Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny

 

CZY STRZELAĆ DO GINEKOLOGÓW?

LECH STĘPNIEWSKI


W sprawie aborcji obie strony chętnie zarzucają sobie hipokryzję. Obrońcy życia poczętego twierdzą, że zwolennicy aborcji tak naprawdę dobrze wiedzą, że płód to też człowiek - bo przecież nie pies czy wydra albo zgoła jakiś osobny gatunek - ale nie chcą się przyznać, że ponad cudze życie stawiają swój wredny egoizm. Ci zaś natychmiast odparowują, że owi obrońcy chyba sami nie wierzą w swoje wzniosłe brednie o równym prawie do życia, skoro w praktyce nawet tuzin płodów zawsze cenią niżej niż jednego pulchnego różowego bobasa.

Właśnie tę rzucającą się w oczy niekonsekwencję ruchów obrony życia przypomniał w ostatnim numerze "Najwyższego CZASU!" Pan Tomasz Jarosz. Argumentacja tam przedstawiona w skrócie wygląda tak:

W szpitalu położniczym do oddziału z noworodkami zbliża się szaleniec z piłą tarczową. Jeśli nie mamy skrupułów - a nie mamy - by użyć wobec niego siły, choćby i zabijając go na miejscu, to co w takim razie powstrzymuje nas przed strzelaniem do ginekologów przystępujących do zabiegu "przerwania ciąży"? Albo zatem rzeczywiście nie traktujemy serio twierdzenia, że płód ma dokładnie takie samo prawo do życia, jak noworodek, dziecko, dorosły etc. Albo też żyjemy w stanie permanentnego rozdwojenia jaźni, a podobna patologia musi prędzej czy później eksplodować z nieobliczalnymi skutkami. W realiach amerykańskich nasuwają się tu natychmiast skojarzenia z wojną secesyjną, której przyczyny również dojrzewały długo w skrytości, aż nagle okazało się, że społeczeństwo rozpękło się na dwie części, między którymi jakiekolwiek porozumienie nie było już możliwe.

Ten dziwny stan ducha przeciwników aborcji nie jest bynajmniej jakąś amerykańską osobliwością. Również w Polsce łatwo napsuć im krwi zauważając niewinnie, że skoro według nich płód ma dokładnie takie samo prawo do życia, jak etc etc. - to żadna specjalna ustawa o zakazie przerywania ciąży nie jest wcale potrzebna! Znakomicie wystarczą bowiem "zwyczajne" paragrafy, a za zabójstwo z premedytacją dokonane w zmowie - bo tak też można opisać zabieg przerywania ciąży - powinno się wlepiać wyłącznie srogie kary z dożywociem włącznie. Ale czy ktokolwiek u nas poważnie się tego domaga?

Obrońcy życia lubią, rzecz jasna, tę swoją barankowatą łagodność tłumaczyć względami religijnymi: zło dobrem zwyciężaj; wybacz im, albowiem nie wiedzą, co czynią, i takie tam inne uniesienia ducha, od których trąby anielskie wręcz same zaczynają grać na wysokościach. Podkreślają też, że ich działania zawsze mieszczą się w granicach prawa. Ot, gromada praworządnych, pobożnych, a jednocześnie zatroskanych obywateli. Czemu jednak nie dążą do ustanowienia prawa, gdzie za rozdeptanie pojemnika z zamrożonym embrionem - czyli wedle ich słów: człowieka, który zaczął się w chwili poczęcia - będzie się odpowiadało tak samo, jak za rozmyślne rozjechanie niewinnego przechodnia walcem drogowym? Dywagacje, czy embriony odczuwają ból, jak bardzo, i jaki ma to wpływ na nasz do nich stosunek, można od razu uciąć spostrzeżeniem, że również nieprzytomnych czy znajdujących się pod narkozą ludzi już urodzonych skłonni jesteśmy traktować całkiem odmiennie niż nawet nieźle rozwinięte płody.

Ostrożną taktykę ruchów antyaborcyjnych najłatwiej oczywiście wytłumaczyć ich niewesołą sytuacją - to znaczy racjami pragmatycznymi. W Ameryce obrońcy życia mogą się bowiem chwilami czuć jak przeciwnicy prześladowania Żydów, którym wspaniałomyślni naziści pozwolili na swobodne demonstrowanie swych poglądów - i na nic więcej. Napad na SS-mana czy wtargnięcie do obozu dalej jest karane z całą surowością prawa. W dodatku spora część społeczeństwa aprobuje ten stan rzeczy, bo nauka podobno dowiodła, że Żyd to nie człowiek i można go spuścić do ścieków, a jeszcze większa część nie ma wyraźnego zdania, choć prawie każdemu zdarzyło się w porywie serca jakiemuś Żydowi wyrobić "dobre aryjskie papiery". Może więc lepiej powstrzymywać się od brawurowych akcji, odbijania transportów z przeznaczonymi na rzeź, skoro najgorliwsi prześladowcy zapewne natychmiast wykorzystaliby to do rozpuszczania pogłosek o "żydowskim spisku" - i zachowując swój niewielki przyczółek tylko stać przed bramami obozów niczym wyrzut sumienia?

Byłażby to zatem jedynie smutna roztropność bezsilnych? Nie sądzę. Nasz stosunek do płodów jest bowiem rzeczywiście dwoisty: jeśli nawet uznajemy ich autonomiczne prawo do życia, to jednocześnie zdajemy sobie sprawę, że ludzie sami się nie rodzą, że są również - od momentu poczęcia - czyimiś dziećmi (choćby obojgiem rodziców miał być profesor z próbówką!). Dlatego akt ich "sprowadzania na świat" nigdy nie jest czysto mechaniczną operacją, lecz zarazem aktem ludzkim, swoistym darem, bo gdzieś tam, hen, na końcu nawet najbardziej zautomatyzowanych "maszyn do rodzenia" zawsze będzie stał jakiś człowiek. I dlatego też w głos tego ewentualnego "darczyńcy" wsłuchujemy się ze szczególną uwagą.

By to rozjaśnić, wyobraźmy sobie, że obrońca życia, który wcześniej wzdragał się przed strzelaniem do lekarza przerywającego ciążę, nagle dowiaduje się, że ów lekarz gwałtem lub podstępem zwabił swoją "pacjentkę" do kliniki i teraz przez okno słychać jej rozdzierający krzyk: "Nie, nie rób tego, to moje dziecko!!!" Formalnie w samym zabiegu przerywania ciąży nic się nie zmieniło, życie kobiety nie jest bardziej zagrożone, płód dalej wygląda tak samo, ale świadomość, że oto jakaś matka broni swojego dziecka, wystarczy, by łagodnego obrońcę opuściły momentalnie wszelkie skrupuły i by gotów był wedrzeć się do szpitala siłą i, jeśli trzeba, nawet strzelać.

Ponieważ dzieci, chwała Bogu, rodzą się jeszcze "po Bożemu", to znaczy wydostają się na świat z brzucha matki (dla naszych emocji i symbolicznej orientacji w świecie ma to kolosalne znaczenie!) proponowałbym uznać, iż oprócz "prawa do życia" samego płodu, działa tu każdorazowo coś, co nawałem na swój użytek "prawem pępowiny". To znaczy - płód ma wprawdzie prawo do życia, ale sytuacja, w której się znajduje, sprawia, że jego życiowe interesy są nierozerwalnie splątane z interesami jego matki.

Z tego powodu na aborcję dokonywaną za zgodą kobiety patrzymy zupełnie inaczej niż na eksperymenty jakiegoś nowego doktora Mengele. W tym drugim wypadku interesy płodu i rodzącej go matki są zbieżne, natomiast w pierwszym mamy do czynienia z wprawiającym w konfuzję konfliktem w samej tej "naturalnej" spółce. Płód można wtedy ratować przemocą jedynie za cenę uznania, iż "rodzenie" (pominąwszy jego fizjologię) to nieistotny element całej tej sytuacji, to znaczy za cenę zredukowania kobiety do samoistnie działającej macicy. Ale wówczas obrońcy życia musieliby chyba zrezygnować z kazań o "błogosławieństwach macierzyństwa" skierowanych do macic, które urodziły.

Rola kobiety jest tu też o tyle istotna, że jedynie ona, nie zaś płód, może swe życiowe interesy zmieniać, "umniejszać się, aby on wzrastał", np. podejmując heroiczną decyzję, że urodzi dziecko również wtedy, gdyby to groziło jej śmiercią. Ustawa antyaborcyjna ma jedynie skłonić potencjalną matkę, by nie przedkładała w sposób rażący swych interesów ponad interesy swego dziecka. Ale gdy nawet tak uczyni i ciążę usunie, przewiduje się dla niej karę stosunkowo lekką, najczęściej w zawieszeniu, bo nie jest to wówczas kara za zabójstwo, ale jakby za "niedotrzymanie umowy".

Powtórzę. Nienarodzony ma prawo do życia, ale ma je właśnie dlatego, że wcześniej otrzymał je jako dar, który na ogół po dziewięciu miesiącach zostaje ostatecznie przypieczętowany. Niestety, nie zawsze - bo przerwana pępowina może być sznurkiem, na którym dziecko jak balonik wypuszcza się w niebo, ale też sznurem, na którym spuszcza się je do grobu...

A kto daje i odbiera, ten się w piekle poniewiera.


© Lech Stępniewski styczeń 2001

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny