Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny

 

OPOWIEŚCI MYŚLĄCEJ GRUSZKI

LECH STĘPNIEWSKI


Artyści nie muszą myśleć logicznie, ponieważ miewają wizje i przeczucia. W dodatku logika jest - jak to już objawiły postmodernistyczne feministki - skrytym wyrazem męskiej agresji i żądzy dominacji, więc szczególnie artystkom wprost nie wypada się z nią obnosić.

"Wysokie Obcasy" (dodatek "Gazety Wyborczej" dla pań) w numerze z 8 stycznia 2000 r. proponują zabawę w zgadywanie, jaka będzie kobieta XXI wieku. Pisarka Olga Tokarczuk pisze tak: "Jeżeli wszystko pójdzie dobrze, to czeka nas rozwój nauk biologicznych, w szczególności medycyny, i w końcu, przepowiadam, około roku 2125 nastąpi kres kobiecości". Nie ma co, bardzo dobrze nam wszystko pójdzie, a nawet znacznie lepiej, bo w tym nowym, wspaniałym świecie również mężczyźni "będą mogli zajść w ciążę, urodzić i wykarmić dziecko". Zapewne przy okazji będą się jeszcze samozapładniali - jak tasiemce.

"Oczywiście narobi to dużo zamętu" - dopowiada ze staroświecko kobiecą delikatnością p. Tokarczuk - "powstaną nowe kierunki filozoficzne, nowe religie", ale za to "dojdzie do prawdziwego równouprawnienia płci". Jak może dojść do równouprawnienia czegoś, czego kres właśnie nastąpił, to wprawdzie nielicha zagadka, ale do roku 2125 zostało sporo czasu, więc ludzkość niezawodnie zdąży wymyślić jakieś "nowe kierunki filozoficzne", które rzecz całą pięknie objaśnią. Grunt że "wielu mężczyzn odetchnie z ulgą - milsze wyda im się chodzenie z dzieckiem na spacer niż walka o pieniądze i władzę". "Kobiety także odetchną" - bo w żadnym parlamencie nikt ich już nie będzie zapędzał do garów.

Więc cały ten zamęt, "rozwój nauk", a nawet "nowe religie" tylko po to, bym mógł pójść ze szczeniakiem na spacer?!!! Owszem, z tym karmieniem własną piersią to byłaby pewna nowość... Ale czy w takim wypadku nazwanie kogoś mężczyzną rodzącym, karmiącym i wychowującym dziecko nie przypomina aby twierdzenia, że herbatę można słodzić nawet solą, jeśli tylko wcześniej dzięki skomplikowanym zabiegom chemicznym uczyni się tę sól nieodróżnialną od cukru?

Z sekretami płci p. Olga Tokarczuk ma zresztą największe kłopoty. Za głupie pięćset lat - wróży zrazu - i tak odkryjemy, że "płeć jest tylko cechą biologiczną, z którą się rodzimy, jak kolor skóry czy kolor oczu". A już w następnym akapicie z anachronicznie kobiecą niekonsekwencją odkręca tę wróżbę: "«Płeć jest wytworem umysłu» - tak będzie brzmiało pierwsze zdanie podręcznika wychowania seksualnego".

Więc jak właściwie wygląda sprawa z tą płcią? Czy to cecha biologiczna, "z którą się rodzimy", czy tajemniczy "wytwór umysłu"? Bardzo proszę się zdecydować w imię Jednolitej Teorii Świetlanej Przyszłości! Chyba że p. Tokarczuk ma na myśli Umysł Boży, ale wtedy jej wizyjny cytat pochodzi raczej z przyszłego podręcznika wychowania religijnego.

Ponieważ, nie ukrywam, zafrapowała mnie ta nie dająca się wtłoczyć w ciasne przegródki logiki kobieca wyobraźnia, postanowiłem odrobić swe kulturalne zaległości i sięgnąłem po jedną z książek Olgi Tokarczuk. Wybrałem nie pierwszą lepszą, ale "Prawiek i inne czasy", która m.in. dostała nagrodę Kościelskich i nominowana do NIKE 97' wygrała plebiscyt czytelników. Jej drugie wydanie ukazało się w wydawnictwie W.A.B w 1998 roku.

Jako że niżej pozwolę sobie na kilka niewinnych złośliwości, najprzód powiem tak: jest to bardzo ładna książka, zgrabnie napisana i czas przy jej czytaniu miło płynie. Klarowna narracja, zajmujące historie, no i - co nie najmniej ważne - żadnych zwariowanych eksperymentów na żywym czytelniku!

Owszem, znać że autorka pilnie terminuje - przede wszystkim u Hermana Hessego - ale to żaden wstyd; dawniej artyści tak właśnie okazywali swój szacunek dla solidnego rzemiosła, a i sam mistrz też przecież wysokiej miary. Lecz książki jego są już dzisiaj dla telewizyjnego ludu chyba trochę za trudne i odniosłem wrażenie, że p. Tokarczuk postanowiła dać nam Hessego w wersji uproszczonej i w krajowych dekoracjach.

Do wytwarzania atmosfery swojskości służą zwłaszcza postaci-klisze: Mądry Rabin, Pazerny Ksiądz, Stara Wariatka, Miejscowa Jawnogrzesznica, Dziedzic Cierpiący na Spliny etc. Jest też w opowieściach "Prawieku" szczypta Poetyckiej Metafizyki, Ludowe Bajędy, nieskomplikowane aluzje do Kabały, jungizmu, czy wreszcie Pouczająca Gra z okruchami niby-Gnostyckiej Teologii. Nie za dużo, by nie zmęczyło, ale w sam raz, by było głęboko i kulturalnie.

Pewne pojęcie o tej strategii pisarskiej może dać choćby taki oto cytat:

"Izydor wypożyczał tylko książki z Feniksem [z przedwojennej biblioteki miejscowego dziedzica] i znak ten stał się marką dobrej książki. Niestety, szybko się zorientował, że cały zbiór książek zaczyna się od litery L. Na żadnej z półek nie znalazł autorów o nazwiskach od A do K. Czytał więc Lao-cy, Lenina, Leibniza, Loyolę, Lukiana, Marcjalisa, Marksa, Meyrinka, Mickiewicza, Nietzschego, Orygenesa, Paracelsusa, Pitagorasa, Porfiriusza, Platona, Plotyna, Poego, Prusa, Pitagorasa, Quevedo, Rousseau, Schillera, Słowackiego, Sokratesa, Spencera, Spinozę, Szekspira, Swedenborga, Sienkiewicza, Towiańskiego, Talesa z Miletu, Tertuliana, Tomasza z Akwinu, Verne'a, Wergiliusza, Woltera. A im więcej czytał, tym bardziej brakowało mu autorów początkowych liter: Augustyna, Andersena, Arystotelesa, Awicenny, Blake'a, Chestertona, Dantego, Darwina, Diogenesa, Eckharta, Eriugeny, Freuda, Goethego, Grimmów, Heinego, Hegla, Hoffmana, Homera, Hölderlina, Hugo, Junga, Klemensa. Przeczytał też w domu encyklopedię powszechną, lecz nie stał się przez to ani mądrzejszy, ani lepszy" (s. 243-244).
Oczywiście, wszystkie te nazwiska to jedynie porozkładane martwe rekwizyty i próżno byłoby na przykład pytać autorkę, w jakim języku Izydor (który liznął wyłącznie, jak wynika ze stron 213-214, odrobinę niemieckiego) czytał przedwojenne wydania Paracelsusa, Porfiriusza albo Plotyna. Niemniej nie zostały one wypisane na łapu-capu: jest to najwidoczniej zestaw przeznaczony dla czytelnika, co przełknie gładko, że między "dobre książki" policzono tu - obok Szekspira i Homera - także Lenina i Marksa, a przy tym nie zapyta, dlaczego w takim razie brakuje Hitlera albo Mussoliniego.

Szkoda też, że ów wielki popis erudycji został sporządzony bez zaglądania do "encyklopedii powszechnej". Wcześniej podobne zaniedbanie skończyło się błahą literówką w nazwisku Machiavellego (s. 78), teraz zaś wpadka jest już kompromitująca. Trudno bowiem rozczytywać się dziś w Diogenesie czy w Talesie z Miletu, skoro ocalała po nich zaledwie garstka niepewnych przytoczeń oraz anegdot. Natomiast z Pitagorasem prawdopodobnie, a z Sokratesem na pewno, nawet i to nigdy nie było możliwe - ponieważ obaj po prostu niczego nie napisali!

Równie niefrasobliwie Olga Tokarczuk układa swoje przypowieści. W rozdziale "Czas sadu" opisuje "dwa czasy, które przeplatają się i następują rok po roku. To czas jabłoni i czas grusz". W roku jabłoni wszystko się zmienia i chwieje w posadach. Ludzie "podejmują ważne decyzje [...]. Powstają nowe idee. Zmieniają się rządy. Giełdy są niestabilne i z dnia na dzień można stać się milionerem albo stracić wszystko". W roku grusz - przeciwnie. Owoce pięknie dojrzewają, nasiona dają tłuste plony. "Ludzie myślą o budowie domów [...], ale nie biorą się do roboty". Jest tak dobrze, że "wzmacniają się rządy", "banki wykazują ogromne zyski, a w magazynach wielkich fabryk zalegają towary" (s. 191).

Istna Kraina Pieczonych Gołąbków, ale jeśli w magazynach "zalegają towary", to przecież znaczy, że akurat jest kryzys, albo też fabryka wyrabia okropną tandetę! Pocieszny błąd! Jednak z drugiej strony: czy artystka powinna znać się na ekonomii? Czy nie wystarczy przeczucie, że gdyby nawet nadciągnął kryzys najstraszliwszy wraz z "kresem kobiecości" na dokładkę, to jednak nigdy nie znikną pisma kobiece - a już żadną miarą te, dodawane ku oświeceniu dam do "Gazety Wyborczej".


© Lech Stępniewski styczeń 2000

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny