Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny

 

Z ŻYCIA GANDYSTÓW

LECH STĘPNIEWSKI


Niegdyś rewolucjoniści konferowali z Duchem Dziejów, dziś zaś wiedzą, jak rozmawiać z dziennikarzami. "- Czy w tym, co Pan robi, bliższy jest Panu Che Guevara czy może Gandhi?" - słyszę w radiu. "- Gandhi, oczywiście, Gandhi" - odpowiada bez wahania znany nadwiślański gandysta, Piotr Ikonowicz.

Wywiady, zdjęcia w telewizji, a także liczne artykuły prasowe to efekt przeprowadzenia przez gandystę Ikonowicza serii widowiskowych praktyk medytacyjnych. Wysiaduje on bowiem ostatnio wespół ze swymi współwyznawcami na klatkach schodowych domów, w których ma się pojawić komornik z prawomocnym sądowym nakazem eksmisji. Ponieważ gandysta Ikonowicz wciąż jeszcze pozostaje - z nadania SLD - posłem, spuścić go ze schodów nie wolno i komornik może się tylko smętnie powałęsać z głupim papierem w ręku. Przy tym nie jest to, ma się rozumieć, żadna socjalistyczna rewolucja przeciw nieludzkiemu prawu własności, ale właśnie gandyzm: pokojowy, spolegliwy, pełen współczucia etc. etc.

Jak wiele waży dobra nazwa, rozumiał już sam Gandhi. W swej "Autobiografii" (cz. IV, r. XXVI) pisze, że czuł się zmuszony zaoponować przeciwko określeniu "bierny opór", które źle oddawało "istotny charakter ruchu". Niestety, nic lepszego nie przychodziło mu do głowy, więc ostatecznie na nową nazwę ogłoszono w gazecie konkurs z nagrodami. Tak właśnie pojawiła się Satyagraha, co w swobodnym przekładzie oznacza "niezłomność w prawdzie". Skądinąd nazwa bardzo dobra - bo zawczasu rozpraszająca wątpliwości, po czyjej stronie jest słuszność.

Piotr Ikonowicz, gandysta okrutnej epoki Balcerowicza, też wie, po czyjej stronie jest słuszność: biedni z założenia są niewinni, a nawet jeśli są winni, to są za biedni, by za swoje winy płacić. Dlatego "każdy, komu grozi wyrzucenie z mieszkania, może zadzwonić do mojego biura i mieć pewność, że mu pomożemy" - ogłasza. Zamieszczone obok zdjęcie przekonuje, że nie rzuca swych słów na wiatr. Widniejący na nim towarzysze-gandyści to chłopy krzepkie, rumiane, roześmiane, więc aż dziw, że komuś chce się jeszcze po drobnomieszczańsku regulować czynsz, gdy taka wesoła kompania uwija się w okolicy.

Oczywiście gandyści nikomu grosza do ręki nie dadzą! Dzisiaj takich Robin Hoodów już nie ma! Oni po prostu mocno wierzą w przyrodzoną dobroć natury ludzkiej, co znaczy tyle, że odpowiednio przyciśnięty właściciel mieszkania będzie musiał w końcu po dobroci ustąpić. Nadto wręczanie pieniędzy trąci zawsze nędzną, filisterską filantropią, podczas gdy tam, na schodach, toczy się wspaniała walka o lepsze jutro.

W tym wypadku idzie głównie o walkę z "nieludzkim prawem", czyli z osławioną ustawą o najmie lokali z 1994 roku dopuszczającą "eksmisję na bruk". O ustawę tę już od dawna wszyscy do wszystkich mają pretensje. AWS do SLD, że ją uchwalił. SLD do AWS, że przez tyle lat jej nie znowelizowała. Postępowcy - że mniej postępowa od ustawy z 1924 roku (o co nb. nietrudno, skoro przedwojenny ustrój majstrowali socjaliści, którym zabrakło na tramwaj). I tylko właściciele-krwiopijcy zgrzytają ukradkiem zębami - dziwnym trafem "nieludzka ustawa" niewiele w ich parszywej sytuacji zmieniła...

Jest to podobno ustawa wyjątkowo okrutna, doprowadzająca ludzi do samobójstw i w ustach wrażliwych gandystów słowo "eksmisja" brzmi dziś niczym "eksterminacja". Spodziewać by się zatem należało, że ten straszliwy bat przeorze i zracjonalizuje gospodarkę mieszkaniową. Rodziny ubogie, bezrobotni, samotne staruszki na głodowych emeryturach etc. etc. zaczną podnajmować pokoje, albo zamienią mieszkania na mniejsze, skromniejsze. Jeżeli bowiem wielka bieda dotyka, jak twierdzą niektórzy, kilka milionów polskich rodzin, a jednocześnie nie buduje się prawie wcale tanich mieszkań socjalnych, to rodziny te powinny mieszkać tak, jak to w porewolucyjnej Moskwie opisywał - jedynie odrobinę wykrzywiając rzeczywistość - Zoszczenko: tłum sublokatorów i wiecznie zajęta łazienka, bo w niej też mieszka młode małżeństwo z dzieckiem i teściową. A na czynsz, rzecz jasna, zrzucają się wszyscy!

W takiej sytuacji średnie ceny wynajmu powinny natychmiast spaść na łeb, bo w normalnym świecie ludzie ubodzy wynajmują pokoje ludziom jeszcze uboższym. Powinny także pojawić się na rynku mieszkania zwolnione w wyniku przymusowego zagęszczenia biednych. Tymczasem nic podobnego się nie dzieje. Polscy biedni dalej mieszkają sobie całkiem luźno, a jednocześnie nawet średnio zamożne rodziny wiejskie przestają posyłać swe dzieci na studia, ponieważ nie stać ich na wynajęcie stancji w wielkim mieście.

A może to nie tak? Może ów eksmisyjny eksperyment wykazuje właśnie, że z naszymi biednymi wcale nie jest aż tak źle? Podobno w ciągu 5 lat wykonano zaledwie nieco ponad 20 tysięcy eksmisji, z czego na bruk ok. 12 tys. Zdaję sobie sprawę, że słówko "zaledwie" trąci w tym kontekście czymś obrzydliwym, bo to 20 tysięcy ludzkich tragedii etc. Ale z tej statystyki przecież równocześnie wynika, że kilka milionów biedaków zaciskało zęby, harowało i - jakoś płaciło! I właśnie im wszystkim pan Piotr Ikonowicz mówi niedwuznacznie: "Jesteście frajerami", gdy składa swe propozycje powszechnej ochrony przed eksmisją, opowiada dyrdymały o prawie do dachu nad głową i zapowiada walkę z "nieludzką ustawą".

Naturalnie jako prawnik z wykształcenia i demokrata z wyznania wie dobrze, że występuje przeciw obowiązującemu prawu uchwalonemu przez demokratycznie wybrany parlament. Dowcipnie się jednak usprawiedliwia powiadając, że niemoralna ustawa z 1994, choć nie zakwestionowana przez Trybunał Konstytucyjny, jest w istocie sprzeczna z ustawą wyższego rzędu, a mianowicie z Konstytucją.

Jak Państwo zapewne pamiętają, do naszej Konstytucji wpisano wiele cudnych rzeczy, ale mało kto się wtedy - raptem nazajutrz po Dniu Głupca 1997 roku - zastanawiał, co będzie, gdy te zbiorowe fantazje i marzenia ktoś potraktuje poważnie. A tam, owszem, i o dzieciach wspomniano - że "każdy ma prawo żądać od organów władzy publicznej ochrony dziecka przed przemocą, okrucieństwem, wyzyskiem i demoralizacją" (art. 72), no i oczywiście o rodzinach wielodzietnych "w trudnej sytuacji materialnej i społecznej", które z kolei mają prawo do "szczególnej pomocy ze strony władz publicznych" (art. 71). Teraz nie trzeba więc nawet specjalnych łamańców umysłowych, by dowodzić, że w świetle prawa biedna rodzina z trójką dzieci jest właściwie nie do ruszenia.

Nie należy się jednak łudzić, że jakiekolwiek przyszłe zmiany prawne mogłyby skłonić gandystę Ikonowicza do zaniechania praktyk medytacyjnych na schodach. To przecież nałogowiec! Jak nie tak dawno napisał w pokracznym heglowskim narzeczu: "Nie chcę istnieć w sobie, lecz dla siebie, czyli mieć przekonanie, że moje istnienie służy czemuś, a nie jest tylko absurdalną drogą od punktu A (narodzin) do punktu B (śmierci)" ("Lewą nogą" nr 12).

Wynika z tego, że w swej walce z absurdem istnienia i pędzony duchem społecznej służby gandysta Ikonowicz zawsze przedłoży zasmuconego bliźniego z krwi i kości nad martwą literę prawa. Doprawdy, bardzo to ewangeliczne - i gdybyż jeszcze brat Piotr zechciał rozdawać biednym wyłącznie swoje majętności... Nawet jeśli składa się na nie tylko mieszkanko o powierzchni - o czym chyba już wszyscy w Polsce wiedzą - 47 metrów kwadratowych (w niektórych wywiadach zaokrąglane do 45). Tak nawiasem - piękny przykład skromności aspiracji mieszkaniowych, który każdy zagrożony eksmisją ubogi powinien sobie natychmiast wziąć do serca. Natomiast w oczach żarłocznych kapitalistów sympatycznym czyni Piotra Ikonowicza już jedynie to, że podobno lubi dobrze zjeść i wypić, co jednak niekoniecznie obiecująco rokuje na przyszłość.

Światopogląd Gandhiego ukształtował się, jak wiadomo, w jarskich restauracjach Londynu i do końca życia w kwestiach zdrowego i moralnego odżywiania miał ów osobliwy mąż lekkiego bzika. Gdy kiedyś w trakcie poważnej choroby przekonano go, by zaczął pić kozie mleko, przeżył to ogromnie jako złamanie swego wcześniejszego ślubowania. Uległ jedynie dlatego, że - jak wyznał - rozpierało go pragnienie podjęcia na nowo walki w imię Satyagraha.

Jeszcze po latach pisał ("Autobiografia", cz. V, r. XXIX): "Na samo wspomnienie o tym wszystkim czuję, jak ściska mi się pierś, jak ogarniają mnie wyrzuty sumienia, i nie przestaję myśleć o tym, co zrobić, aby zaprzestać używania jako posiłku koziego mleka".

Ale zaraz dodawał trzeźwo: "Wciąż jednak nie mogę się uwolnić od tej najsubtelniejszej ze wszystkich pokus, która mnie nie opuszcza, a mianowicie od pragnienia służenia innym".


© Lech Stępniewski listopad 2000

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny