżeli natomiast homoseksualizm jest uwarunkowany genetycznie, to - wbrew pozorom - nawet wtedy chrześcijanin-homoseksualista nie znajduje się w jakimś osobliwym położeniu. Znane jest na przykład genetyczne podłoże pewnych postaci otyłości: człowiekowi chce się jeść wprost okropnie i wiele wysiłku kosztuje go, by nie popadać nieustannie w grzech główny obżarstwa. Czy jednak z tego zaraz wynika, że Episkopat powinien ustanowić osobne duszpasterstwo dla wiernych z dużym apetytem?

To już jednak zapatrzonym w swoją seksualność homosiom do głowy nie przychodzi. I pomyśleć, że dawno temu homoś Platon zrobił tyle dobrego dla logiki!


I JA JESTEM KOCHANY! NIESTETY - INACZEJ...

Mój artykuł o "Międzynarodówce homosiów" spotkał się niespodziewanie z bardzo ciepłym przyjęciem ze strony P.T. homosiów-internautów. Otrzymałem oto niedawno pocztą elektroniczną aż 19 (dziewiętnaście!) zwięzłych i jednobrzmiących listów, których nadawca proponuje umieszczenie swego organu płciowego w pewnym moim otworze naturalnym, używanym przeze mnie wyłącznie w związku z końcowymi procesami trawiennymi. Z konieczności muszę więc propozycję tę delikatnie - by nie ranić uczuć mego adoratora - acz stanowczo odrzucić. Pochlebia mi ona jednak, gdyż rozumiem, że jest to najwyższy możliwy wyraz uznania ze strony postępowych płciowo środowisk.


© Lech Stępniewski grudzień 1996

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny