Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny

 

NOWE GRY UMYSŁOWE

LECH STĘPNIEWSKI


Życie umysłowe i artystyczne wre. Do tegorocznej brytyjskiej nagrody Turnera nominowano m.in. arcydzieło pewnego konceptualisty-minimalisty zatytułowane: "Pusta sala z dwoma migającymi światłami na suficie". Nb. artysta ów ma już w swym dorobku kartkę papieru zgniecioną w kulkę. Jak dotąd nie słychać, by czynił to samo z banknotami, które wyłudza - co jest skądinąd najlepszym dowodem, że to jednak nie wariat.

"Oni tolko pritworiajutsa bolnymi ili bezumnymi, wsio zdorowyje mużiki... oni tylko udają chorych i obłąkanych, wszystko zdrowe chłopy" - mawiał podobno o przedrewolucyjnych rosyjskich dekadentach i symbolistach Antoni Czechow. W każdym razie tak twierdzi Jerzy Stempowski w zbyt rzadko dziś czytywanym eseju "Chimera jako zwierzę pociągowe". Tyle o sztuce.

Z kolei wspaniała nauka współczesna działa już niemal jak fast food. Chcesz hamburgera z soi? Dostajesz hamburgera z soi. Chcesz zimnego hot-doga? Dostajesz zimnego hot-doga. Sprawnie, na czas, bo życzenie klienta jest prawem. Od pocztowego wąglika nie zdążył zemrzeć nawet tuzin Amerykanów, a już bystrzy amerykańscy naukowcy z Narodowego Instytutu Zdrowia ogłosili odkrycie cud-lekarstwa chroniącego nie tylko przed wąglikiem, ale w ogóle przed wszystkimi zarazkami.

Lekarstwa jako takiego, ma się rozumieć, jeszcze nikt na oczy nie widział; na razie zdrowe jak konie robią się od niego tylko laboratoryjne myszy. Ale naukowcy są bardzo dobrej myśli i obiecują, że już niedługo bioterroryści będą mogli nam jedynie nagwizdać. Dotacji - których grzech byłoby na tak szlachetny cel poskąpić - z pewnością również nie zamierzają zwinąć w kulkę. Tyle o nauce.

U nas natomiast życie umysłowe koncentruje się obecnie na dużo poważniejszym problemie; mianowicie, jak zwinąć ciułane latami banknoty w tak małą kulkę, by nie dojrzał jej premier Belka. "Pomysłowość ludzka nie zna granic" - powiedział niedawno optymistycznie prezes Związku Banków Polskich, Andrzej Topiński - "dzięki czemu może powstaną zupełnie nowe, nieznane dotąd, instrumenty".

Prezesowi Topińskiemu nie chodziło naturalnie o wynalezienie jakiejś nowej odmiany puzonu, lecz o "instrumenty bankowe", to znaczy o sposobiki, jakby tu, panie, ten-tego, żebyśmy wyszli na swoje. Wszyscy bowiem już wiedzą, że nieubłagany premier Belka ma zamiar w przyszłym roku chodzić po bankach i zabierać piącinę z tego, co nam tam, nie za obficie przecież, wyrośnie. Czym to się skończy, nie wiadomo. Ja ze swych lat szkolnych pamiętam jeszcze, że kiedy w dawnych, ciemnych wiekach Kościół gnębiąc chłopa chodził mu po polu i zabierał ledwie marną dziesięcinę, lud reagował na to nerwowo i rozglądał się za Robin Hoodami. A o tych u nas teraz nietrudno, choć na pierwszy rzut oka widać, że nie Hoodzi oni, a raczej tłuści. Będą zaś jeszcze tłustsi.

Kiedy premier Belka po raz pierwszy wspomniał o planach wprowadzenia bankowej piąciny, blady strach padł na cudną polską ziemię, bo niektórzy już wyobrazili sobie, jak z ich kont, lokat etc. znika po Nowym Roku co piąta złotówka. Dlatego teraz powszechnie mówi się o opodatkowaniu zysków z oszczędności. Nie jest to do końca prawda, gdyż konta w wielu bankach już są oprocentowane poniżej stopy inflacji, czyli trudno mówić w tym wypadku o jakimkolwiek zysku, a płacić nową daninę trzeba będzie i tak. Racjonalne wydaje się zatem utrzymywanie na takim koncie jak najniższego salda, a nawet minimalnego debetu.

Ponieważ zaś przeciętni ludzie akurat z kontami mają najczęściej do czynienia, oznacza to, że znowu będą zachęcani do nabierania nawyków dobrze znanych z poprzedniej wersji obecnego ustroju: pieniądze najlepiej szybko wydać co do grosza; jeśli już odkładać, to raczej w dolarach i w skarpetce etc. Dla biednych jest to strategia racjonalna i zarazem samobójcza - gwarantuje, że wprawdzie nie zginą, ale też z pewnością nie przestaną być biedni. To już zresztą nie te czasy, gdy dolar zainwestowany przez najodważniejszych w prywatny handel zagraniczny dawał kilkukrotne przebicie.

Bogaci oczywiście jakoś sobie poradzą - to właśnie z myślą o nich banki szykują te rozmaite "nowe, nieznane dotąd, instrumenty". Że taka sprytna nowość kosztować musi, rozumie się samo przez się. Do tego dochodzą koszty banków związane z poborem nowego podatku, co wymaga ekspresowego dostosowania wielu programów komputerowych. Nie jest to może aż "problem roku 2000", ale zapewne wielu informatyków już czuje słodki dreszcz nowej przygody. A kto za to zapłaci? Zgadnij, koteczku - jak pisywał nieodżałowany Kisiel.

Do gry na "nowych instrumentach" chętne są także fundusze inwestycyjne. Ale o tym, czy pierwsze skrzypce będą grały one, czy też banki, zadecyduje dopiero niewidzialna ręka sejmu, to znaczy szczegółowe zapisy w projektowanej ustawie. Wtedy - jak spokojnie zauważa prezes firmy PPE Konsultanci, p. Maciej Rogala - "przekonamy się, które lobby było silniejsze".

Na razie pomysłami sypią banki, gdyż wedle wszelkich znaków na niebie i ziemi piącina nie obejmie odsetek od lokat założonych przed opublikowaniem nowej ustawy podatkowej. Zdrowy instynkt podpowiada zatem, że lokata taka powinna być jak najdłuższa. Marian Fuks w swych "Żydach w Warszawie" wspomina o pewnym dobroczyńcy, który pod koniec XIX wieku z myślą o przyszłych sierotach, wdowach, podupadłych kupcach etc., zdeponował w banku pięćset rubli "na wysoki procent na okres 120 lat". Na "120 lat" co prawda nikt niczego zdeponować dziś się nie odważy, bo już minął, niestety, dzikiego kapitalizmu wiek złoty, ale jeden z banków zaproponował swoim klientom z kategorii private banking lokatę 30-letnią (sic!), z której w dodatku w każdej chwili można coś uszczknąć nie tracąc przy tym naliczonych odsetek.

W innym banku na wszelki wypadek postanowiono należne odsetki wypłacać już przy zawarciu umowy, zgodnie z przysłowiem, że lepszy wróbel w garści niż skowronek po opodatkowaniu. Wadą tego pomysłu jest stałe - i wskutek tego niewysokie - oprocentowanie lokaty, bo trzeba z góry policzyć, ile się komu należy, natomiast zaletą przezorność: wiadomo bowiem, że niczyje życie i mienie nie jest bezpieczne, gdy obraduje sejm...

Sejm zaś rzeczywiście nie próżnuje. Komisja finansów publicznych już na wstępie zmieniła pierwotny zapis w projekcie ustawy głoszący, że podatek będzie pobierany "z odsetek od środków pieniężnych zgromadzonych na rachunku podatnika". Wedle nowych ustaleń ma on być pobierany od odsetek i innych przychodów pieniężnych "zgromadzonych na rachunku podatnika lub w innych formach oszczędzania, przechowywania lub inwestowania". Ponieważ w pojęciu "to i/lub inne" zawiera się literalnie wszystko, kij i/lub inny przedmiot pełniący rolę kija zawsze się na podatnika znajdzie.

Nie próżnuje również czcigodny Senat Rzeczpospolitej. Niewykluczone, że ci, którzy właśnie założyli w banku wieloletnie "antypodatkowe" lokaty (nb. z powodu przebiegłości bankowców w wielu wypadkach wcale znowu nie tak atrakcyjne!), srodze się zawiodą. W senackich poprawkach zapisano bowiem, że zwolnienie podatkowe nie będzie przysługiwać, gdy umowa z bankiem "przewiduje możliwość wypłaty całości lub części kapitału, w tym z tytułu skapitalizowanych odsetek zgromadzonych przez podatnika w trakcie trwania umowy". Prawie na pewno zaś zawiodą się ci, których fundusze inwestycyjne skusiły planami systematycznego oszczędzania (opartymi na zasadzie: umowa dziś, pieniądze jutro, a potem jeszcze choćby i przez sto lat, jeśli tylko zdrowie dopisze). Senatorzy nie bawili się tu już w żadne rafinady i wprost dopisali do ustawy, że "zwolnienie nie dotyczy dochodów uzyskanych w związku z przystąpieniem podatnika do programu oszczędzania z funduszem inwestycyjnym bez względu na formę tego programu". Okrutnicy! Zaiste, słusznie mawiali starożytni: senatores boni viri, senatus mala bestia!

Nic dziwnego, że podczas wizyty w senacie rozbestwił się i skromny premier Belka. Najpierw surowo zganił banki za to, że wymyślając "nowe, nieznane instrumenty" zachowują się "jak harcerze na podchodach". A w końcu niczym jakiś nowy Słowacki ("Smutno mi, Boże...") pochylił się z troską nad nierozumną ludzką krzątaniną: "Smutno mi, że część pieniędzy odpływa do sprytnych lokat, które potem my wraz z wiceminister finansów Ireną Ożóg kasujemy jedną po drugiej".

Ale pojedynek intelektualny jeszcze trwa i toczyć się będzie najpewniej aż do końca listopada. Teraz kolej na ruch banków - wszak "pomysłowość ludzka nie zna granic". I tylko żal, że znów tyle tęgich mózgów napina się, by bohatersko przezwyciężać trudności, które same sobie nawzajem stwarzają. Czy można jednak spodziewać się czegoś innego po ustroju, który nadal funkcjonuje wedle zasady: niech przepadnie 10 złotych, byle do budżetu-Molocha wpłynęła złotówka.

"Takie były zabawy, spory w one lata". Kto wie, może to już też "ostatni zajazd" i po tym wspaniałym pojedynku naszych konceptualistów-minimalistów wszyscy ockniemy się pewnego dnia w "pustej sali z dwoma migającym światłami na suficie". A ostatni zgasi nawet i to światło.


ARGENTYŃSKIE TANGO

Nie wykluczone, że dramatyczne rytmy tang Astora Piazzolli wkrótce będą odbierane jak spełnione proroctwo. Na razie jednak Argentyna wpada w pętlę proroctwa samospełniającego się: inwestorzy uważają ją już za bankruta, a im szybciej się wynoszą, tym bankructwo państwa staje się bardziej realne.

20 miliardów dolarów wyłudzone w tym roku od Międzynarodowego Funduszu Walutowego dawno przepadło jak sen jaki złoty i minister gospodarki, Dominik Cavallo, pojechał właśnie do Waszyngtonu wyżebrać kolejny głupi miliard, podobno absolutnie niezbędny do jakichś cudotwórczych sztuczek. Chyba dostanie jednak figę z makiem, bo nikt już mu nie wierzy, że potrafi znaleźć pomysł na wyjście z kryzysu.

Dla nas spojrzenie na sprawy argentyńskie może być i pouczające, i budujące zarazem, ponieważ dopiero na takim tle gwiazda premiera profesora Belki jaśnieje pełnym blaskiem. Bo tylko porównajmy: w Argentynie jest deficyt budżetowy i rząd nie ma pieniędzy - i w Polsce jest deficyt budżetowy i rząd też, ma się rozumieć, nie ma pieniędzy. Ale w Argentynie rząd wprowadził kontrolę przepływów finansowych, zablokował ludziom konta (wolno podjąć najwyżej 1000 dolarów miesięcznie) i wskutek tego 30 listopada tysiące Argentyńczyków stało w gigantycznych kolejkach, by w ostatniej chwili zabrać z banków i uratować swoje pieniądze. Natomiast w Polsce rząd ustami premiera profesora Belki roztropnie postraszył obywateli podatkiem od oszczędności, wskutek czego 30 listopada tysiące Polaków stało w gigantycznych kolejkach, by w ostatniej chwili zostawić w bankach i uratować swoje pieniądze. Prawdziwy majstersztyk! I dlatego argentyński rząd pieniędzy nie ma już zgoła wcale (właśnie dobiera się do funduszy emerytalnych), polski rząd zaś, owszem, ma jeszcze przynajmniej pewne widoki...

Na antypodatkowych lokatach leży bowiem teraz podobno blisko 10 miliardów złotych (w tym przeszło 3 miliardy wyjęte ze "skarpet"!). Niezły grosz i praktycznie na długie lata wyłączony ze zwykłego obiegu. Gdyby wrócił na rynek w postaci tanich kredytów na inwestycje, nie byłoby jeszcze najgorzej. Na razie więc spadamy powoli. Zresztą już w sierpniu wróżbiarze z agencji Standard & Poor's obniżyli ocenę Polski z pozytywnej na stabilną. Czyli wszystko po staremu - standardowa, stabilna bieda. Ale co będzie, jeśli rytm argentyńskiego tanga i nas porwie w tany?

[10 grudnia 2001]


© Lech Stępniewski listopad 2001

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny