Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny

 

"SZARPAJMY CIAŁO NA SZTUKI..."

LECH STĘPNIEWSKI


Gdy przyjrzeć się temu, co się teraz wyrabia ze śp. Zbigniewem Herbertem, można dojść do wniosku, że rozsądny poeta powinien przed śmiercią podpalić swoje biurko i otruć żonę oraz wszystkie kochanki. Na dobry ład lista proskrypcyjna powinna być zresztą znacznie dłuższa...

Jak doniosła "Rzeczpospolita", podczas przeglądu twórczości Zbigniewa Herberta, który odbył się na początku grudnia ubiegłego roku w Kołobrzegu, pewna znana pannica z telewizji (niech imię jej będzie zapomniane) rozmawiając z wdową "mówiła o poecie per «Zbyszek»" i starym książkom poety nadawała nowe tytuły. Schodząc ze sceny po tej rozmowie, pani Katarzyna Herbert potknęła się na schodach i potłukła. Podobno niegroźnie, ale ponieważ niedługo potem w "Gazecie Wyborczej" ukazał się z nią zdumiewający wywiad, szeroko później komentowany, widać, jak lekkomyślne potrafią być nieraz diagnozy.

Z owego wywiadu wynikało, że Herbert przez ostatnie lata swego życia właściwie nie bardzo wiedział, co mówi i robi, przyciśnięty brzemieniem choroby - psychozy maniakalno-depresyjnej, na którą cierpiał od 1967 roku. W chwilach zdrowia kochał Adama Michnika (nb. pani Herbert z upodobaniem mówi o nim per "Adam") i "gotów był dać się za niego porąbać", natomiast w trakcie napadów zamieniał się - niczym doktor Jekyll - w ohydnego, jaskiniowego prawicowca. "Znalazł się w świecie, do którego przecież nigdy nie należał. Już nad tym nie panował".

Musi to być bez wątpienia prawda szczera, bo z dawien dawna wiadomo, że jedynie żony poetów - nawet z tych, co to "ugotuje, upierze, porobi zakupy" - rozumieją, co ich ślubny rzeczywiście "miał na myśli". Jak ujął to zgrabnie Jacek Żakowski: "Wojna o Herberta już trwa [...]. Ale tylko Pani może powiedzieć, kim on był naprawdę".

Stawiałoby to wprawdzie pod znakiem zapytania sens istnienia krytyki literackiej, tych wszystkich wymądrzających się gryzipiórków, redaktorków etc., w wypadku, gdy żona poety jeszcze trzyma się zdrowo, ale może i im coś na pociechę skapnie, bo, okazuje się, nawet żona się nie rozerwie i nie może zawsze mieć męża na oku. "- Widziała Pani, jak ten tom [Pan Cogito] powstawał?" - Wie pan, że nie mam pojęcia."

Także przedmałżeńska biografia poety trochę się żonie wymyka. "Wie pan, że jako dwudziestoparoletni chłopiec zgłosił się nawet na próbę do klasztoru w Tyńcu. Szukał tam jakichś przeżyć". Miał też wcześniej "jakieś przeżycia" z innymi kobietami, a listy do podobno najważniejszej z nich, Muzy, każdy teraz może sobie poczytać, bo wydało je w Gdyni niejakie "Małgorzata Marchlewska Wydawnictwo".

Jest to książeczka przeznaczona chyba głównie dla wrażliwych niewiast, bo zaopatrzono ją w telenowelowy podtytuł "Prawdziwa historia nieskończonej miłości", ale żona twierdzi inaczej. "Przecież on jej opisywał filozoficzne problemy, które go rozsadzały. To jest - poza wątkiem miłosnym - pamiętnik intelektualny. Jak listy Kierkegaarda do jego ukochanych".

Herbertowa Regina (czy jak kto woli - Maryla) nazywa się Halina Misiołek. Listy do niej to jednak nie żaden "pamiętnik intelektualny", lecz proza wybitnie użytkowa, ekonomią stylu i myśli czasem bliska wpisom do książki życzeń i zażaleń. Próżno też szukać tam "rozsadzających" problemów filozoficznych. Natomiast z Kierkegaardem ma ta książeczka tyle wspólnego, że za jej wydanie wzięli się zaiste jacyś niefrasobliwi kierkegaardyści, pomni na uwagę z "Albo - albo", że "błąd drukarski nie jest rzeczą do pogardzenia".

Ponieważ sam Herbert nie korzył się bałwochwalczo przed regułami ortografii (o czym przekonać się można choćby ze skrzydełka pierwszego wydania "Epilogu burzy") trudno rozsądzić, czy pisownia "Rimbouda" (zamiast "Rimbauda"), Merlin Monroe (zamiast "Marilyn"), "Budeenbrów" (zamiast "Buddenbrooków"), Aldows Huxley (zamiast "Aldous") to są jego wynalazki, czy też dzieło "Małgorzaty Marchlewskiej Wydawnictwa". Zamieszczone facsimile upewniło mnie wprawdzie, że Herbert pisał "Gomółka" (zamiast "Gomułka" - był kiedyś taki "działacz robotniczy", nie mylić z Mikołajem Gomółką, wybitnym kompozytorem). Trudno mi jednak uwierzyć, że pisał "Lichmak" (zamiast "Lichniak"), "Fleszer" (zamiast "Flaszen"), "Gisley" (zamiast "Sisley"), "Lukars" (zamiast "Lukacs"), "Chmarowski" (zamiast "Chrzanowski"), czy "Tysowicz" (zamiast "Turowicz").

O nikczemnym poziomie edytorskim tej książczyny najwymowniej jednak świadczy fakt, że Henryk Elzenberg, wielki polski filozof i najważniejsza osoba w rozwoju duchowym Zbigniewa Herberta, występuje w niej jako "Henryk Ehenberg"! Nie słyszeli?!!!

Nikomu też, ani kochance poety, ani wydawnictwu, nie chciało się nawet poustawiać listów we właściwej kolejności. Część listów niedatowanych została hurtem upchnięta między rokiem 1962 a 1980. Stąd np. powstaje wrażenie, że ów list z "Tysowiczem", pochodzący najpewniej z roku 1957, jest o 20 lat późniejszy.

Ale również odczytania istniejących dat są czasem ewidentnie mylne. W liście z, rzekomo, 12 marca 1951 roku Herbert, chyba w napadzie jasnowidzenia, wyznaje, że marzy już od dawna o zapoznaniu się z dramatami Becketta i wybiera się do Słonimskiego "w sprawie stypendium i mieszkania". Słonimski w marcu 1951 był bodaj jeszcze na emigracji, prezesem ZLP, czyli od rozdawnictwa "stypendiów i mieszkań", został zaś dopiero po październiku 1956. Ot, ktoś przeczytał w dacie "7" jako "1" i zrobiło się wesoło, bo - to znowu Kierkegaard - "żart stworzony przy pomocy omyłki w druku może być znakomitym sposobem stania się dowcipnym".

W postscriptum do ostatniego listu w tej książce, z marca 1997 roku, Herbert pisze: "Mam trochę wyższe aspiracje niż korekta". Teraz okazuje się, że niektórzy wzięli to za przedśmiertne przesłanie poety do swoich wydawców...


© Lech Stępniewski styczeń 2001

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny