Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny

 

FORTUNA IMPERATRIX MUNDI

LECH STĘPNIEWSKI


Na obrazie Rembrandta "Krajobraz z miłosiernym Samarytaninem" malutki Samarytanin jest prawie niewidoczny. Dzisiaj, gdy - jak napisał Janusz Korwin-Mikke ("Straszni dobroczyńcy", "Najwyższy CZAS!" Nr 34/35) - "w centrach miast pysznią się wieżowce rozmaitych firm ubezpieczających", musiałby chyba stanąć na beczce, by go na tle tak cudnego krajobrazu w ogóle zauważono. Czyli proporcje wciąż pozostają te same: ziarnko gorczycy przeciwko Panowaniom i Władzom.

Jeszcze inne z imion Xięcia Tego Świata, w naszych czasach otoczone szczególną czcią, brzmi - Zmienność Fortuny. Właśnie mocą tego imienia agenci Powszechnych Ubezpieczeń Od Wszystkiego wzywają nas każdego dnia byśmy złożyli wreszcie ofiarę tłustą, całopalną... to jest - podpisali polisę i zapłacili pierwszą składkę. Bo gniew odwróconej Fortuny zaiste może być straszliwy...

JKM opisując sztuczki ubezpieczycielskiej propagandy zaznaczył, że pod pozorem sprzedaży tej dobroczynnej "usługi" w gruncie rzeczy "usiłuje się nam zmienić system wartości". Niechże więc będzie od razu powiedziane: wszystkie te pyszne wieżowce, gorliwi apostołowie i rzesze wiernych, to - jak najbardziej dosłownie! - kościół nowej i ohydnej religii, która ludzki ból i nędzę życia na ziemskim padole bez mrugnięcia okiem przelicza na brzęczącą monetę. Jej fanatycznym wyznawcom już nawet śmierć niestraszna, skoro w tym przynajmniej wypadku mają pewność, że ich ofiara-składka ubezpieczeniowa się nie zmarnuje.

Jest to religia potężna i niebezpieczna. Ołtarz sprzymierzony z Tronem tak ściśle, że na ten widok chyba nawet Grzegorz VII rozbeczałby się z zazdrości. I choć świeckie ramię wciąż stoi na jej straży, to z drugiej strony wrosła już głęboko w obyczaje ludu, który nierzadko sam, ze szczerą wiarą, garnie się do obrzędów. I niejeden wyrywa sobie z portfela na piersi kolejną składkę z taką determinacją, że, zdawać by się mogło, lęka się, iż gdyby tego zaniedbał, Słońce przestanie krążyć po niebie.

 

Po coś lazł do Jerycha?

"Pewien człowiek schodził z Jerozolimy do Jerycha i wpadł w ręce zbójców" - tak zaczyna się ewangeliczna przypowieść o dobrym Samarytaninie. Zawsze uderzała mnie jej surowa oszczędność. Samarytanin podchodzi, robi, co do niego należy, i jedzie dalej. Żadnych ochów i achów w rodzaju: "O, mój nieszczęsny bliźni, niech cię przytulę do serca!" Albo: "Pozostanę z tobą, najmilszy, póki nie wydobrzejesz!" Tylko na początku, gdy zobaczył poranionego, "wzruszył się głęboko", ale potem działa niemal na chłodno, a następnego dnia za parę groszy najmuje pomoc w gospodzie i rusza bez zwłoki w swoją stronę, może za interesami. Nic ponad to, co naprawdę konieczne!

Zarazem jednak Samarytanin robi bardzo dużo, a mianowicie zupełnie powstrzymuje się od moralizowania. Nie dręczy biedaka pytaniami, czemu akurat teraz i po co wybrał się do Jerycha. Nie zwraca rozsądnie uwagi, że samotne podróżowanie po tutejszych drogach to karygodna lekkomyślność, lekkomyślne zaś wałęsanie się jest grzechem. No i nie namawia go gorąco, by, gdy wróci już do Jerozolimy, wstąpił zaraz do kantorku Abrama Ślepego (dziedziniec świątyni, trochę w prawo od stołów bankierów), gdzie w promocyjnej ofercie może wykupić pakiet ubezpieczeniowy "Jakub" ("Bóg chroni") obejmujący nieszczęśliwe wypadki w podróży, a także koszty leczenia aż do równowartości całego srebrnego talentu...

Zgoła inaczej postępują jazgotliwi zawodowcy od miłosierdzia. Czy to na pogorzelisku, czy w bramie kostnicy nie skąpią troskliwych pouczeń, namawiają do przezorności, dbają... Zawsze gotowi wyciągnąć swoją pomocną rękę do bliźniego, w którego dłoni wyczują pieniądz.

 

"Nie lękajcie się wzbudzać lęk"

Jednak sukcesów nowej wiary nie można bez reszty objaśnić suchym interesem Towarzystw Ubezpieczeniowych. Wszak Diabeł jest ideowcem! Toteż religii ubezpieczeń także chodzi o Najwyższe Dobro, ma się rozumieć - Społeczne. Jej teologowie układają tedy zawiłe traktaty o wielkich pożytkach przenoszenia ryzyka, które na podobieństwo neoplatońskich emanacji przenika cały społeczny kosmos. A ponieważ w tym wypadku jest to ruch z dołu do góry, bo po dokonaniu ubezpieczenia ryzyko przepływa z poszczególnych jednostek na instytucję-Jednię, w rezultacie otrzymujemy jakby karykaturę ekonomii zbawienia, kiedy to u kresu eonów całe stworzenie powróci do Boga. Może i powróci, pierwej wszakże wszyscy w tym życiu spotkamy się w PZU...

Jak widać, średniowieczne spostrzeżenie, że Szatan to małpa Pana Boga, nie straciło na aktualności. W tym małpim zwierciadle odbijają się zarazem i błędy, jakie popełnił w swej katechezie Kościół w czasach nowożytnych. Gdy krzepła "samość" duszy ludzkiej jako źródła sądów moralnych, wyobraźnia zaś doznawała dramatycznego przekształcenia pod wpływem nauki, na ambonie po dawnemu odwoływano się do poetyki pośledniego horroru: smoła dla potępionych, straszliwe męczarnie i chóralny wrzask na całą wieczność. Wprawdzie Jezus powiadał: Kochaj Boga i bliźniego swego, nie zaś: Bój się Boga, więc kochaj bliźniego, ale kto by się tam takimi subtelnościami przejmował!

Jeszcze pod koniec XIX wieku słynny paryski kaznodzieja, Jakub Monsabré, apelował do kapłanów, by nie ustawali w bezlitosnym odmalowywaniu zgrozy, jaka czeka potępionych. "Nie lękajcie się wzbudzać lęk!" - nawoływał ów chrześcijański dżentelmen, i uzasadniał to swoje przesłanie - z iście szatańską logiką! - społeczną użytecznością wiary w piekło! Tak oto ewangeliczny skarb, którego "złodziej nie ukradnie", został ostatecznie zrównany z oliwieniem społecznego mechanizmu, by - o, nieświęta naiwności! - nieco ukrócić doczesne złodziejstwo...

Ponieważ powszechne ubezpieczenia wzajemne w pojęciu ich apostołów również są "społecznie użyteczne", nic dziwnego, że piekielne zastępy agentów ubezpieczeniowych straszą nieostrożną ludzkość bez najmniejszych skrupułów. Ich przewaga i skuteczność stąd zaś się bierze, że to upaprane materialną smołą piekło, w stronę którego przez wieki kierowały wyobraźnię wiernych miliony wygłoszonych "w służbie społecznej" kazań, rzeczywiście istnieje na tej ziemi!

Nadto jest ono dziś obfotografowane ze wszystkich stron, sfilmowane z dźwiękiem i w kolorze, więc nikt nie może się już wykręcić, że nie wie, jak wygląda np. człowiek spalony żywcem w rozbitym samochodzie, albo jak rzęzi umierający, który beztrosko zaniechał okresowych badań lekarskich. Zalane chałupy, trzęsienia ziemi, huragany etc. etc. to już doprawdy nie warta wzmianki codzienność.

W tym morzu nieszczęść jaki ratunek? Chyba ten, że całe stworzenie jęczy i wzdycha, i z utęsknieniem oczekuje objawienia się nowej, zbawiennej polisy ubezpieczeniowej. Nie uratuje ci ona wprawdzie marnego, śmiertelnego ciała, ale ocali okruszek dobra i esencję uczynków twego żywota - to jest stan twojego konta. A czyż można wyobrazić sobie owocniejsze świętych obcowanie niż suty z niego przelew na konto zapłakanej wdowy i sierot?...

 

Ubezpieczony więc szalony

Teraz zabawię się przez chwilę w adwokata Diabła, gdyż JKM w swych rozważaniach chyba zbyt prostodusznie sprowadził religijne motywacje całej tej apoteozy strachu do interesownego fałszowania statystyk.

Rozumowanie wygląda tak: ubezpieczyciel sprzedaje mi polisę skalkulowaną, gdy prawdopodobieństwo wypadku drogowego wynosi, powiedzmy, aż 0,001, po czym strasząc na potęgę, wywieszając plakaty ze zdjęciami rozbitych samochodów wyglądających niczym rozdeptany pączek z wiśniową konfiturą, etc. etc. doprowadza do tego, że prawdopodobieństwo wypadku spada do 0,0005, a ja sam przez pół roku boję się wyprowadzić samochód z garażu. Czyli powiększa nadzwyczajnie swoje zyski, i to wyłącznie dzięki wpływaniu na ludzkie zachowania!

Otóż - pomijając ubezpieczenia przymusowe, których nikczemność nie podlega dyskusji - twierdzę, że w praktyce tej nie kryje się nic osobliwie zdrożnego. Owszem, jest to próba manipulowania moim zachowaniem, ale ani gorsza, ani lepsza niż solenne oświadczenie "najwybitniejszych dyktatorów mody", że tej jesieni przyzwoity człowiek nie włoży na siebie nic seledynowego. Z czego wynika jednoznacznie, że swój zeszłoroczny sweter powinienem natychmiast oddać na szmaty, natomiast nabyć nowy, w gustownym kolorze zgniłej kości słoniowej.

Kto bowiem raz uległ podszeptowi Złego i sprawił sobie modny strój albo polisę, ten znalazł się właściwie w sytuacji bez wyjścia, duszę swą, wolną i nieśmiertelną, zaprzedał, i pozostaje mu tylko heroicznie rzucić to wszystko tam, skąd przyszło, to znaczy - w Diabły!

Wpływanie ubezpieczycieli na ubezpieczonych daje się usprawiedliwić także od innej strony. Wiedzą o tym wybornie teologowie religii ubezpieczeń i dlatego poczesne miejsce w ich rozważaniach zajmuje kwestia tzw. "ryzyka moralnego". Twierdzi się bowiem - i nie bez racji! - że sama polisa może wpłynąć na zmianę bodźców, a zatem i prawdopodobieństw, na których się opiera. Dzieje się tak zwłaszcza w wypadku zdarzeń z zakresu ubezpieczenia nie będących całkowicie poza kontrolą ubezpieczanego.

Mówiąc to samo normalnym językiem: w sporej części to jednak ode mnie zależy, czy po zawarciu ubezpieczenia nie zacznę rujnować swego zdrowia, jeździć z dziką brawurą i wrzucać niedopałki prosto do kosza na śmieci. A cudna polisa w kieszeni może mnie do tego - choćby podświadomie! - zachęcać. Hamowanie moich szaleństw będzie z tej perspektywy zaledwie próbą powrotu do wyjściowego rozkładu prawdopodobieństw!

I jeśli nawet apostołowie ubezpieczeń często przesadzają w gorliwości, to nie zawsze, powtarzam, kieruje nimi niska żądza złota. Niestety, czasem bywa jeszcze gorzej: oni naprawdę pragną naszego Dobra! Pragną świata wyregulowanego, "statystycznego", więc absolutnie przewidywalnego; w którym do każdego pobitego przez zbójców dojedzie na czas biały anioł pogotowia i udzieli mu troskliwej pomocy - po uprzednim starannym sprawdzeniu daty ważności jego polisy. Świata tak doskonałego, że dobrzy Samarytanie staną się w nim absolutnie zbędni, bo nikt - mówiąc słowami Tomasza Eliota - już nie będzie musiał być dobry.

 

Nowa religia naturalna?

"Zakładamy, że człowiek normalnie niechętny jest ryzyku" - napisał gładko przeszło trzydzieści lat temu Kenneth Arrow (Nobel z ekonomii w 1975 r.) w swych rozważaniach o teorii idealnego ubezpieczenia. A po kolejnych dwóch akapitach wyszło mu na dobitkę, że "ponieważ jednostka ze swego punktu widzenia zdecydowanie woli ubezpieczeniowo rzetelną polisę od przyjęcia ryzyka na siebie, to będzie woleć nawet ubezpieczeniowo nierzetelną polisę, pod warunkiem wszakże, że nie jest ona zanadto nierzetelna" [podkreślenie moje].

Zaiste, przygnębiająca konkluzja! Cóż jednak sprawia, że aż tak wielu lęka się o aż tak wiele? Albo inaczej: dlaczego ludzi o typie "rolnika" (bojaźliwych i zapobiegliwych), jest zdecydowanie więcej niż "myśliwych" (odważnych ryzykantów)?

Zwolennik argumentu "z ewolucji" - a JKM wielokrotnie tego argumentu używał - może w tym miejscu jedynie skonstatować, że widocznie owa przewaga "rolników" nad "myśliwymi" okazała się dla przetrwania i rozwoju społeczeństwa zwyczajnie korzystna. W przeciwnym razie to właśnie "myśliwi" w toku dziejów wyparliby stopniowo "rolników". Tymczasem plemiona łowieckie, które twardo wyznawały strategię "albo wóz, albo przewóz", przeważnie wyginęły lub wegetują gdzieś na marginesie historii i - gdy polowanie się nie uda - żują smętnie korzonki i co tłustsze pędraki.

Krótko mówiąc: ten, kto grymasi na religię ubezpieczeń społecznych, wierzga przeciwko ościeniowi ewolucji! Jest to bowiem religia prawdziwie naturalna, odwołująca się do naszych instynktów; do tego, co każdego dnia objawia nam "ciało i krew" - ze strachem o przyszłość na czele. Niestety, bluźnierczy ferment, jaki wytwarza nieliczna garstka przedsiębiorczych ryzykantów powoduje, iż udział w pewnych obrzędach jest nadal, hmm, obowiązkowy. Wspomina się o tym półgębkiem i z niejakim zakłopotaniem - niczym o smutnym problemacie: czy wolno szczególnie upartych i nierozumnych pogan nawracać siłą?

Dla porządku przypominam, że Dobra Nowina Jezusa z Nazaretu, przynosząca miecz przeciwko Xięciu Tego Świata, jest konsekwentnie anty-naturalna i wręcz zachęca do ryzyka! Nie troszczcie się o jutro, nie mówcie: co będziemy jeść? co będziemy pić? Co macie, rozdajcie. Kto będzie chciał swoje życie zachować, straci je. Królestwo niebieskie porównuje zaś do drogocennej perły. Ten, kto ją znalazł, "poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił ją". Trudno o bardziej ryzykowny portfel inwestycyjny...

 

O ubezpieczeniu chrześcijańskim

Z tych samych powodów chrześcijaństwo nie daje się sprowadzić do skrupulatnego przestrzegania reguł moralnych, zwłaszcza przybierających postać kodeksu czy też Prawa - takich bogobojnych (i podszytych faryzeizmem!) składek do raju. Jak dawno temu zauważył lapidarnie Blake: "Jeśli Chrześcijaństwem miałaby być Moralność, to Sokrates był Zbawicielem".

Reguły moralne są bowiem również odmianą społecznego ubezpieczenia. Nie lubimy ryzyka, więc minimalizujemy je, roztropnie się umawiając, że nie będziemy się okradać, walić po łbach etc. Także w ten sposób świat społeczny staje się bardziej przewidywalny i gdy np. w moim mieście wyznaje się zasadę, by raczej nie mordować samotnych przechodniów, prawdopodobieństwo mojego szczęśliwego powrotu z wieczornego spaceru znacznie wzrasta.

Oczywiście jest to umowa abstrakcyjna, a zatem w praktyce nie do dotrzymania, więc wbrew ludzkim nadziejom i pysze wciąż - niczym Titanic - idzie na dno. Lukę w ubezpieczeniach moralnych wypełniają jednak "zwykłe" ubezpieczenia, np. od kradzieży - i koło ślicznie się zamyka...

Aliści chrześcijanina niewiele interesuje doczesna rekompensata za utracone doczesne dobra, bo to trochę tak, jakby Xiążę Ciemności oddawał mu prawą ręką nieco z tego, co wprzódy zabrał lewą - i jeszcze żądał dla siebie pokłonu! A przy tym wie on, że nawet najlepsze ubezpieczenie, choć czasem od biedy potrafi osłodzić ryzyko utraty oka albo i ręki, jest zupełnie bezsilne tam, gdzie człowiek ponosi prawdziwą szkodę - na swojej duszy.

Jakież bowiem ubezpieczenie ma moc wyrównać skutki choćby najmniejszego z moich grzechów? Wszak gdyby taki zgrabny wynalazek przeniesienia na kogokolwiek ryzyka naszej grzeszności był na tym świecie w ogóle możliwy, po cóż by fatygował się do nas Syn Boży, Niebieski Ubezpieczyciel, który dla naszego zbawienia wziął na siebie nasze grzechy i zmazał starodawny zapis dłużny?

My zaś możemy Go teraz naśladować i w akcie wybaczania win brać z kolei na siebie skutki grzechów naszych krzywdzicieli. W ten sposób wszyscy nawzajem przeniesiemy na siebie całe ryzyko skutków grzechu pierworodnego, który niegdyś wykoślawił dzieło rąk Bożych. A kiedy już wszyscy będziemy jedno i wszyscy wszystkim odpuścimy wszystkie winy, Bóg też nam nasze winy odpuści i wszyscy pójdziemy prosto do nieba!

Jest to, jak się zdaje, jedyna forma powszechnych ubezpieczeń wzajemnych na życie (wieczne), którą ze spokojnym sumieniem może praktykować każdy chrześcijanin. Amen.


CHOROBA NA ŚMIERĆ - POSTSCRIPTUM z lutego 2003

"Wiele osób kupiło polisę, która ma zabezpieczyć jego najbliższych «w sytuacji, gdyby go zabrakło». Zgodzili się na nadmiernie wysoką, w stosunku do swoich możliwości finansowych, sumę ubezpieczenia. A z tym wiążą się odpowiednio wysokie składki ubezpieczeniowe. Aby sprostać konieczności regularnego wpłacania znacznych kwot składki (systematycznie rewaloryzowanych), ubezpieczeni podejmują dodatkowe prace, w rezultacie czego zaharowują się na śmierć - niestety, dosłownie"

("Rynek jest chory", wywiad z szefem Krajowego Instytutu Ubezpieczeń, prof. Romualdem Hollym, "Gazeta Wyborcza", 3 lutego 2003)


© Lech Stępniewski sierpień 2000

Strona główna
Indeks tematów
Indeks osób
Spis alfabetyczny